poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Umysł dobrze zbudowany
Jadwiga Staniszkis „Ja. Próba rekonstrukcji” Prószyński i S-ka, Warszawa 2008
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Życie prywatne ludzi umysłu budzi tyle samo ciekawości, co każde inne życie. Ale jest to ciekawość innego nieco gatunku niż ta, która towarzyszy autobiografiom znanych pisarzy – na przykład. Istnieje bowiem nigdzie nie odnotowane, ale dość żywotne podejrzenie, iż osoby umysłu życie intymne i osobiste co prawda posiadają, ale nie zawiera ono żadnego pobudzającego bakcyla atrakcji.

Mnie te przesądy, jak mniemam, nie dotykają, ale zauważyłam ich ślad w wywiadach i recenzjach ukazujących się po opublikowaniu książki Jadwigi Staniszkis „Ja. Próba rekonstrukcji”. Tematem rozmów są nade wszystko pewne osobliwości życia prywatnego znanej uczonej, osobliwości mniejsze i większe.

Do mniejszych zaliczmy więc miłość do zwierząt i upodobanie w ich towarzystwie, a także zwierzęcą „charakterologię”. Staniszkis empatycznie współżyje z problemami swojego zwierzęcego stada (parę psów, niepoliczalna ilość kotów) i gotowa jest stawić się na każde ich szczekanie i miauczenie. Ta cecha narratorki opowieści o sobie samej wydaje się szczególnie sympatyczna, bo – powiedzmy od razu – narratorka ta zadaje sobie dużo trudu, żeby nazbyt sympatycznie nie wypadać. Oczywiście, w konfrontacji ze stereotypem „pisania o sobie”. Jej pisanie wszak posiada cechę dość szczególną – jest „rekonstrukcją” a nie zwierzeniem, zapisem, relacją.

Rekonstrukcją, czyli działaniem zracjonalizowanym, zmierzającym do ukazania podstawowych elementów, z których ten określony model – czyli Jadwiga Staniszkis – został skonstruowany. Autorka powiada o sobie, iż jest emocjonalnie oschła, a nawet autystyczna, co wykazać miały w swoim czasie tomograficzne badania jej mózgu. Wydaje się to ciekawe, aczkolwiek brzmi, jako autodiagnoza, dość zaskakująco. Podobnie jak stwierdzenie, iż będąc z wykształcenia socjologiem, posiada Staniszkis charakter zdecydowanie aspołeczny. Akurat to drugie wyznanie brzmi – dla mnie – bardziej prawdopodobnie. Nie trzeba bowiem, dokonując różnorakich wiwisekcji społecznego organizmu, solidaryzować się z nim; stanowisko przeciwne nosi w sobie zalążek badawczego sukcesu: lepiej rozumiemy, nie kochając.

Osoba pisząca autobiografię musi pamiętać, iż jej pasje zdobywają czytelnika, od miłości do akwarium poczynając, a na starych inkunabułach kończąc. Akurat Staniszkis nie kolekcjonuje ani rybek, ani dawnych książek. Zbiera natomiast mieszkania i przedmioty.

Mieszkania bądź siedziby są oddalone od cywilizowanego centrum, przedmioty są rzadkie, obrazy są namalowane przez autentycznych artystów, zaś ta dziwna kolekcja rozrzucona jest na dodatek w różnych częściach kraju. Nie chodzi więc kolekcjonerce o wyznaczenie uporządkowanej przestrzeni dla jej namiętności, chodzi zaś o kluczenie po szlakach prowadzących w efekcie do ponownego, intymnego spotkania z ulubionym kompletem mebli.

Kolekcjonerzy chętnie pilnują świata swoich rzeczy, rzadziej się nim dzielą. Nasza autystyczna narratorka opowiada o nich jak o znakach z innego świata, do którego klucz tylko ona posiada. I tak jest, w samej rzeczy. Tym samym jednak staje się owa narratorka – zapewne nie zdając sobie z tego sprawy – jednym z owych egzotycznych, bo nieosiągalnych i niedotykalnych przedmiotów.

Posuwamy się za daleko w tych insynuacjach? Nie sądzę, bo przecież rekonstrukcja rozwija się dalej. W jakimś momencie książki wyczerpuje się zapas opowieści „kolekcjonerskich”, autorka postanawia odpocząć od siebie prywatnej (w potocznym rozumieniu) i poprowadzić czytelnika ku sobie – umysłowej. To zamierzenie jest w książce demonstracyjnie widoczne, i tutaj zaczynają się dla komentatorów pewne trudności. Dla czytelników również.

Co więc jest pożywką nieprzeciętnego umysłu? Zapewne on sam sobą się nakarmi, ale jakie są tego pokarmu składniki? Staniszkis nie potrzebuje towarzyszy drogi (jej ulubioną książką jest „W drodze” Kerouaca). Drogi podróżne, które opisuje, to szlaki przemierzane na ogół w samotności – od Nowego Sącza i Półwyspu Helskiego po Chiny i Amerykę Południową. Ciekawe, jak żywotne jest wielkie europejskie złudzenie, którego treścią jest przeświadczenie, iż kultura wschodu i jej wielorakie atrybuty może stać się dla nas obszarem wolności umysłu. Podróżując tam, Staniszkis oczyszcza przede wszystkim swój umysł, dostarczając mu takich bodźców, które nie istnieją w okcydentalnym świecie. „Człowiek z myśli taoistycznej: najpierw odrzucający społeczeństwo, aby następnie, po zrozumieniu własnej wyjątkowości w czasie i przestrzeni, uznać, że „inni” (czyli – inne unikatowe punkty widzenia) są niezbędni dla rozwiązywania problemów” – pisze.

I tak się dzieje w „umysłowej” opowieści o sobie samej, wpisanej w osobistą kolekcję Staniszkis. Te dwa nurty rywalizują ze sobą – nie o autorkę jednak idzie rywalizacja, lecz o czytelnika.

Bowiem inni są jeszcze bohaterowie tej książki: historia przeżywana w komunizmie, bolesny stygmat nas wszystkich, a szczególnie osoby, która w niej, pisząc, aktywnie uczestniczyła. Konsekwencje zamknięcia w historycznych kleszczach – ich absurdalną granicą staje się lista Wildsteina.

Ale widzę też punkt oparcia ponad przypadkami losu, które Staniszkis opisała: daje ona mianowicie wiarę (i świadectwo jednocześnie) założeniu, iż myśli, idee żyją, istnieją, że w szczególny sposób są „spersonalizowane”. Wiara w biologiczną nieomal witalność idei (są i tacy, którzy wierzą w życie gatunków literackich…) to fundament tej umysłowej konstrukcji. Cokolwiek zatem by się nie działo w świecie zewnętrznym wobec nas, nasze zinterioryzowane (bo nie zawsze wypowiedziane) wielkie i mniejsze myśli, są żelaznym szkieletem, trzymającym nas przy życiu.

Czytam w zakończeniu książki: „Zaskoczyła mnie aura smutku, jaka unosi się nad tymi wynurzeniami: zawsze przecież uważałam siebie (i uważam dalej) za osobę w sumie szczęśliwą! Może właśnie ten ukryty smutek, ujawniony w sytuacji braku kontroli i poddania się luźnemu strumieniowi skojarzeń, jest tą tajemnicą o mnie, którą przy napisaniu tej książki chciałam odkryć?” Tak, wszystkie lub prawie wszystkie zapiski osobiste są smutne. I zapewne nie odkrywają żadnej prawdy – nawet ich autorowi bądź autorce. Ale może właśnie z tego smutku, jako pewnej kondycji psychicznej i poznawczej jednocześnie, powstają autoportrety?

Staniszkis-autorka spogląda na swojego sobowtóra, Staniszkis-bohaterkę pewnej historii. Umysł nie pozwala jej na oddzielenie od siebie tych dwóch bytów, ale one same okazują się niczym innym jak „bytem podwójnym”. Perswazje na nic się nie przydają. Czyżby „maszyna do myślenia” („…w tyle głowy już moja maszyna do myślenia pracuje nad czymś innym”) zawiodła? Bynajmniej, jak sądzę.

Ona co najwyżej obmyśliła stosowne zabezpieczenia. Dzięki nim – a może na skutek ich działania – stajemy wobec narracji osobistej, która ma wszelkie cechy konstrukcji, przez co rozumiem odmierzone dawkowanie siebie samej. Na swój sposób (literacki sposób) to tajemnicza książka. Pierwsza i ostatnia na ten temat – deklaruje autorka.

Z kim się żegnamy? Gdybym miała odpowiedzieć na to pytanie, brzmiałoby to mniej więcej tak. Pozostawiam na szlaku znaczonym przez dziesiątki innych wyznań autobiograficznych osobę przekonaną o twardej konstrukcji swojej biografii. A przekonaną dlatego, że sama o nią zadbała. Zdarzały się jej (opisane) momenty słabości i swoistego poniechania. Dopóki jednak maszyna w tyle głowy pracuje, dopóty życie toczy się dalej.

A że jest w tym nuta nostalgii? Nostalgia jest dziś bardzo na czasie.

Marta Wyka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas