poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANETA PIECH-KLIKOWICZ
Swoboda, prostota, przygoda i podróż
Ewa Kuryluk, „Droga do Koryntu. On the Way to Corinth”, Twój Styl, Warszawa 2006.
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Niewielki album zbierający dokonania Ewy Kuryluk to nie tylko podsumowanie dotychczasowej twórczości plastycznej artystki, ale przede wszystkim dalszy ciąg poszukiwań. „Drogę do Koryntu” oglądać i czytać można jako zapis zmagań z odkrywaniem swojej własnej prawdy, próbę odpowiedzi na pytanie o to, kim się jest, jak się staje sobą. Do wydanego trzy lata temu „Goldiego”, album dopisuje kolejną część opowieści artystki, która ponownie wykorzystuje wizualne środki wypowiedzi.

Otwierające „Drogę do Koryntu” reprodukcje cyklu instalacji przygotowanych na Festiwal Kultury Żydowskiej w 2005 roku, a także „Lecą żółte ptaki” z lat 2001–2003 wiążą album z historią rodziny Kuryluk. Opisane w „Goldim” żółte kanarki, „Słoneczniki” van Gogha w wyobraźni małej dziewczynki złączyły się z wojennymi wspomnieniami matki, lękiem, czymś niezrozumiałym. W pracach Kuryluk, w wycinankach-cieniach wracają żółte portrety artystki, jej brata Piotrusia oraz rodziców. Zdawać by się mogło, że żółty kolor, będący głównym „aktorem” tych instalacji, jako zaliczany do barw ciepłych, symbolizujący światło, miłość, energię, bogactwo i potęgę odsyła do tego, co dobre, jasne. W „Drodze do Koryntu” ostatnie prace artystki, otwierające ułożony przez nią album, są jednak traktowane jako swego rodzaju punkt dojścia, a kolor ten ma znaczenie negatywne. Komentując wystawę „Lecą żółte ptaki” w Zachęcie, Kuryluk pisała: „Rysunki powstały na podstawie naszych starych zdjęć. Kodem jest żółć: tradycyjny kolor Żydów, których w gettach dawnej Europy zmuszano do noszenia żółtych ubrań. Na żółto są często ubrani prześladowcy Jezusa na ołtarzach i freskach. U Giotta w Padwie żółty płaszcz zdrady zarzuca na Chrystusa Judasz. Negatywna symbolika żółci  żydowskiej wywodzi się ze skojarzeń z siarką: elementem z piekła rodem”. Nie przez przypadek więc prozatorska historia rodziny autorki ma żółtą okładkę, a barwa ta, dominująca we wczesnych pracach Kuryluk, stała się dla niej tabu – artystka nie używała jej ponad dwadzieścia lat.

Instalacje Kuryluk z pisanym mniej więcej w tym samym czasie „Goldim” łączą również delikatność, ciepło i szacunek wobec bliskich, których życie zostało opowiedziane poprzez sztukę. Artystka wypowiada je – w języku prozy czy plastyki – nie po to, by epatować nieszczęściem, budzić współczucie. Zarówno literacki portret rodziny, jak i żółte instalacje, są w jej twórczości dowodem odwagi, efektem zmagań z przeszłością – tym, co w niej ciemne i bolesne. Zanim Kuryluk zdecydowała się ponownie użyć żółci, często malowała na jasnych, a nawet białych tkaninach, które – w interpretacji artystki – „symbolizują światło, życie i zdrowie” („Weronika i jej chusta”).

W opowieści układanej przez autorkę „Drogi do Koryntu” odwaga nierozerwalnie wiąże się z prawdą o sobie, której poszukuje artystka i którą mają prawo znać odbiorcy jej tekstów prozatorskich i plastycznych. Album zamykają fotografie wykonywane od roku 1959 (wtedy artystka otrzymała od ojca aparat fotograficzny z samowyzwalaczem) do 2006. Spora część z nich to akty przedstawiające artystkę oraz Helmuta Kirchnera, austriackiego fizyka. Inne są portretami Kuryluk w różnych miastach, sytuacjach i tworzą jej „autobiografię w obrazkach”. Nie są to jednak fotografie okolicznościowe. Artystka występuje na nich w maskach, z pawim piórem, starannie dobierając pozy, miny, gesty, a także fotografowane tło. Znawczyni sztuki draperii otula ciało kremowo–cielistą, ciężką tkaniną, która rzeźbi coraz to inne zmarszczki i fałdy, stwarza postacie o tej samej twarzy, ale odmiennym nastroju. Osobną część zamieszczonego wyboru fotografii stanowią te, które – jak określiła to Kuryluk w „Art mon amour” – przemawiają językiem przyrody. Nagość artystki i jej kochanka, choć zostały uporządkowane, żeby zagrać role narzucone przez Kuryluk, wymykają się kulturze, odsłaniają to, co pierwotne, niemożliwe do pominięcia. W kompozycji „Drogi do Koryntu” pełnią one rolę niezwykle istotną, bowiem inaczej niż prace malarskie zbliżają do ciała, które – według Kuryluk – jest: „centralnym symbolem, ostateczną metaforą” – i pozwala wyraźniej albo też po prostu inaczej zobaczyć to, co konkretne, prywatne, intymne. W kontekście analizy ikonografii skóry i odzienia przeprowadzonej przez Kuryluk w „Weronice i jej chuście” „nagie” fotografie artystki i Helmuta mienią się znaczeniami, zbliżając się między innymi do przedstawienia skóry Michała Anioła, którą, wedle interpretacji Kuryluk, w Kaplicy Sykstyńskiej artysta podarował Bogu i „sprawiedliwym sędziom”. Tak jak inne zdjęcia w „Drodze do Koryntu”, zostały zamieszczone bez komentarza i stawiając ciało artystki, jej kochanka wobec osądu odbiorców, uzupełniają twórczość Kuryluk o to, co najbardziej własne, wstydliwe, słabe, podatne na zranienie, ale też wymykające się formie, w którą chciałaby je wtłoczyć sztuka.

Prawdę o artystce, która „pisze, czego nie może narysować, rysuje czego nie może napisać” (motto do instalacji „Skóra/Niebo-Czerwień/Błękit: Rysopisy”), podglądać też można w rysunkach, instalacjach, a także innych wykorzystywanych przez Kuryluk formach wypowiedzi. W „Drodze do Koryntu” obserwować można, jaki wpływ miały na artystkę Wiedeń, Wenecja czy Londyn, gdzie „roiło się od awangardy bez grosza przy duszy”. Choć w jej pracach historycy sztuki doszukują się między innymi wpływów nadrealizmu, hiperrealizmu, a czasem także akcjonizmu, od początku stałym jej tematem jest przyglądanie się sobie oraz temu, co znajduje się w najbliższym otoczeniu artystki. Postacie w maskach weneckich medyków i grabarzy, autoportrety z „Teatru miłości”, a nawet bohater instalacji „Kim jest ten tajemniczy chłopczyk?”, to tylko inne twarze nieustannie zmieniającego się „ja”, które przegląda się w tekstach, obrazach, instalacjach Kuryluk.

W określaniu jego tożsamości ważną funkcję pełni materiał, którego używa artystka. Pokryte rysunkiem chusty, całuny, prześcieradła, zakupione w Chinach biały jedwab oraz szantung, wciąż na nowo układane w różnych wnętrzach i krajobrazach są znakiem rozpoznawczym Kuryluk. Zastępując tradycyjne płótno napięte na blejtram, przydają malowanym przez artystkę postaciom i przedmiotom lekkości, czynią bardziej ulotnymi, przygodnymi. W „Drodze do Koryntu” nie znajdziemy niestety wielu zdjęć ukazujących poszczególne aranżacje instalacji Kuryluk. Tymczasem chusty i wycinanki, które artystka rozkładała na topniejącym śniegu, pośród pożółkłych traw, rdzawych liści, na plaży albo upinała u konarów kwitnącego drzewa, za każdym razem prowadzą z otaczającą je przestrzenią inny dialog. Powściągliwa, subtelna, często jasna kolorystyka sprawia, że nawet w tych instalacjach, do których użyto barw bardziej wyrazistych przedstawione postacie wyglądają jak ze snu, który ledwie się zdaje i za chwilę zniknie. Bogatą symbolikę jasnej chusty, tkanej najczęściej przez kobiety przedstawiła artystka w „Weronice...”, poszukując pewnie tym samym przyczyn własnych wyborów. Niewiele można dodać do tej analizy, miękka, łagodna kreska rysunku w chustach i całunach pozwala jednakże dopatrzyć się w twórczości Kuryluk czułości, która, według artystki, leży u źródeł narodzin sztuki. Przywołując grecką legendę przypisującą córce korynckiego garncarza wynalezienie malarstwa i płaskorzeźby, początki sztuki autorka „Drogi do Koryntu” łączy z miłością dziewczyny zakreślającej konturami cień młodzieńca, rzucony przez światło latarni, oraz z „czułym impulsem swojej starożytnej rówieśniczki”.

Artystyczna droga Kuryluk, przedstawiona w skrócie w albumie wydanym przez Twój Styl, nie przez przypadek prowadzi do Koryntu. W małej greckiej mieścinie artystka odnalazła bowiem jedność sztuki i życia. Wracające wielokrotnie w jej twórczości portrety, obrazy oka, odcisków stóp, dłoni obierających owoce to zapis doświadczania codzienności – dzieciństwa, bezsenności, „zachowanej w skórze pamięci o pieszczocie i rozkoszy, bólu i gwałcie”. Odnajdujemy w nich siebie nie przez przypadek. Poważne, trochę smutne twarze z prac artystki nawet w chwili bliskiego spotkania z drugim nie zapominają o przerażeniu – na zawsze, niemal biologicznie – złączonym w życiu ze szczęściem.

Kuryluk, sfotografowana na okładce książki z odziedziczoną po ojcu czerwoną, tekturową walizeczką, z którą przejechała pół świata, podąża własną drogą, nieustannie poszukując swojego miejsca, języka wypowiedzi artystycznej, samej siebie. To, co najbardziej własne, odnalazła między innymi w Japonii, „kraju efemerycznej instalacji z tkaniny, papieru i wiatru”. Jedne z ostatnich prac artystki, otwierające książkę, to tylko kolejne kroki w jej twórczości, poddawanej autokorekcie, otwartej na wszystko, co sprzyja wciąż na nowo tworzonemu rozumieniu siebie. Podsumowując grecką legendę, Kuryluk, swobodnie poruszająca się w przestrzeni obcych języków, krajów, artystycznych środków wypowiedzi, definiuje sztukę jako „swobodę, prostotę, przygodę i podróż”. Dzięki nim „znalazła się i pozostała w drodze do Koryntu”.

Aneta Piech-Klikowicz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas