poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DAGMARA SUMARA
Ene due rike fake: szlafmyca czy korona, berło czy wiatraczek?
Michał Witkowski, „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” WAB, Warszawa 2007.
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Jedyna – a i to za mocno powiedziane, oj, za mocno – pewnostka, jaka wyłania mi się, kiedy odkładam najnowszą książkę Michała Witkowskiego, „Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna-Szczakowej”, brzmi po równi groźnie i obraźliwie: albo to nasz ulubiony „puer senex” literatury polskiej oszalał, albo myśmy zwariowali kompletnie. Lub też, w co święcie właśnie zaczynam wierzyć, Witkowski uznał, że uda mu się wmówić czytelnikom chorobę, żeby się ze swojej nie musieć tłumaczyć; omamił nas i zagadał, zaczarował i owionął. Pół biedy, gdybym wymyśliła tę historię, lecz nie wymyślam, cytuję podkreślony drżącą ręką fragment powieści: „Więc teraz słuchajta. Choćbyście już słuchać nie chcieli. Jesteście zamknięci w pokoju bez klamek i musicie słuchać […]”. To nie wszystko. Witkowski nie tylko potrafi zaklinać węże, ale i jest być może najlepszym akwizytorem w kraju, udaje mu się w iście lotnym stylu opchnąć wszelkie śmieci, tandetę i kicz, a mnie tylko biegają oczka w lewo i prawo za tymi świecidełkami z plastiku. Sztukmistrz i jego triki doczekały się Paszportu „Polityki”, doczekały się dobrego dość odbioru, pochlebnych recenzji, w końcu, tej recenzji, która mniej entuzjastyczna od innych być nie może i nie będzie. Zatem ma mnie? Trudno jednak przypisać całość wspomnianych zasług Witkowskiemu. Niezbyt sprawiedliwe by to było, bo o ile Witkowski pisać potrafi, co innego łapie nas w zastawione wprawną ręką pisarza sidła, mianowicie – łapiemy nas my sami. Tu idzie o – jednak! – nasze dewiacje, które nami zawładnęły i o nasz fajans, który produkujemy w niebagatelnych ilościach, żeby go sobie sprzedawać. Trzeba to zaznaczyć zawczasu: Barbara Radziwiłłówna jest jedynym z nas.

Zatem mam „się” i co dalej? Problemów z powieścią Witkowskiego jest wiele, najdonioślejszy jest pewnie ten, że nie wiadomo dokładnie, czym ta powieść jest. Najbezpieczniej byłoby powiedzieć, iż mamy do czynienia ze swoistą kontynuacją „Fototapety”, zbioru opowiadań Witkowskiego wydanego na rok przed Barbarą... Zdaję sobie jednak sprawę, że idę w tym momencie w asekuranctwo i enigmatyczność, które niczego z początku nie wytłumaczą – choć intuicja mówi, że trop jest dobry – więc do sprawy „Fototapety” powrócę później. Bardziej oczywista konstatacja brzmiałaby następująco: najnowsza powieść Witkowskiego jest powieścią. Antycypując zarzuty tworzenia zbędnych tautologii, od razu tłumaczę: Barbara Radziwiłłówna, główny bohater książki, postanawia napisać powieść (czy raczej autobiografię), a co za tym idzie – książka Witkowskiego staje się automatycznie książką Barbary lub też, jak chce autor, plikiem tekstowym, który Barbara komponuje na komputerze, nota bene skradzionym. Tak, Barbara Radziwiłłówna jest mężczyzną, prowadzi lombard, z chęcią uczestniczy w nie zawsze czystych interesach, a do tego – tworzy. Autotematyzm książki Witkowskiego, w ogóle – kwestia pisania, kreowania, fikcji, stanowią – zdałoby się – podwaliny jego twórczości. Inna sprawa, że pomimo starannie podkreślanych w „Barbarze...” czynności „produkowania” opowieści z życia pana Huberta (to właściwie imię Barbary) i jego świty, czytelnik szybko orientuje się, iż ma do czynienia raczej z prozą mówioną, z wielkim i bezdennym monologiem, który ciągnie się od pierwszej do ostatniej strony książki, zawłaszcza opisy, które opowiada, dialogi, które przytacza, akcję, którą relacjonuje. Śmiało można powiedzieć, że Barbara jest jedynym pełnoprawnym bohaterem prozy Witkowskiego i to z jej perspektywy oglądamy i ją, i – co należy podkreślić – j e j rzeczywistość. „Monolog Grande” Barbary stanowi więc oś stylistyczną, fabularną oraz kompozycyjną całej książki. Silne powinowactwo tego rodzaju prozy z gawędą szlachecką, rosyjskim skazem (jakże nie myśleć tutaj choćby o Jerofiejewie, o Zoszczence?) czy wręcz ze free–stylem w hip hopie nakłada na autora oczywiste zobowiązania językowe, które w wykonaniu Witkowskiego przemieniają się w test sprawności wyobraźni stylistycznej: delikatesy słowne autora kuszą oryginalnością (te neologizmy, poetyzmy, a dalej – groteskowe miniaturki i groteskowe monumenty), z drugiej strony – żerują one na intertekstualności oraz autointertekstualności. Poprzez odpowiednie stylizacje (użycie między innymi archaizmów, regionalizmów, żargonu, prozaizmów), cytaty i parafrazy przywołuje Witkowski czy to dzieła literatury polskiej minionych epok i, tym samym, związaną z nimi na zasadzie asocjacji historię Polski, czy też tworzy sugestywny koloryt lokalny małych miasteczek oraz zróżnicowanych wewnętrznie – a jednak chciałoby się powiedzieć: nie bardzo – małomiasteczkowych społeczeństw, pełnych hochsztaplerów, ladacznic i pijaczków. Jakby tego było mało, pojawia się jeszcze silna fala zapożyczeń rodem z reklamy i telenoweli: popkultura w tej prozie zajęła równoprawne miejsce obok retoryki patriotycznej à la Woronicz, Żeromski, wyznań wiary, fragmentów modlitewników i obok Mickiewicza. „Misz-masz”, jaki stworzył Witkowski, ciągłe nawarstwianie się stylów, kolejnych kopii stylów oraz kopii kopii nie zna granic, ani nie ma instrukcji obsługi. Wszystko, co się wydarza, wydarza się w języku, a język „Barbary...” jest jak zapodziana mina przeciwpiechotna: w każdej chwili może eksplodować pod przypadkowym ciężarem.

Skoro zaś język, jak się piszącej zdaje, odgrywa w książce Witkowskiego rolę najważniejszą, nad-rolę, problematyka „Barbary...” wynika z niego w linii prostej. Nie dajmy się zwieść – powieść ta w bodaj ostatniej kolejności jest powieścią o transformacji ustrojowej. Faktycznie, większa część akcji dzieje się między latami 80. a pierwszą połową lat 90., natomiast istnieją słuszne powody, ażeby trop ten potraktować nieufnie. Przede wszystkim – wyrwy czasowe i duża fragmentaryczność książki. Jest rzeczą znamienną, iż czytelnik przez większość czasu nie może powiedzieć z całą pewnością, kiedy rozgrywa się dana scena (terminu „scena” używam rozmyślnie, mając na uwadze wspomnianą „skrawkowość” świata przedstawionego oraz jego teatralizację; kwestia ta doprasza się jednak szerszego, zatem – osobnego, omówienia): socjalizm i kapitalizm wręcz współistnieją w historii Polski według Witkowskiego. Barbara już w latach 80. postanawia wyspowiadać się z grzechów konsumpcji, o ludziach stwierdza: „Takie same gesty mieli w czytankach do nauki rosyjskiego, a potem – angielskiego […]”. Co więcej? Obywatele kombinowali, jak wyżyć (niektórzy – jak wyżyć nad stan) za komuny i później nie przestali, zmiana władzy nie jest oczywista („Każda władza to dla niej >>Haj Hitla<<!”, zaś polonistka spotkana przy okazji prezentacji cudownego dżemu, narzeka na czasy, nie wiadomo na które, na wszystkie czasy albo na jeden ciągły czas. I rzeczywiście, ma się wrażenie, że Witkowski utknął w czasie, który nie ma nazwy. Że utknęliśmy pod stertą odpadów po nas, po czasach, w latach, które nie mają własnej historii, ponieważ zabrakło na nią miejsca.

„Barbara...” jest więc nie tyle sequelem „Fototapety”, choć poszczególne motywy z tej drugiej zostały do Barbary... sprytnie przeszczepione, lecz stanowi najdobitniejszy dowód na spójność światopoglądową autora. Nadrzędny temat obu książek to dialektyka pomiędzy rzeczywistością a fikcją, człowiekiem a wyobrażeniem człowieka, a także – wyobrażeniem o człowieku. Dany ustrój, czas odgrywają tu rolę drugoplanową, jak pisze Witkowski w opowiadaniu „Psie Pole”: „[…] z datami jest problem: wszystkie chcą istnieć jednocześnie, każda budowla wciąż usiłuje przeżywać świetność. Niskie kino „Fama” ogłasza swoją nazwę pochyłymi literami, których krój wskazuje na lata siedemdziesiąte, gdy tymczasem w środku akwizytorki sprzedają w najlepsze Herbalife”. Zatem rzeczywistość jest palimpsestem – począwszy od przezierających poprzez siebie epok, a skończywszy na pojedynczych tożsamościach, na poszczególnych ludziach. To, co nazywa Witkowski „fototapetą”, mając na myśli – najogólniej – wszelkiego rodzaju zastępniki, jest również głównym tematem „Barbary...” Jaki związek ma palimpsestowość świata z „fototapetą”? Ano taki, najprościej mówiąc, że kiedy człowiek nie za dobrze potrafi określić, w jakiej rzeczywistości żyje, ponieważ żyje w wielu naraz, nie umie na pewno stwierdzić, kim jest, ponieważ składają się na niego miliony ludzi, ich języki i światy, zaczyna tworzyć fototapety, „erzace marzeń, matryce”. Robi to głównie z dwu powodów: żeby uciec od nijakiej rzeczywistości (szarość to dominujący kolor w narracji Witkowskiego) oraz, paradoksalnie, żeby utrzymać się w pionie, by móc żyć tu, gdzie żyje. Fototapet jest co niemiara, nie kończą się. Barbara pisze w swojej książce: „A ja mam pisanie. To jest mój środek na świat. Bo w życiu trzeba w coś się bawić”. Bohater powieści Witkowskiego dokonuje zatem literalnej dezercji w fikcję; pisanie oferuje pozór nieograniczonych możliwości kreacyjnych w przeciwieństwie do restrykcji nakładanych przez rzeczywistość, pisanie jest zmyślaniem, lecz – równocześnie – jawi się jako fantom kontroli nad własną autobiografią. Barbara wielokrotnie podkreśla, iż nie mówi czytelnikom całej prawdy, czyni wyłącznie sugestie, niekiedy jawnie pomija niewygodne fakty, choćby pobyt w więzieniu. Takie jest jej prawo. „Kolażowość” książki wynika z tego prawa, z prawa do tworzenia sztucznego rezerwatu, w którym pan Hubert staje się królową, ma własne perły i dwórki. Ostatecznie jednak okazuje się, iż – ukochany królowej? przybrany syn królowej? – Sasza, nie istnieje. Barbara przyznaje się, że go wymyśliła. Co jeszcze wymyśliła Barbara? „Gdyby te fanty można było obejrzeć, jak w samie, nikt by nie dał za nie twemu wujkowi złamanego grosza […] Świat jest iluzją” – pada w pewnym momencie wyrok. To już koniec.

„Barbara...” jest fikcją podwójną, ponieważ jest fikcyjną powieścią o fikcjonalności świata, jego nikłości, o człowieku otoczonym niczym. Istnieje również inne, równoprawne, wyjaśnienie: człowiek, będąc otoczony wszystkim – tym Wszystkim, które na niego napiera – sam znika (często pisze Witkowski o znikaniu, kurczeniu się ludzi). Hiperbolizacja wykorzystana przez autora do konstrukcji świata działa w dwie strony: jest on albo monumentalny, dotyka sacrum, bazuje na haśle „Bóg-Honor-Ojczyzna”, albo stacza się ku otchłani pełnej brudów, pół-produktów, gdzie króluje turpizm, święci sukcesy profanum posunięte do granic przyzwoitości. W tak spreparowanych „nawiasach” nie ma miejsca dla człowieka; tego, który winien stać pośrodku. Nie ma środka. Groteskowość obrazowania, o której już wspominałam, być może przestaje funkcjonować w takich warunkach jak groteska – może jest jedynie dosadnością. Lecz uprę się: powieść Witkowskiego nie jest powieścią nihilistyczną, ponieważ Witkowski jest idealistą. Owszem – mimo wszystko autor wierzy w sens w bezsensie, w zwycięstwo – choć bardzo niejasne – zarówno nad dowolnością, jak i matrycą. Witkowski demaskuje, co tylko da się zdemaskować (fałszywą wiarę, zabobon, interesowność, zaściankowość, nacjonalizm, tradycjonalizm itd.), obdziera pozłotka z pustych pudełeczek i ściąga ubrania z manekinów. Wciąż mamy zatem do czynienia z tym samym problemem niemożności odnalezienia własnej tożsamości, jaki zajmował Gombrowicza, Mrożka (szczególnie ważna kwestia: obecność przebrzmiałych tradycji, obyczajów, zaciekłe ścieranie się ich wyłącznie po to, by obnażyły pustkę tego, co ze sobą niosą). Te same bolączki towarzyszyły przecież młodym, którzy debiutowali niedługo po roku 1989 – twórcom z kręgu „bruLionu” oraz za kilka lat ich „następcom”, „Nowym Dzikim”. Witkowski podejmuje próbę wyrwania się, dotarcia w nieokupowane miejsce – stąd posmak anarchizmu w tej twórczości, choć jest to – jak myślę – anarchizm bardziej na własny użytek, anarchizm prywatny; pan Hubert musi rozprawić się z osobistymi demonami (które tylko przypadkiem są demonami całego świata), by dotrzeć do siebie. Później przyjdzie czas na resztę.

Nie wiadomo, z czym musi rozprawić się Witkowski, abyśmy go zobaczyli w jego własnym świetle, choć – przypuszczalnie – jego własne światło to ta nieustanna walka, najcięższa z możliwych, ponieważ chwilowo bez wyraźnych punktów oparcia. Witkowski kontra reszta świata, rzeczywistość oraz sam Witkowski. Nie wiadomo, czy będzie miał nasz autor co kontestować przez najbliższy czas, po swojej „Barbarze...” – ostatecznym w końcu rozprawieniu się z ideami postmodernizmu – ale mając intuicję, że gdzieś to prowadzi nas wszystkich, będę mu sekundować. Ważne, że ma odwagę, nasz kochany „puer senex!”

Dagmara Sumara
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas