poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
Egzystencja cienia
Kornel Filipowicz „Cienie” wybrała W. Szymborska, Kraków 2007
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Na Kazimierzu w Krakowie spacerują Żydzi. Rozglądają się, nawiązują rozmowy. Słuchają przewodnika. Szukają śladów w tkance miasta, bo architektura przechowuje pamięć dłużej i czulej niż ludzie. Oglądają synagogi, wypatrują hebrajskich napisów na murze, niektórzy pewnie odczytują nazwy ulic: Izaaka, Kupa, Józefa (która niejako symbolicznie krzyżuje się z Bożego Ciała). Ciekawe, czy zwrócą uwagę na niewielką kamieniczkę przy Szerokiej, gdzie biedne dzieciństwo spędziła Helena Rubinstein. Potem zapewne pójdą na obiad do okolicznościowej restauracji i odjadą, a na Kazimierzu przez pewien czas znów Żydów nie będzie. Rozpłyną się jak cienie.

Literatura, jak dzieła architektoniczne i rozwiązania planistyczne, przechowuje pamięć trwalej i wierniej niż ludzie. Takim literackim dokumentem jest zbiór opowiadań Kornela Filipowicza „Cienie”. Poświadcza on pamięć pisarza, mieszcząc powstałe na przestrzeni kilkudziesięciu lat teksty, które łączy temat żydowski. Ale ten zbiór jest także wyrazem pamięci indywidualnej, obejmującej bezpośrednie związki z autorem: wyboru opowiadań dokonała Wisława Szymborska, opatrzono go ilustracjami Marii Jaremy. To przecież ważne, bo ludzie są ważni.

Bohaterowie „Cieni” żyją w różnych czasach i miejscach. Są więźniami obozu („Chleb oddany”), myślą o niebieskich migdałach na niemieckim („Gutmann albo ostatnia przed wakacjami lekcja niemieckiego”) lub starają się radzić sobie z codziennością okupacji („Opowiadanie z epilogiem”). Wszędzie jednak (poza tekstem „Ciemność i światło”) na jednym z bliższych lub dalszych planów pojawia się żydowski temat. Holocaust stanowi dla tych opowiadań kontekst oczywisty, ale nie w każdym przypadku mowa jest o Zagładzie. Na przykład w opowiadaniu „Silberstein nie zdążył” tytułowy bohater – Żyd – popełnia samobójstwo, zrujnowany przez międzywojenną hiperinflację. Narracja zaś prowadzona jest tu z punktu widzenia małego chłopca, któremu w głowie zabawa, a nie kwestie gospodarczo-społeczne. Trudny, choć potrzebny polskiej kulturze temat nie jest więc ujęty w tonie apokaliptycznym, z patosem. Wręcz przeciwnie, Filipowicz korzysta z oszczędnych środków, pisze zwięźle i powściągliwie, bez śladu czułostkowości. Wprowadza niekiedy dobroduszny, nienachalny humor, zwłaszcza w opowiadaniach dotyczących dzieciństwa („Mój ojciec milczy”, wspomniany „Gutman”) i, co ciekawe, starości („Światopogląd”, „Piękne życie Natana Ruffa”).

Te dwa opowiadania przynoszą przekonujący i sugestywny obraz starości. Bohater obu z nich – Stanisław Omulski, mieszkaniec domu opieki, antysemita – przedstawiony jest wyrozumiale, ale bez pobłażania. Pokazane są jego małostkowość i ograniczenie, a mimo to jako bohater budzi szacunek. W „Światopoglądzie” do pokoju Omulskiego wprowadza się nowy lokator – wypisz wymaluj, Żyd. Omulski nie może opanować swojej bezinteresownej (przynajmniej w świetle świata przedstawionego opowiadania), a wręcz fizycznej niechęci do Żydów. Udając, że śpi, obserwuje współlokatora oraz jego krewnego i rozważa ze zgrozą: „Przede wszystkim widział ich nosy! Nie, nie były to nosy, tylko dwa ohydne twory, garbate, sterczące do przodu, a potem zagięte w dół, podobne do dziobów drapieżnych ptaków. Omulski, który widział już wiele nosów i poświęcał im zawsze sporo uwagi, musiał z przerażeniem stwierdzić, że z czymś takim nie spotkał się nigdy w życiu. […] Posiadacze tych nosów podobni byli do siebie jak dwie krople wody – mieli takie same nisko zarośnięte czoła, czarne, wypukłe oczy o zewnętrznych kącikach opadających w dół, zdumione jak u klowna brwi” (s. 107). Okazuje się jednak, że współlokator Żydem nie jest. Omulski jest w rozterce. Jeździ po mieście tramwajem bez celu (korzystając ze zniżek dla emerytów), co wyraża jego wewnętrzny zamęt, zagubienie, a zarazem – dochodzenie do decyzji. „Kończąc w południe długą podróż, miał już gotową pewną definicję, która pozwoliła mu odzyskać wewnętrzny spokój. Oto ona: wszyscy ludzie, którzy podobni są do Żydów, choć nimi nie są, w istocie nimi są” (s. 116).

W „Światopoglądzie” brak bezpośrednich odwołań do Holocaustu (choć tekstowe realia sugerują, że jest już po II wojnie światowej). Pokazany jest za to antysemityzm: który jest bezrefleksyjny, a organizuje myślenie i nie potrzebuje wyjaśnień, bo sam się uzasadnia. Taki, który wybija okna i proponuje dokument podróży do Izraela.

Stefan Chwin w wywiadzie dla „Newsweeka” powtórzył niedawno swój pogląd, że antysemityzm to choroba duszy, należy więc go leczyć, a nie potępiać (ale czy nie za łatwo w ten sposób usprawiedliwić, zamiast zrozumieć?). Jeżeli jednak antysemityzm to choroba, to Filipowicz ze spokojem lekarza prezentuje jej objawy, a i przyczyny. Zgoła beznamiętnie relacjonuje: „Nawet my podlegaliśmy niechcący tej powszechnej sugestii, że przestępstwo popełnione wobec Żyda, a więc istotny najniższej kategorii, nie jest tak całkiem przestępstwem. Oczywiście nie byliśmy zdolni popełnić go, ale byliśmy gotowi je tolerować przez strach, naśladownictwo, powszechność tego zjawiska, a w końcu przez ten ludzki wstręt, jaki się ma do istot, które los doświadczył – wstręt wywodzący się być może z obawy, aby samemu nie znaleźć się w ich położeniu” (s. 78). Wybór narracji pierwszoosobowej ma tu znamiona moralne: „nawet my” oznacza także „my też”. W opowiadaniu „Mój ojciec milczy” chłopiec mówi ojcu, że drużyna piłkarska, której kibicował, przegrała (i to sromotnie, 8:0), ponieważ zawodnicy konkurencyjnej drużyny „Makkabi” – Żydzi – podtruli piłkarzy „Piasta” rozpuszczonym w piwie proszkiem. Rozczarowani kibice „Piasta” puścili się w pościg za zawodnikami „Makkabi”, prawdopodobnie po to, aby swoje niezadowolenie przemienić w czyn. Sytuacja przedstawiona jest z perspektywy dziecka, które początkowo biegło wraz z tłumem. Nie ma oskarżeń i wyraźnie sformułowanej oceny ze strony narratora. Również ojciec długo nie komentuje słów syna. Zamiast tego „zatrzymuje się nagle koło starego dębu, który rósł na skraju ścieżki. Oglądał jego gruby pień pokryty szorstką korą, doty kał kory palcami, potem patrzył w górę, między szeroko rozrośnięte gałęzie” (s. 97). Wreszcie ojciec zauważa, że „różne paskudne rzeczy w historii zaczynały się od bicia Żydów” (s. 100). Egzystencja cienia została Żydom przydana już wcześniej, przed Zagładą. A przecież – jak pouczają różne mitologie świata – bez cienia nie ma życia. Pozbawienie go to utrata tożsamości. Z drugiej strony – brak cienia znamionuje wampiry, upiory i inne istoty demoniczne. „Żydowskość tkwiła nie w owocu, ale w soku, który poruszał się przez tkanki drzewa”.

Niekiedy jednak moralny nurt tych opowiadań przybiera postać narratorskiego komentarza. Jak w cytowanym wcześniej „Światopoglądzie”, gdzie przytoczywszy wynik rozważań Omulskiego o tym, kto jest Żydem, a kto nie, narrator zwraca się do czytelnika: „przecież najcenniejszą rzeczą, jaką posiadamy, są nasze przekonania. Czyż nie warto czasem zrobić jakiś mały, drobny szwindel – byle tylko naszych przekonań nie stracić, byle je ocalić?” (s. 116). Czasami natomiast któryś z bohaterów wygłasza sentencjonalny pogląd: „Bo granice, w jakich my wystawiamy swoje życie w obronie sprawy i cudzego życia, leżą dalej niż tych zasypiających teraz w wygodnych łóżkach” (s. 39). Ton moralizatorski mąci realistyczną klarowność tych tekstów.

W opowiadaniach dominuje jednak surowy styl – prosty i precyzyjny, ale nie przypadkowy. Koresponduje on z materią świata przedstawionego. Tak, z materią. Podkreślano wiele razy, że Filipowicz buduje plastyczne i skomplikowane obrazy rzeczywistości, posługując się przywołaniami rzeczy zwykłych. Nie inaczej w Cieniach. Problematyzuje sprawy na pozór oczywiste i dostrzega szczegóły. „Człowiek odziany nie ma pojęcia, co to jest za problem nagość! Dopiero teraz, o świcie, poczuł się odarty w bolesny sposób z własności, bez której życie jest tylko fikcją. Jakżeż marzył o zdobyciu bodaj kawałka szmaty, aby móc uchodzić przynajmniej częściowo, w paru dopuszczalnych sytuacjach, za istotę na swoim miejscu, za człowieka kąpiącego się, opalającego się, dobywającego torf czy robiącego cegłę!” (s. 20). Nieuporządkowane myśli bohatera nad stosownym przyodziewkiem mówią wiele o sytuacji, w jakiej się znalazł. Namiętna chęć życia każe mu imać się choćby i niedorzecznych pomysłów – bo przecież nawet dysponując upragnioną szmatą, nie mógłby w nieskończoność udawać, że wyrabia cegłę. Podarowana przez chłopkę podarta odzież przywróciła mu status człowieka, członka społeczności, skuteczniej niż zbroja zasłoniła przed niebezpieczeństwem. Inna sytuacja w tym samym opowiadaniu („Krajobraz, który przeżył śmierć”): „Pokazał jej następnie swoją kartę rozpoznawczą, tę najbardziej autentyczną (cóż za okrucieństwo), w której ramka na tytułowej stronie była o dwa milimetry szersza, inaczej rozstrzelony druk, i zwrócił uwagę na nieodpowiednią pieczątkę” (s. 33). Niedostrzegalne dla niewprawnego oka drobiazgi znaczą – w tym przypadku życie lub śmierć. Trzeba wiedzieć, co znaczą, aby umieć je zauważyć.

Opowiadania Filipowicza zbudowane są z tego rodzaju drobnych cząstek, nie są to jednak fragmenty rozbitej pełni, a raczej atomy rzeczywistości, które pisarz dobiera i porządkuje. Spostrzegawczość, wrażliwość i umiejętność uogólnienia – cechy dobrego prozaika.

Anna Pochłódka
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas