poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA KWIECIEŃ
Do akcji wkracza Brenner
Wolf Haas, „Wskrzeszenie umarłych” przeł. Barbara Tarnas, G+J Warszawa 2008
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Fakt, że niedawno w księgarniach pojawił się jeszcze jeden kryminał, nie jest w stanie zainteresować nikogo poza socjologami wyspecjalizowanymi w badaniu rynku wydawniczego. Fakt, że owym kryminałem jest „Wskrzeszenie umarłych”, pierwsza z serii sześciu książek opowiadających o przygodach detektywa Brennera autorstwa Wolfa Haasa, powinien zainteresować wszystkich miłośników literatury spod znaku rewolweru i wymiętego prochowca.

W Polsce Haas jest pisarzem całkowicie nieznanym, podczas gdy w ojczystej Austrii i w krajach niemieckojęzycznych uchodzi za niekwestionowanego i niedościgłego mistrza prozy „z dreszczykiem”. Doceniają go zarówno krytycy, którzy już kilkakrotnie uhonorowali jego teksty nagrodą „Deutscher Krimi Preis”, przyznawaną co roku najlepszemu kryminałowi sezonu, jak i zwykli czytelnicy, którzy na przestrzeni ostatnich 10 lat kupili łącznie prawie 700 tysięcy egzemplarzy jego powieści.

Co zadecydowało o tym, że pisarz odniósł sukces? Po pierwsze: główny bohater, Simon Brenner. Na postać tę składa się kilka cech wyróżniających klasycznego prywatnego detektywa oraz szereg cech charakterystycznych dla specyficznego typu prywatnego detektywa, a mianowicie detektywa-niezguły. Brenner jest wprawdzie dość odważny, niepokorny i odporny na wszelakie naciski z zewnątrz, w pełni angażuje się w walkę ze złem, a swoje, często prywatne, śledztwo zamyka dopiero wtedy, gdy ma pewność, że wykrył i unieszkodliwił sprawcę zbrodni, zarazem jednak często popełnia omyłki i ustawicznie staje się ofiarą przestępców. Nic więc dziwnego, że jest bardzo zmęczony życiem. Ma przy tym poważne problemy z koncentracją, nie radzi sobie z oddzielaniem szczegółów ważnych od nieważnych, cierpi na utrudniające pracę uporczywe migreny. W dodatku jest niezbyt piękny, niezbyt młody i niezbyt wysportowany, przez co staje się dość bliski niezbyt pięknemu, bądź też niezbyt młodemu, lub też niezbyt wysportowanemu czytelnikowi, który w dodatku ma dobre podstawy do wnioskowania, że skoro „taki” Brenner mógł sobie poradzić z rozwiązaniem skomplikowanej zagadki kryminalnej, to poradzić mógłby sobie z tym prawie każdy, a więc i czytelnik, który pewnie nie ma problemów z koncentracją i umie odróżnić szczegóły ważne od nieważnych.

Po drugie: narrator. Narrator dość nietypowy jak na powieść kryminalną i w ogóle powieść współczesną, bo auktorialny, komentujący, filozofujący i bez przerwy wtrącający swoje przysłowiowe „trzy grosze”. W kreacji tego brata-łaty, rasowego gaduły i plotkarza, który zwracając się bezustannie do odbiorcy, przechodzi od jednej dygresji do drugiej (trudno zresztą oddzielić dygresje od głównego toku narracji, dodatkowo dygresje urastają do roli właściwej opowieści, a właściwa opowieść spada do roli dygresji), niektórzy czytelnicy dopatrzą się pokrewieństw z kreacją narratora znanego na przykład ze Sternowskiego „Życia i myśli J.W. Pana Tristrama Shandy”, inni zaś będą go porównywać do znajomego, który potrafi opowiadać prawie tak samo zabawne i ciekawe historie jak narrator Hassa, bo i narracja sprawia często wrażenie gawędy snutej przy knajpianym stoliku przez starego wygę, który życie poznał, jak się zdaje, od podszewki i dzieli się swą wiedzą z czytelnikiem.

Po trzecie: język. Język jest bardzo prosty, a przy tym doskonale wystylizowany na mowę potoczną. W powieści często mamy do czynienia z powtórzeniami, krótkimi, urwanymi zdaniami bądź ich równoważnikami, konstrukcjami eliptycznymi, a także przejęzyczeniami czy pomyłkami słownymi:

„– Hm.

– Pan!

– Hm?

– pyta Brenner, bo wciąż ma problemy z głosem.

– Wczoraj miałem sześć kursów na cmentarz, sześć kursów miałem. Całuj mnie gdzieś, sześć razy cmentarz jednego dnia. Lorenza grzebali, nie? – Mm – mówi Brenner.

– Pytam dlatego, że nie byłem na pogrzebie. Chciałem, ale całuj mnie gdzieś, przecież się nie rozerwę. Przyjmuję kurs na pogrzeb, no to myślę sobie, dobra nasza, to od razu zostanę. Ale jeszcze po drodze telefon i jeszcze jeden kurs i jeszcze jeden kurs i jeszcze jeden kurs i jeszcze jeden kurs i jeszcze jeden kurs i jeszcze jeden kurs.

– Hm – wtrąca Brenner takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że to już razem siedem kursów.

– Dlatego nie byłem na pogrzebie. A dzisiaj wziąłem sobie dzień wolny, bo jestem sam sobie szefem. I jazda do Kaprun, do knajpy „Nad Jeziorem”. Na gulasz.

– Hm!”

Często ma się wrażenie, że w swych powieściach Haas daje jeden wielki popis żonglerki słownej, autor przyznaje zresztą, że język narracji jest dla niego ważniejszy niż historia, którą z jego pomocą opowiada. Pewnie nie bez znaczenia w tym kontekście jest fakt, że Haas, a dokładniej doktor Haas, obronił na uniwersytecie w Salzburgu dysertację na temat teoretycznojęzykowych podstaw poezji konkretnej. A później przez kilka lat pracował jako copywriter w renomowanych wiedeńskich agencjach reklamowych.

Po czwarte: absurdalny humor. Komizm językowy nakłada się w książkach Haasa na komizm sytuacyjny, bazujący na nasycaniu fabuły maksymalnie dziwacznymi zdarzeniami i osobliwymi bohaterami. We Wskrzeszeniu umarłych pojawia się mężczyzna bez nogi sprzedający hot dogi i konwersujący przy tym z kobieta bez dłoni, która chwilę później okazuje się być doskonałym kierowcą samochodu; komendant straży pożarnej, który jedzie gasić pożar stacji benzynowej, która się nie pali; taksówkarz ważący ponad 120 kilogramów i jeżdżący różowym chevroletem, jednak nigdy nie więcej niż 50 km/h; czy emeryci grający w trzydziestostopniowym upale w curling na asfalcie. Jeśli komuś to nie wystarcza, można jeszcze dodać, że mamy tam też do czynienia z przypadkiem pewnego młodego człowieka, który zabił się dwa razy oraz parą amerykańskich multimilionerów, którzy, mimo iż zmarli wskutek zamarznięcia na wyciągu, pół roku po swej śmierci zaczynają podejmować z konta bankowego spore sumy pieniędzy.

Po piąte wreszcie: element zaskoczenia. Czytelników przekonanych, że w powieści kryminalnej najważniejsze jest rozwikłanie tajemnicy popełnionego przestępstwa i odpowiedź na pytanie, kto i dlaczego popełnił opisaną zbrodnię, Haas zaskakuje innowacyjnością zarówno w podejściu do tematu, jak i jego realizacji. Okazuje się, że zbrodnia może być nie tylko punktem wyjścia przy tworzeniu swego rodzaju zagadki logicznej, do której wspólnego rozwiązywania autor zachęca odbiorcę, ale też pretekstem do beztroskiej zabawy, w przypadku pisarza zabawy słowem, a w przypadku czytelnika zabawy tekstem. Przy okazji okazuje się, że przestrzeń, jaką tworzą ramy gatunkowe kryminału, jest na tyle pojemna, iż może się w niej pomieścić nawet tak specyficzny wariant realizacyjny jak antykryminał, jakim w istocie jest „Wskrzeszenie umarłych”, a który polskiemu czytelnikowi znany był do tej pory głównie w wariancie zaproponowanym w „Przygodzie fryzjera damskiego”, „Sekrecie hiszpańskiej pensjonarki” i „Oliwkowym labiryncie” przez Eduardo Mendozę czy przez Marcina Świetlickiego w jego „Dwanaście” i „Trzynaście”.

Haas powtarza, że nie czytał nigdy zbyt wielu kryminałów oraz że nie ma swojego ulubionego pisarza–„kryminalisty”, ale chętnie z takimi autorami rywalizuje. „Wskrzeszenie umarłych” było książką, która niemieckojęzyczna krytyka niemal jednogłośnie określiła mianem najlepszego debiutu prozatorskiego lat 90. Autor na pochwały odpowiadał natomiast stwierdzeniem, że tak naprawdę dotąd nie wie, skąd miał pewność, że uda mu się doprowadzić powieść do końca, ale wiedział, że doprowadzić do końca ją musi.

Katarzyna Kwiecień
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas