poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
Woland, wróć!
Irek Grin, „Pan Szatan”, Świat Książki, Warszawa 2007.

Zaczyna się malowniczo i przebojowo: dwaj podrzędni dziennikarze, Blender i Bukoch, zostają zamordowani wbitym w plecy każdego z nich krucyfiksem. Nagłe zgony okazują się powiązane z dziennikarskim śledztwem, jakie wspólnie prowadzili. Zaprzyjaźniony z denatami zapijaczony policjant wciąga w sprawę kolejnego znajomka – prywatnego detektywa, Józefa Marię Dyducha, aby podjął zarzucony przez dziennikarzy trop.

Główny bohater to postać palce lizać. Detektyw o uduchowionym nazwisku i rozbudowanej duchowości, były dominikanin, obecnie właściciel agencji detektywistycznej Inkwizycja, specjalizującej się w sprawach rozwodowych. Z wykształcenia psycholog, ponadto miłośnik towarów ekskluzywnych, posiadacz drogiego subaru oraz luksusowego strychu na krakowskim Kazimierzu. Jednocześnie żywy w nim jest duch ascezy – nie pije, nie pali, nie grzeszy z narzeczoną (Matyldą Tyldą), zamiast tego trenuje sporty walki i bieganie. Choć porzucił życie zakonne, bardzo poważnie podchodzi do kwestii wiary i nigdy nie zapomina o modlitwie.

Ten bez mała nieskazitelny „miles Christianus” wplątuje się w międzynarodową aferę o dosłownie globalnym zasięgu. Podejmując dochodzenie Blendera i Bukocha, wchodzi w konszachty z islamskimi terrorystami, depczą mu po piętach rozmaite służby (FBI, ABW), a co chyba najbardziej dla detektywa kłopotliwe, towarzyszy mu zniewalająca prostytutka, Maria, która finansuje śledztwo i z upodobaniem wodzi mężczyznę na pokuszenie. Zgodnie z wytycznymi otrzymywanymi od najgroźniejszego terrorysty świata, para odwiedza miejsca, na których działalność szatana odcisnęła szczególnie mocne piętno (jadą między innymi do Ziemi Świętej, Ávili, Loudun, na końcu sam Dyduch przybywa do rodzinnego Krakowa, gdzie wszak kształcił się Faust), bo dochodzenie w sprawach doczesnych zazębia się ze śledztwem metafizycznym. Chodzi mianowicie o to, czy diabeł istnieje.

Dla zakonnika, choćby i byłego, to sprawa kluczowa. Wydaje się nawet, że rzekomy dominikański spisek, mający na celu ukrycie nieistnienia osobowego zła, nurtuje Józefa Marię bardziej, niż zamach terrorystyczny, w którego organizacji uczestniczy. Rozważa: Chrześcijanie wymyślili sobie diabła, żeby mieć czym straszyć owieczki. Cała sprawa omal się nie wydała przez przypadek, więc Honoriusz III stworzył specjalne komando do ochrony tajemnicy. Właściwie zrobił to poprzedni papież Innocenty – to była jego idea, ale formalnie rzecz zakończył (rozpoczął?) jego następca. Nazwano ich „Domini canes”, psami Pańskimi. Zakon dominikanów został powołany do ukrywania faktu całkowitej i nieodwołalnej nieobecności Złego. A co za tym idzie: braku zła w ogóle, jak należy domniemywać (s. 131).

Podejrzenie, że szatana nie ma, godzi w podstawy światopoglądu Dyducha. Detektyw stopniowo zmienia dotychczasowy, higieniczny tryb życia – zarzuca regularne biegi, zaczyna pić alkohol i palić papierosy. Obsesyjnie pożąda profesjonalistki Marii. Dopuszcza się ekscesów w lokalach i używa nieliturgicznej łaciny. Grzeszy myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Są to wprawdzie grzechy powszednie i trywialne przewiny (przynajmniej do czasu). Nie pójdzie się przecież do piekła – jeżeli ono istnieje – za wypalenie papierosa. Ale Józef Maria nie jest już niezłomny w swej niewymuszonej prawości.

„Maria usadowiła się obok i patrzyła na mnie jak na wariata.

– Co ty robisz, u diabła? – syknęła. – Przecież nie pijesz.

– Diabła nie ma – odrzekłem, obracając w ręku butelkę złotego johnny’ego walkera” (s. 124).

Bez diabła jest bez sensu. Zło staje się rozlazłe. Bezpostaciowe. Bez charakteru. Powolna, choć stylowa i zblazowana degrengolada bohatera odpowiada nieokreśloności zła.

Kim w takim razie jest tytułowy Pan Szatan?

To najbardziej poszukiwany przestępca na świecie, mistrz kamuflażu, bezwzględny przywódca i bojownik dżihadu. Posługując się Dyduchem, organizuje okrutny zamach (nie zdradzę, na co). A jednak terrorysta nie jest postacią naznaczoną grozą ani specjalnie tajemniczą, przynajmniej, jak sądzę, nie wywiera takiego wrażenia na czytelniku. Choć sieje zamęt na całym globie i z wręcz nadludzką zręcznością wymyka się stróżom ładu, nie fascynuje i nie wywołuje dreszczu ekscytacji. Przydomek Pan Szatan stosowany jest wymiennie z Pan Szparag, przestępca żywi bowiem zamiłowanie do szparagów. Folguje swojej zwyczajnej, ludzkiej słabości często, więc jego mocz wydziela charakterystyczny, przykry zapach. Sprawia to, że zło, którego – jak się zdaje – ma być upostaciowieniem, jawi się jako trywialne i pospolite. Jakże mu daleko do wspaniałych postaci Lucyfera, Mefistofelesa albo Wolanda. Nie ma wzniosłości, ostała się groteska. Szatana da się lekko, nonszalancko i bezkarnie podmienić na szparagi.

Można na to jednak spojrzeć z innej strony. Nieosobowe, niepochwytne zło jest bardziej przebiegłe i nowoczesne. Podobnie jak Pan Szparag, potrafi się zamaskować i ukryć w niespodziewanych zakamarkach. Nie ma esencji, może więc przybrać dowolną, cudzą tożsamość. Tym skuteczniej i bardziej niepostrzeżenie manipuluje, aż w końcu doprowadza wprost wzorcowo omotanego głównego bohatera do spektakularnej zbrodni. Zmyślne kłamstwo, subtelnie zasiana wątpliwość, niepozorne przesunięcie semantyczne to stare diabelskie sztuczki, na które już Ewa dała się nabrać. W połączeniu z zaawansowaną technologią i pragmatycznym nastawieniem są niemal niezawodne. Wynika z tego, że rozmazanie konturów i nieokreśloność diabłu nie tylko nie przeszkadza, ale służy. Podobno już w latach 40. w kamienicy na Arbacie, w której Bułhakow zakwaterował Księcia Ciemności i jego świtę, pojawił się na murze napis: Woland, wróć! Był to okrzyk etyczny czy estetyczny? Wolałabym myśleć, że estetyczny. Woland to porządny diabeł, z fasonem i klasą, więc wydziela zapach siarki, a nie jakichś przyziemnych szparagów.
Pora jednak rozwiać ewentualne wrażenie, jakoby Grin napisał swego rodzaju moralitet. Nie o duszę Dyducha tu bowiem chodzi, a o rozrywkę czytelnika. Metafizyczne czy teologiczne pytanie o obecność w świecie szatana stanowi jedynie efektowny chwyt, urozmaicający szablonową przecież formułę. Bo Pan Szatan to powieść sensacyjna o nachyleniu szpiegowskim, zbudowana zgrabnie, pomysłowo i z rozmachem. Nie aspiruje do nowatorstwa, ale przyzwoicie i rzetelnie trzyma poziom. Pojawiają się różne, w znacznym stopniu skonwencjonalizowane elementy: charyzmatyczny bohater, intrygująca niewiasta, erotyczny trójkąt, atrakcyjne miejsca akcji, szeroko zakrojony i osadzony w aktualnym kontekście (terroryzm) konflikt; strzelają, przekupują, spiskują, mordują, udają. Akcja toczy się więc wartko i zajmująco. Równocześnie Grin lekko podminowuje schemat, śmiało doprowadzając konwencję do krańca, a co za tym idzie – do problematyzacji. Żartuje sobie z własnego tekstu, ukazując pękanie formy:

„– Czy ktoś już rozmawia z tym… Duchem?

– Dyduchem?

– Dyduchem. I tą… Matyldą? Tyldą? Co oni mają za nazwiska?” (s. 204).

Józef Maria ma znaczące, a Matylda – rymowane. Umowne mają nazwiska i sztuczne. Również w niepokojący sposób genialne bliźnięta noszą dobrze oswojone imiona – Jaś i Małgosia. W dialogach także pojawia się świadomość konwencji. Dyduch rozmawia z Panem Szparagiem:

„– Opublikujcie sobie przesłanie na stronie www.

– Nie zawsze nam wierzą, kiedy piszemy w sieci.

– Jeśli coś się jej [Marii] stanie, znajdę was nawet w Internecie.

W tym miejscu nie wytrzymałem, choć sytuacja wcale mnie nie bawiła, i się za- Świat Książki, Warszawa 2007. śmiałem. Ku mojemu zdziwieniu Arab zawtórował” (s. 115).

Na tym nie koniec. Detektyw-zakonnik przywodzi na myśl Imię róży, ale także przygody braciszka Cadfaela, by nie rzec – detektywa w sutannie. Zarazem Dyduch pije, pali i ma do towarzystwa rudowłosą prostytutkę, w czym podobny jest do stereotypowo potraktowanych, melancholijnych bohaterów czarnego kryminału. Reminiscencją powieści noir jest również dominująca w książce narracja pierwszoosobowa. Żywiołowa nimfomanka Maria, niestrudzenie, chociaż bezskutecznie próbująca uwieść Dyducha, stanowi żartobliwy wariant femme fatale. Ma także literackie krewniaczki w postaci prostytutek o ujmującej osobowości zarówno w Wielkim Testamencie, jak i Pretty Woman. Katolicko-klerykalna sieć informacyjna przewyższa państwowe tajne służby wydajnością, a na pewno dyskrecją, co daje asumpt do ponownego rozważenia którejś z popkulturowych teorii spisku. Zaś transreligijne dysputy teologiczne bohatera wykpione są przez to, że prowadzi je Dyduch w klubie nocnym o trafnej nazwie Pussycat. Przykłady mogłabym mnożyć.

Tu i w innych momentach Grin balansuje na krawędzi tego, co znane i rozpoznawalne, i tego, co lekko konwencję podważa. Nigdzie jednak nie dochodzi do całkowitego przełamania schematu i przekształcenia czytadła w rodzaj metatekstowego komentarza. Dzięki temu książkę czyta się duszkiem. Dyduszkiem.

Anna Pochłódka

 Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas