poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA MIZURO
A szkoda
Gaja Grzegorzewska, "Noc z czwartku na niedzielę", EMG Kraków 2007.
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Typ kryminałopisarstwa, jaki uprawia Gaja Grzegorzewska, nie należy do moich ulubionych i zazwyczaj niechętnie po tego rodzaju książki sięgam. Jeśli już, to z dwóch względów. Pierwszy z nich to chęć „zbadania” danej książki od czysto warsztatowej strony, czemu rzadko towarzyszy zwyczajna czytelnicza przyjemność. A jeśli już towarzyszy – i to jest właśnie drugi powód – to jest ona natury masochistycznej. Męczę się przy tego typu rozrywce, ale jednak czerpię pewną satysfakcję, śledząc wysiłki autora, który wymyśla niestworzone rzeczy, by trzymać się reguły „im głupiej, tym piękniej”. I robi to zazwyczaj nie z wrodzonej grafomańskiej potrzeby, lecz wychodząc ze słusznego założenia, że gros czytelników kryminałów taką właśnie rozrywkę lubi najbardziej. Wielu jest oczywiście twórców, którzy specjalizują się w tego typu produktach, więc trudno mi od ręki sporządzić miarodajną listę idiotyzmów do sześcianu, mogę się jednak wylegitymować rzetelną znajomością jednego, którego książki trafiły do Polski z tego powodu, że gdzie indziej kupiły je setki tysięcy czytelników. Nie mówię o Danie Brownie (aż taką masochistką nie jestem), tylko o Maximie Chattamie. I tylko dlatego o nim, że jednego z jego pomysłów nie zapomnę do końca życia, choćbym naprawdę chciała. Przykład ten bliski jest konceptom Grzegorzewskiej i jest charakterystyczny dla większości krwawych fantazji, które nie roszczą sobie pretensji do tego, żeby mieć jakikolwiek związek z rzeczywistością.

Otóż w powieści pod ujmującym tytułem „W ciemnościach strachu” pojawia się zbrodnicza sekta czcząca niejakiego Kalibana. Niejakiego, gdyż trójka tropicieli, nie tylko inteligentna, ale i oczytana (albo sami tak twierdzą, albo autor ukazuje ich z ambitną lekturą w ręku), za diabła nie może skojarzyć, co zacz za bóstwo. Konstatując ze zdumieniem, że w niewiedzy tej tkwią przez dobrą połowę grubego tomu, dlatego też śledztwo stoi w miejscu, a w międzyczasie przybywa ofiar ich ignorancji, sprawdziłam, w jakim to roku rozgrywa się akcja książki. W 2002, w Stanach Zjednoczonych. Całe pięć lat po wymyśleniu googli, które nie są przecież pierwszą wyszukiwarką internetową. Ile w tym czasie funkcjonowało stron poświęconych Szekspirowi? Nie mam pojęcia, ale z pewnością niejedna. Na właściwy trop wpada w końcu, w połowie książki, wykształcona żona policjanta, który poza tym nie odgrywa w powieści większej roli. Ledwie bomba pęka, okazuje się, że nie chodzi o kult monstrum z „Burzy”, ale o anagram Kaliban/kanibal, sektę porywającą ludzi „na mięso” i uprawiającą swój proceder w podziemiach podziemi Nowego Jorku.

Czemu służy ta przydługa dygresja? Wskazaniu, że w tego typu dziełkach każda bzdura ma rację bytu i dlatego w czasie lektury posługiwanie się rozumem mija się z celem. Można je przyjąć i dobrze się przy tym bawić, albo z góry uznać za stratę czasu. A piszę to wszystko, bo ubolewam nad tym, iż Grzegorzewska obrała taką właśnie drogę, zamiast wypróbować swoich sił w kryminale, który byłby mocniej osadzony w rodzimych realiach. Które są, jakie są, czyli nie pozwalają na tworzenie fabuł tak efektownych, z jakimi mamy do czynienia przede wszystkim w kryminałach amerykańskich, ale już zainspirowanych dokonaniami Mankella – czemu nie? Naturalnie daję w tej chwili wyraz swoim osobistym upodobaniom: do kryminału dotykającego specyficznych bolączek społecznych, ku czemu okazją jest na przykład śledztwo w sprawie śmierci pary leciwych rolników. Lecz nie zapominam też, że kryminał policyjno-detektywistyczny (w odróżnieniu do milicyjnego) dopiero u nas raczkuje, zatem to tacy pasjonaci gatunku jak Grzegorzewska mają wielkie pole do popisu i okazję do odegrania roli pioniera. Pionierki tym bardziej, bo Polek piszących kryminały wciąż nie przybywa.

Autorka „Żniwiarza” i „Nocy z czwartku na niedzielę” woli się jednak popisywać znajomością konwencji, a w efekcie – uprawiać literaturę z literatury. Z tejże literatury, klasy powiedzmy sobie C, zapożycza dla swojej drugiej powieści klub-labirynt, czarną orgię i seryjnego mordercę. Tak, wiem, że postać „Skóry” była inspirowana wstrząsającą zbrodnią, która naprawdę miała miejsce w Krakowie, ale ofiara była tylko jedna, natomiast reszty materiału do portretu zwyrodnialca dostarczył Thomas Harris jako autor „Milczenia owiec”. Nowością nie jest także połączenie wątku współczesnego z historycznym – opowieścią o dwóch rywalizujących ze sobą braciach, ostatnio mamy do czynienia z zalewem takich zestawień. Ani tempo, w jakim dochodzi do dramatycznych zwrotów akcji, które odbieram jako ukłon złożony nie tyle literaturze, co filmom akcji. Przykłady: pięciu a może mniej minut potrzebują Julia i Wiktor, aby omal nie spaść z dachu, a w chwilę potem skonsumować swoją znajomość. Niewiele też czasu potrzebuje Julia Dobrowolska, aby cudem uchronić się przed gwałtem, lecz nie pobiciem, i parę minut później wpaść w łapy dyżurującego obok „Skóry”, który także nie obchodzi się z nią delikatnie. Nawiasem mówiąc, seryjny morderca wprowadzony jest chyba tylko po to, by Grzegorzewska mogła zademonstrować, iż panuje nad materiałem i nie marnuje wprowadzonych przez siebie „strzelb” – w tym przypadku kolczyka na języku. A także, jak sądzę, by dać dowód, że woli pisać „po męsku” i dlatego nie ma oporów przed pastwieniem się nad swoją blondchudziną. Wątpię jednak, że w ten sposób zaskarbi sobie sympatię miłośniczek gatunku.

Choć dedektywka Julia jest nie do zdarcia, niczym kojot z kreskówki, to jednak nie brak jej rysów indywidualnych, dzięki którym seria się wyróżnia. Oto one: blond piękność szpeci szrama niewiadomego dotąd pochodzenia. W drugiej części Julia zmuszona jest do noszenia arcyniewygodnych markowych kreacji, albowiem śledztwo wchodzi w skład programu telewizyjnego, gdzie Julia udaje piękną asystentkę – to bez wątpienia kpina z męskich wizji „blondynki w akcji”, szkoda tylko, że jej tak mało. Podoba mi się także miłosny trójkącik z udziałem Dobrowolskiej, Wiktora i Davida-Arona (chociaż samo przeobrażenie bohatera „Żniwiarza” na potrzeby intrygi już niekoniecznie). Najlepszym jednak pomysłem Grzegorzewskiej jest dwójka niesfornych pomocników Julii: wyuzdana siostrzyczka Lola i zblazowany kuzyn Tomek, duet, który doskonale się sprawdził w obu książkach.

Jak się domyślam, młoda autorka nie poprzestanie na dwóch książkach (na wyjaśnienie wciąż czeka sprawa przeszłości Julii i jej tajemniczej blizny). Pisze ona coraz sprawniej i chyba wyznaczyła sobie kierunek, w jakim podąża. Zapewne wie, co robi i do kogo adresuje swoje powieści. Ale ma jeszcze czas na mały eksperyment, polegających na opisaniu zbrodni, która od Julii wymagałaby mniej biegania na niebotycznie wysokich szpilkach, a więcej główkowania.

Marta Mizuro

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas