poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Miasto mój bohater (i nie tylko)
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)

Czego szukają w powieściach kryminalnych wytrawni czytelnicy? Przede wszystkim atrakcyjnej intrygi, wartkiej akcji i wyrazistej postaci głównego bohatera, tego kogoś (policjanta, prywatnego detektywa, prokuratora, dziennikarza i tak dalej), kto po licznych perypetiach rozwiązuje mroczne zagadki. Tak, to są – bez wątpienia – najważniejsze składowe prozy kryminalnej. Jednak jej autorzy dbają także o to, aby ich książki jak najbardziej wyróżniały się spośród setek innych propozycji tego rodzaju, starają się więc dodawać do podstawowego schematu coś jeszcze – ekstrabonus, który przyciągnąłby uwagę czytelników, ale także podniósł rangę kryminałów, wciąż jeszcze przez wielu znawców literatury uważanych za prozę pośledniego sortu. W ten sposób powstają rozmaite odmiany powieści kryminalnej.

Oczywiście, ostatnimi czasy najbardziej popularne i rozpoznawalne są kryminały retro, których akcja rozgrywa się najczęściej w okresie pomiędzy I a II wojną światową (choć oczywiście są wyjątki, jak chociażby powieść Krzysztofa Maćkowskiego Raport Badeni ukazująca wydarzenia rozgrywające się w Krakowie Anno Domini 1900). Ale pojawiły się także inne odmiany prozy kryminalnej: kryminały miejskie i powieści kryminalno-obyczajowe. I to właśnie o nich – choć głównie o miejskich – chciałbym pokrótce napisać. Zacznę jednak od drobnych zastrzeżeń: przedstawiane przeze mnie odmiany powieści kryminalnej stanowią – by tak rzec – jedynie pewne literaturoznawcze modele, które nie tak znowu często realizowane są w formie czystej. Najczęściej bywa tak, że pisarze łączą w jednym tekście schematy charakterystyczne dla różnych odmian powieści kryminalnej; i tak, na przykład, w kryminałach retro często pojawia się wyrazisty i interesujący obraz miasta, a w kryminałach miejskich umieszczane są liczne wątki obyczajowe. Odsuwam także na bok kwestię – rozwinięcie jej wymagałoby odrębnego tekstu – doprecyzowania samego pojęcia „powieść kryminalna”, które u nas używane jest bardzo swobodnie, nieomal jak worek, do którego wrzuca się wszystkie teksty, w których pojawiają się motywy zbrodni i śledztwa.

Miejskie legendy (i nie tylko)

Nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że prawie wszystko, co ważne i interesujące we współczesnej polskiej prozie kryminalnej, ma swoje korzenie w książkach Marka Krajewskiego. Tak ma się również sprawa z kryminałem miejskim. W cyklu powieści kryminalnych retro, zapoczątkowanym w roku 1999 Śmiercią w Breslau, w których głównym bohaterem jest Eberhard Mock, równie ważną rolę, co zmagający się zarówno z własnymi traumami, jak i miejskim światem zbrodni policjant, odgrywa dawny, niemiecki Wrocław, odtwarzany przez pisarza z pietyzmem i faktograficzną ścisłością (chociaż – jak dowiedziałem się z autorskiego bloga Krajewskiego – zdarzało się, że wytykano pisarzowi pewne potknięcia, ale cóż, w końcu powieść to nie rozprawa z zakresu historii). Ścieżką przetartą przez Krajewskiego ruszyli inni autorzy, którzy w swoich powieściach umieszczali obrazy miast, które bądź kiedyś były polskie (Lwów z książki Foresta umbra Pawła Jaszczuka), bądź polskimi pozostają (Warszawa z cyklu powieściowego Konrada T. Lewandowskiego z komisarzem Drwęckim w roli głównej). Listę miast i autorów o nich piszących można by jeszcze rozszerzyć. Warto na początek zadać pytanie, skąd wzięła się aż taka popularność tego właśnie chwytu, dlaczego autorzy kryminałów tak chętnie piszą o przeszłości rozmaitych miast?

Wydaje mi się, że kryminały miejskie w wersji retro wiele zawdzięczają prozie „małych ojczyzn”, która bujnie rozwijała się w naszej literaturze w latach 90. ubiegłego wieku. Zadziałał w tym przypadku – doskonale rozpoznany – mechanizm przyswajania przez prozę o popularniejszym zakroju rozwiązań wypracowanych i spopularyzowanych przez prozę ambitniejszą. Twórcy prozy „małych ojczyzn” chętnie zwracali się ku historii rozmaitych miast – Wrocławia właśnie, Szczecina, Zamościa czy Gdańska (mówiono nawet o fenomenie tzw. prozy gdańskiej) – często wręcz z antykwaryczną skrupulatnością rekonstruowali przestrzenie przeorane przez „historię spuszczoną z łańcucha”. Miejski kod prozy „małych ojczyzn” został doceniony i przyswojony przez czytelników. Autorzy prozy kryminalnej wykorzystali to, szukając łatwego porozumienia z czytelnikiem.

Przestrzenie miejskie jako swoiste tło, dekoracje, w których rozgrywa się kryminalna rozgrywka, pojawiają się praktycznie w każdej powieści kryminalnej; rzadko zdarzają się kryminały, których akcja toczy się „daleko od szosy”, na jakimś wiejskim odludziu, choć trafiają się od czasu do czasu i takie. W końcu autorzy tego rodzaju prozy chętnie odwołują się do pewnych schematów i stereotypów, a jednym z nich jest przeświadczenie, że to właśnie miasto jest siedliskiem wszelkiego zła i występku. Jak więc odróżnić zwykły kryminał od miejskiego? Istotny jest swoisty naddatek informacyjny, wprowadzanie wątków pobocznych, które ani nie służą bezpośrednio rozwijaniu kryminalnej fabuły, ani nie mogą być sprowadzone jedynie do ornamentu, który tworzyć ma „klimat” opowiadanej historii. Inaczej rzecz ujmując: w kryminale miejskim samo miasto staje się jednym z bohaterów opowieści, może nie najważniejszym – centralne miejsce w tekstowej konstrukcji zarezerwowane jest przecież dla tego, kto rozwikłuje zagadkę morderstwa – ale znaczącym w całej powieści. Oczywiście, kryminały miejskie nie są jednolite, najprościej można je podzielić na: w stylu retro i współczesne.

Jako się rzekło – miejskie przestrzenie w stylu retro spopularyzował w kryminale Krajewski. Krytycy literaccy nie raz, nie dwa razy podkreślali, jak wielką rolę w cyklu o przygodach Mocka odgrywa dawny Wrocław, wskazując, iż są to powieści przeznaczone nie tylko dla namiętnych pożeraczy kryminalnych fabuł, ale również dla tych, którzy szukają w prozie „wzniosłych tęsknot”, sepiowych widokówek z nieistniejący już światów. I faktycznie, Krajewski robi bardzo wiele, aby przybliżyć współczesnemu czytelnikowi Breslau, opisuje istotne dla dawnego Wrocławia miejsca (dołączane do książek indeksy pozwalają na łatwe zorientowanie się w mnogości niemieckojęzycznych nazw), przedstawia styl życia ówczesnych jego mieszkań, problemy, z którymi muszą się zmagać, dorzuca garść urban legends ubarwiających fabułę. Choć – oczywiście – Breslau u Krajewskiego bywa często ukazywane z mocno specyficznej perspektywy; było nie było, Mock jest nie tylko stałym klientem lupanarów i mocno podejrzanych spelunek, ale też z racji wykonywanego zawodu musi – by tak rzec – babrać się na co dzień w cuchnących zbrodnią bebechach miejskiego molocha.

Najciekawiej – jak dotąd – o współczesnym mieście pisał chyba Marcin Świetlicki w kryminałach „Dwanaście” i „Trzynaście”. Tym miastem jest Kraków (pojawiły się nawet głosy, że Świetlicki stworzył nowy podgatunek powieści popularnej – „thriller z Krakowa”), po którym błąka się, zmagający się z rozlicznymi traumami i problemami, główny bohater, była gwiazda dziecięcego serialu detektywistycznego, zwany Mistrzem. Choć na dobrą sprawę porusza się on jedynie po niewielkiej przestrzeni ścisłego centrum miasta (już wizyta na krakowskim Kazimierzu to dla bohatera prawdziwa wyprawa, nie mówiąc o wyjeździe do innego miasta), swoistym trójkącie bermudzkim, którego wierzchołkami są ulubione knajpy bohatera i jego mieszkanie przy Małym Rynku. „Dwanaście” i „Trzynaście” stanowią również coś w rodzaju kroniki miejskiej, oczywiście specyficznej, bo też niezwyczajny – pełen dystansu i rozmaitych idiosynkrazji – jest stosunek bohatera do świata. Świetlicki przedstawia czytelnikowi swój Kraków prywatny, oprowadza po ulubionych miejscach i przestrzeniach, a przy okazji w ironicznymi sposób rozprawia się z różnymi mitami i potocznymi opiniami na temat miasta (Kraków jako miasto kultury, Kraków jako imprezownia, gdzie obcokrajowcy przyjeżdżają zabawić się za niewielkie pieniądze...). Na marginesie: Kraków jest w ogóle bardzo chętnie wybierany na miejsce powieściowej akcji przez autorów prozy kryminalnej; oprócz powieści Świetlickiego pojawił się między innymi w książkach Maćkowskiego („Raport Badeni”) czy Gai Grzegorzewskiej („Noc z czwartku na niedzielę”).

Autorzy kryminałów miejskich robią wiele, aby jak najbardziej uatrakcyjnić przedstawiany w tekście wizerunek miasta, zaintrygować czytelnika ciekawostkami. Dla przykładu – Tomasz Konatkowski w powieści Przystanek śmierć, która otwiera cykl tekstów z komisarzem Adamem Nowakiem w roli głównej, umieścił wiele informacji dotyczących przeszłości i teraźniejszości warszawskiej komunikacji miejskiej, a Edward Pasewicz w „Śmierć w darkroomie” wpisał istny przewodnik po gejowskich knajpach Poznania. Czy to dobra strategia? Chyba nie do końca, bo – jak sądzę – ani grono fanów starych tramwajów nie jest zbyt liczne, ani też nie każdy interesuje się tematyką mniejszości seksualnych... Ale cóż, autorzy kryminałów miejskich muszą naprawdę mocno się natrudzić, aby przełamać coraz wyrazistszy, coraz częściej powtarzany schemat tego rodzaju powieści. A do tego jeszcze przykuć uwagę czytelników. A o to wcale nie jest łatwo – w końcu nie każdy z naszych autorów prozy kryminalnej umie stworzyć tak fascynujący konterfekt miasta, jak zrobił to Krajewski.

Współczesność ze zbrodnią w tle (i nie tylko)

Powieści kryminalno-obyczajowe należałoby umieścić gdzieś na marginesach prozy kryminalnej. Czasami bliżej im do zwyczajnych powieści obyczajowych, w których wątek kryminalny pojawia się jedynie po to, aby nieco uatrakcyjnić fabułę. To znowu zaliczane są po prostu do kryminałów, jak chociażby „Pismak” Marka Harnego, który został nawet uhonorowany Nagrodą Wielkiego Kalibru jako najlepsza powieść kryminalna roku 2006. Zazwyczaj jednak trochę się od kryminałów różnią.

Kryminały pisane i czytane są głównie dla rozrywki, jaką daje rozwikływanie kryminalnych zagadek; jeżeli ich autorzy mówią coś istotnego o świecie czy człowieku, to niejako przy okazji. W powieściach kryminalno–obyczajowych zaś chodzi przede wszystkim o portretowanie naszego „tu i teraz”. Tak jest na przykład w cyklu powieściowym Arkadiusza Pacholskiego Kroniki polskie (na razie pojawiły się dwa teksty z tego cyklu: „Nikt z rodziny” i „Człowiek o stu twarzach”), w którym autor stara się przedstawić przemiany, które dokonały się w naszym społeczeństwie po roku 1989, czy w wydawanych w ostatnich latach powieściach wspomnianego już przeze mnie Harnego (choćby w „Samotności wilków” czy w „Zdrajcy”), w których w formie fabularnej ukazywane są najważniejsze problemy, które dotykają obecnie Polaków (ostatnio, w Zdrajcy, Harny pisał o lustracji). To powoduje, że akcja powieści kryminalno-obyczajowych jest mniej dynamiczna niż w tradycyjnych kryminałach, ale za to pełniej, w sposób bardziej pogłębiony prezentowani są główni bohaterowie.

Autorzy powieści kryminalno-obyczajowych najczęściej utykają gdzieś w pół drogi między prozą ambitną a popularną, rzadko udaje im się w opisie rzeczywistości wyjść poza gazetowe slogany czy publicystyczne uogólnienia. Nie wynika to jednak z samej specyfiki tej odmiany powieściowej, lecz raczej z potknięć poszczególnych pisarzy.

Typologie typologiami, odmiany powieści kryminalnej odmianami, ale – na koniec zwierzę się z mojego czytelniczego marzenia (tak zwani czytelnicy profesjonalni też miewają takowe, a jakże) – tak naprawdę czekam na kryminał, który łamałby wszelkie schematy, wywracał rozmaite typologie na nice, wprowadzał do naszego kryminały zupełnie nową jakość, zwyczajnie – zaskakiwał. Nasza proza kryminalna ma się ostatnimi laty całkiem dobrze, rozrasta się niczym młody las rosnący na dobrej glebie, jest więc spora szansa, że ktoś spełni to moje marzenie.

Robert Ostaszewski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas