poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ DANIEL DOBEK
Dokąd idziesz Retro – rzecz o polskim kryminale historycznym
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)


Rozważania o polskiej powieści kryminalno-sensacyjnej ubranej w historyczny kostium powinienem zacząć od kwestii definicyjnych – świadomość genologiczna byłaby w tym przypadku istotna z wielu powodów, łącznie z elementem wartościującym (często określenie „kiepski kryminał historyczny” może deprecjonować dobrą „powieść historyczną z elementem kryminalnym”). Genologia na naszym gruncie pomogłaby ponadto uszczegółowić to, co w anglojęzycznej nomenklaturze występuje pod szeroką etykietą „historical mystery” i zawiera w sobie wiele różnorakich zjawisk literackich: kryminały z wątkiem historycznym, historyczne kryminały stricte, prozę historyczno-sensacyjną czy łotrzykowsko-przygodową. Stoją za nią bowiem dwa podstawowe wyznaczniki: eksplorowanie przestrzeni historycznej (od czasów antycznych do – umownie – międzywojennych) oraz tajemnica kryminalna. Stopień komplikacji kryminalnej dramaturgii ma tu nieraz znaczenie drugorzędne.

Warto byłoby także zasugerować różnicę pomiędzy „retro” (w rozumieniu Jeana Baudrillarda) a „kryminałem historycznym” jako takim, co pozwoliłoby uporządkować (dla wygody) pewne dominujące tendencje – jednak wszystko to nadaje się na osobny artykuł, dlatego też – poprzestanę w tym prologu na zasygnalizowaniu pewnych genologicznych dylematów, których rodzimy czytelnik (ze względu na raczkowanie kryminalnych gatunków u nas) nie zawsze jest świadom. Przejdźmy zatem do meritum, czyli do…

... rodzimych powieści sensacyjno-kryminalnych z historią w tle

O ile na świecie penetrowano historyczno-kryminalne rejony od wczesnych lat XX wieku, o tyle w Polsce – gdzie, po dominacji milicyjnych agitek, rynek sensacyjno-kryminalny był długo w powijakach – gatunek ten objawił się z początkiem bieżącej dekady. Marek Krajewski brawurowo zaatakował „Śmiercią w Breslau” (1999), bazując na mrocznym, post-chandlerowsko ubranym klimacie międzywojnia. W tym samym roku cichutko wydano powieść Małgorzaty Klunder „Mord na zamku” – kryminalny wątek zabójstwa Ludgardy przez Przemysła II był służebny wobec edukacyjnych ambicji nakreślenia panoramy piastowskiej Wielkopolski. Wydawnictwo było zresztą częścią inicjatywy obchodów 750-lecia Poznania. Rok 2004 to trzy wydarzenia około historyczne: Irek Grin , który swój rajd po literackiej sensacji rozpoczął ryzykownie, bo od razu od dekonstrukcji gatunku („Szerokiej drogi, Anat”), w kontynuacji przygód swego (anty)bohatera Dawida Arbogasta, „Szkarłatnym habicie” wykorzystał, precedensowo u nas, motyw historycznego apokryfu: „szpiegowska” intryga jezuicka (akta „Monita secreta” i ich echa…) przewrotnie rezonuje z XVII wieku na współczesne machinacje wywiadowcze. Niestety, oryginalny postmodernizm Grina zagłuszył kilka miesięcy później wydany u nas Dan Brown. Nieszczęśliwie, bo w ambicjach i rzemiośle Grin był bliższy spuściźnie Umberto Eco niż autor „Kodu Leonarda Da Vinci”.

„Foresta umbra” Pawła Jaszczuka szła po drodze udeptanej przez Krajewskiego: okolice Lwowa lat 30., dziennikarskie śledztwo w sprawie makabrycznych zabójstw kobiet, którym ktoś do stóp przybija podkowy, miała sporą dozę psychologizowania oraz – w przeciwieństwie do minorowego uniwersum Breslau – sielską apoteozę przedwojennych lat. Powieść uhonorowano Nagrodą Wielkiego Kalibru podczas II edycji – dziś już prestiżowego – Festiwalu Kryminału.

Kolejną pozycją jest „Twierdza szyfrów” Bogusława Wołoszańskiego. Ten znany historyk swe doświadczenie w materii II wojny światowej postanowił przekuć w beletrystykę, zaadaptowaną ostatnio na serial telewizyjny. I wyszła z tego powieść sensacyjno-szpiegowska (motyw niemieckiej maszyny szyfrującej) podbita typową dla autora literaturą faktu.

Lata 2005–2006 zdominował znów Krajewski trzema kolejnymi odsłonami Breslau, umacniając swą pozycję pioniera nie tylko podgatunku „retro”, ale i pierwszego pisarza cyklicznego. Fenomen Eberharda Mocka w dużej mierze zagłuszył powieść Mirosława Bujki „Złoty pociąg” (2006), sprawną historię sensacyjno-szpiegowską z lat 1918–1919, o polowaniu na carski pociąg wypełniony złotem Romanowów.

Dopiero miniony rok sypnął literatura gatunkową obficie – także pozycjami „retro”.

O ile Artur Górski dość literalnie przeniósł atmosferę amerykańskiej gangsterki do stolicy („Al Capone w Warszawie”), o tyle Ryszard Ćwirlej i Marek Idczak postanowili spastiszować klimat PRL-u. „Słony wiatr” Idczaka stawiał na obyczajowość, na cinkciarstwo, kombinatorykę i patynową mgiełkę epoki, Ćwirlej zaś („Upiory spacerują nad Wartą”, „Trzynasty dzień tygodnia”) wskrzesił poetykę powieści milicyjnej: nieco u niego „barejady”, dużo milicyjnych procedur, ważne jednak, iż autor oparł się bebechowatej, politycznej krytyce byłego systemu.

„Legowisko szakali” Marka Sołtysika eksploruje Młodą Polskę i motywy polityczno-sądowe. „Raport Badeni” Krzysztofa Maćkowskiego to 1900 rok, Kraków, i narracja kryminalna przeplatana stylizowaną prasówką oraz epistolografią epoki. Jeszcze bardziej „w tył” poszedł Marek Świerczek – Bestia przedstawia Polskę pod zaborami, kresy Rosji, i, de facto, jest to powieść grozy ze śledczym punktem wyjścia, postmodernistyczną zgrywą z Żeromskiego i gotyckim motywem à la „Wilczyca” Piestraka. Mariusz Wollny natomiast zaszedł aż w renesans by – nie do końca dla dorosłych – rozpocząć łotrzykowskie przygody krakowskiego inwestygatora Kacpra Ryxa, zakrojone na tetralogię.

O solidnej przeciwwadze dla Marka Krajewskiego („Dżuma w Breslau” to piąty tom biografii Eberharda Mocka), czyli Konradzie T. Lewandowskim i Marcinie Wrońskim, gdyż ci reprezentują „retro” najoryginalniej i najmocniej, trzeba powiedzieć osobno. Zderzenie ich ze sobą wykaże przy okazji kilka zalet, wad i niebezpieczeństw tego kryminalnego podgatunku, które pisarze powinni mieć na uwadze.

Trzej królowie retro

Lewandowski buńczucznie postawił się wrocławianinowi i napisał, niemal hurtem, trzy warszawskie powieści z komisarzem Jerzym Drwęckim w roli głównej: Magnetyzer, Bogini z labradoru oraz Elektryczne perły. Więcej nawet – autor sprytnie zagrał na nosie tym, którzy bili się o dominację na mapie polskich, kryminalnych miast (Wrocław, Warszawa, Poznań, Zakopane, Kraków, Lublin…), gdyż w Elektrycznych perłach zagarnął Warszawę i Poznań jednocześnie: wysłanie komisarza Drwęckiego w zesłańczej misji do Poznania było potwierdzeniem rzemieślniczej solidności pisarza, który musiał odkurzyć archiwa Poznania Anno Domini 1929, z Powszechną Wystawą Krajową w tle. Inna rzecz, czy rezygnacja z apoteozy własnego miasta na rzecz pracy „taśmowej” nie trąci li tylko encyklopedycznością?

Fabularnie i narracyjnie stoi on jednak na nieco innym biegunie gatunku, niż Krajewski i Wroński. Przede wszystkim przez mgiełkę buffo, która konsekwentnie spowija jego prozę, w odróżnieniu od tekstów Krajewskiego, gdzie wykreowane przez pisarza uniwersum Breslau ciężkie jest od pesymizmu i frenetyczności, Lewandowski ukazuje na równi (a nieraz nawet bardziej) z intrygą kryminalną treści obyczajowe, mając skłonność nawet do burleski. I tak na przykład babcia Irena, zażywna staruszka skłonna w każdej chwili wprawić w bojowy ruch parasolkę, i wuj Hiacyntus, weteran wojenny i piłsudczyk, nie są li tylko dopełniającym tła motywem, a bohaterami pełnoprawnymi, czuwającymi nad małżeństwem Drwęckich i przeżywającymi w tle swe własne – przeważnie komiczne – dramaty.

Drugą rzeczą jest dominujący walor przygodowy nad kryminalnym. „Przygoda” właśnie – to słowo coraz mocniej zaczyna pretendować do klucza przy odczytywaniu kryminałów Lewandowskiego. Kryminałów, w których intryga jest przeważnie pretekstem, nie stoi za nią psychologia, polityka, głębsze ludzkie dramaty. Jest za to, zbliżająca się do dreszczyku spod znaku Dana Browna, mistyka, fantastyka, teoria spisków. Ta tendencja, by traktować kostium gatunku z przesunięciem na „kostium dosłowny”, jest, niestety, zgubna, bo nie kieruje nas na żadne poważniejsze kwestie, a jedynie na „wesołe miasteczko”. Ma tak i Lewandowski, i Maćkowski, i Wollny w swym „Kacprze Ryxie”.

Lewandowski potrafi więc ująć rytmem opowieści, narracją, postaciami, egzotyką czasu i miejsca… Przygodą właśnie. A gdyby słowa „przygoda” użyć w rozumieniu niegdysiejszej Nowej Przygody (czy Nowego Hollywood), kryminały o Drwęckim da się zgrabnie wybronić (bo przegrywają, jeśli je oceniać pod względem komplikacji intrygi czy ciężaru humanistycznej wiedzy), czyniąc je pochodną tamtego prądu – powiedzmy, „literaturą nowej przygody”. Ba, ale i tu mały problem: Kino Nowej Przygody było nie tylko karuzelą, ale istotnym wentylem czasu, w którym powstawały. Tam, gdzie nie można było mówić wprost o obsesjach, strachach, religijnym relatywizmie czy obyczajowości, uciekano się do metafory, alegorii, baśni. Przygody właśnie. A u Lewandowskiego et consortes nieraz trochę z tym kiepsko. Nie mają takich ambicji. Bawią, by bawić.

I jest jeszcze jedna cecha – a tyczy się ona także i prozy Krajewskiego – która sytuuje retro jeszcze bliżej Nowej Przygody, oddalając go tym samym od kryminalnego korzenia: przeważnie za machinacjami przestępczymi fabuł retro stoją jakoweś spiskowo–ciemne siły, ukryte skarby, sekty czy mityczne fata sprzed wieków. Owe, nieraz bliskie fantasmagorii, rozwiązania kwalifikują się do egzotycznych, lecz raczej mało „poważnych” konwencji. A czy nie byłoby ciekawiej odwołać się do codziennej, rutyniarskiej, kryminalnej roboty, i na jej przykładzie – chyba bardziej wiarygodnie – przybliżyć specyfikę epoki? Mamy to przeważnie w tle, choć, dajmy na to, Lewandowski, poświęcając dużo miejsca mechanizmom warszawskiego półświatka, był najbliższy prawdziwemu oddaniu ducha miasta spod znaku Tyrmanda. Konkludowanie historii fantastycznymi historiozofiami raczej nie jest do tego potrzebne.

Grzech powtarzalności

Wrocław, Warszawa, Kraków, Zakopane, Poznań… Literacko-kryminalna mapa Polski puchnie w tempie – i mówię to z pewnym niepokojem – zastraszającym. Sprecyzuję: kryminalna w konwencji retro także, i choć ta ma u nas ledwo ponad 10 realizacji, powoli zapada na chorobę powtarzalności.

Owszem, Krajewski, pionier i weteran na tym polu, przeniósł do nas ów schemat precedensowo, i nawet po kanonicznej „Śmierci w Breslau” udało mu się w sequelu brawurowo kanon złamać: w „Końcu świata w Breslau” rozbuchał postaci, poszedł w skrajny dramat kilku równoległych, odarł je przy tym z papierowej masy na rzecz rzeczywistej, przejmującej krwistości (temat Mocka i jego żony Sophie uważam za jeden z najbardziej wstrząsających w naszej literaturze – nie tylko kryminalnej). Potem jednak trzymał się bliżej debiutu i, jak na moje oko, nie sięgał już tak wysoko. Następcy Krajewskiego, rodzący się regularnie i z głośnym krzykiem, zbyt zaufali chyba w atrakcyjność samego sztafażu retro, by próbować go odświeżać, poprzestając więc na przenoszeniu urobionego już niepokornego bohatera do kolejnych rodzimych miast-pomników. Bo w każdym, jak wiadomo, tkwił nie odkryty dotąd potencjał…

I w ramach gatunku było to mniej lub bardziej sprawne pisarstwo, lecz na dłuższą metę zaczyna nużyć. No bo i cóż z dreszczyku starych fotografii – Wrocławia (Krajewski), Krakowa (Maćkowski), Warszawy (Lewandowski) czy właśnie teraz – Lublina (Marcin Wroński), gdy – de facto – prawdziwą gratkę pofantazjowania o dawnych czasach danego miasta będą mieć jedynie autochtoni, pozostali raczej, jeśli nie będą się ratować encyklopedycznym backup’em czy reminiscencjami z osobistych wycieczek, będą do rzeczy podchodzić ambiwalentnie. Pozostanie im zatem cieszyć się samymi artefaktami owych simulacrów: dorożkami, raczkującymi procedurami policyjnymi, tramwajami, pepeszami, dintojrami, kawiarenkami z dekadenckim zaduchem, czy też napięciem historycznej chwili (przed-po-międzywojennej…), bądź spotkaniem z wariacjami na temat realnych postaci (Gombrowicz, Piłsudski, Tata Tasiemka…).

Odhaczając zatem przestrzeń – bo na przestrzeni „Krajewskiego” Breslau skoncentrujemy się za chwilę – pozostanie atrakcyjny bohater. I tu także mamy powtarzalność – z tym, że dramaturgiczną. Otóż niestety, większość naszych retro-pisarzy, trzymając się klasycznej reguły kryminału, nie pozwala protagoniście zejść ze sceny ani na moment. To on jest w centrum każdego rozdziału, każdej akcji (no, może czasem znikając „na stronie”…), to on jest rezonansem dla wszystkich pobocznych postaci. Niesie to ze sobą także słabość tzw. „stylu czystego” czy „zerowego” kryminału: w fabule takiej nie występuje żadna niepotrzebna postać – tak dla motoru akcji, jak i dla jej ukoronowania (te „niepotrzebne”, czyli statyści, są przeważnie zbiorowi i anonimowi). Oczytany w kryminałach odbiorca będzie więc, z dużą trafnością, potrafił wytypować głównego antagonistę na długo przed finałem.

Owszem, kilkukrotnie próbowano złamać te dramaturgiczne konwencje. Maćkowski w „Raporcie Badeni” epistolograficznymi interludiami chciał obejść suchą, prozaiczną narrację, choć nie do końca wyszło to na dobre budowaniu suspensu (czy nawet charakterystyki postaci). Lewandowski w obu książkach o komisarzu Drwęckim przekonał mnie tym, że konsekwentnie kilku postaciom pozwolił na sporą autonomię, co być może nie do końca wpływało na samą intrygę, lecz ratowało przed nudą (sic!) identyfikowania się tylko z jednym bohaterem. Wollny w renesansowym Kacprze Ryxie jest osamotniony, bo postawił jednak na komediową stronę opowiadania.

Pozostaje więc atrakcyjność samego głównego bohatera, a ta raczej opiera się na zasadzie „im bardziej ambiwalentny moralnie, tym lepszy”. Jest to chyba słuszna reguła, bo wydobywa właśnie owo „literackie mięso”. Mistrzem pozostaje tu nadal Krajewski, który w drugiej odsłonie przygód Mocka sponiewierał go niemiłosiernie, bez litości sprowadził niemal do kloaki, lecz zawsze – motywując jego poczynania bardzo wiarygodnie. „Ecce homo”, warto by rzec; upodlony i zdany na pastwę swych ludzkich słabości… Choć jednak zawsze – nad nimi tryumfujący.

Lewandowski ponownie odchodzi tu na bok, gdyż zamiast chandlerowskiego schematu gliny zimnego, zmarnowanego, aspołecznego, wybrał jego przeciwieństwo; Drwęcki to wszak małżonek wzorowy, ba, poza robotą nawet nieśmiały i skromny. I przeważnie udaje mu się zostawiać pracę za domowym progiem (oczywiście z kryzysowymi wyjątkami), a gdy do niej wraca – staje się inteligentnym, profesjonalnie działającym twardzielem.

Król Mock Nieszczęsny

Eberhard Mock wreszcie to dziwkarz, sybaryta, alkoholik, cynik, egoista, brutal… Bogartowski bohater w wersji skrajnej. Jednocześnie jednak – intelektualista, altruista, miłośnik klasycznego piękna, człowiek wrażliwy i liryczny… Jakże to możliwe, by te antynomie zamknąć w jednej postaci, jednocześnie odrażającej i intrygującej? Jak to możliwe, by postać daleka od humanistycznych kanonów była jednocześnie ich esencją?

Cykl o Breslau ujął mnie nie tyle intrygami, nie tyle nawet przestrzenią retro, ile właśnie „umęczeniem” powołanych w nim do życia postaci. W uniwersum Breslau nie ma miejsca na optymizm, niemal każda z postaci ma emocjonalne ubytki. Krajewski uderza w te tony świadomie, nie tyle pozostając wiernym kanonom literatury noir (które zresztą hiperbolizuje!), ile wykorzystując swe klasyczne naleciałości: anomia przestrzeni jest tu stricte kathartyczna, jest przeniesieniem moralitetu z twórczości antycznej.

W Breslau optymizm jest atawistyczny: podczas sytych posiłków, pijaństwa czy fizycznej miłości. A to wszystko ma w sobie desperacki eskapizm, chęć ucieczki przed okrutnym, zdegenerowanym światem. Owe czysto ludzkie odruchy są bardziej wyuczone niż szczere i kontemplowane: Eberhard Mock mieszka przez pewien czas z ojcem, do którego od lat żywił uraz i którego traktuje zimno i cynicznie. Pod nosem szepcze skierowane ku niemu inwektywy, pretensje, żale… By zaraz potem pochylić się nad nim i pomóc mu ubrać buta…

Te właśnie detale grają kontrastem, pojawiają się jakby znikąd i wciąż wybrzmiewają gorzko, surowo, ale i wzruszająco. Gdy ojca zabierają ze szpitala, a Mock dowiaduje się, iż rodziciel będzie żył, kładzie się na jego szpitalnym łóżku, płacze i zasypia…
Płacze po odejściu pierwszej żony, Sophie. W noc poprzedzającą jej odejście Mock dopuścił się na niej gwałtu… bardzo wszak pragnął mieć z nią dziecko. Syna, któremu dałby na imię Herbert, którego dorastanie obserwowałby, którego rozbrykaniem w parku syciłby swój głód sielskiego życia. Mock jeszcze wtedy nie wie, iż jest bezpłodny…

Swego młodego pomocnika traktuje z góry, surowo i zawodowo. Potem jednak uświadamia sobie, że ten stał się dlań erzacem potomka. Herbert Anwaldt pozostanie przy nim do ostatnich chwil. Eberhard stwierdza kiedyś, iż jest zepsuty do szpiku, gdyż płacze tylko za dziwkami i bandziorami. Także po śmierci jego długoletnich partnerów od czarnej roboty – Wirtha i Zupitzy. Wcześniej dogadywali się nieomal bez słów, w niemym porozumieniu wynikającym z szantażu… I niemym szacunku: podczas oblężenia Breslau to bandycki duet trzęsie miastem, nie muszą już wysługiwać się Mockowi. Wówczas ten – także bez zewnętrznych oznak emocji – proponuje Wirthowi bruderszaft, oznaczający swoistą pokorę.

Mock okazuje emocje – te szczere, ludzkie – jedynie doprowadzony do skrajności, bądź w upojeniu; senne widziadła czy alkoholowe zwidy to dla niego jedyne momenty katartyczne. Umęczenie Mocka wciąż tkwi głęboko w nim, Mock nie potrafi go uzewnętrznić. Mock gnije, wewnętrznie spaczony okrucieństwami, które widzi na co dzień. Na Mocka działają jedynie – Apollo i Dionizos, w rozumieniu Nietzscheańskim. Apollo, jako upozorowany (!), uporządkowany obraz świata, jego konwencjonalizacja, mająca pomóc mu go znosić. By nie wybuchnąć, Mock recytuje w myślach pasaże antycznych klasyków. By wytrzymać w celi, otoczony przez karaluchy i dwóch sadystycznych współwięźniów, zanurza się w świat poezji i antycznej myśli.

Gdy niedługo potem zabija bestialsko najważniejszego z nich, budzi się Dionizos, zezwierzęcenie, skrajne przestrzenie barbarium… Gdy Mock zapija się na umór, wdziewa dionizyjską skórę… Wdziewa ją, gdy bezlitośnie karze bandytów, morderców, zbrodniarzy… Zapewne uproszczeniem będzie stwierdzenie, iż poczucie misji śledczego jest kompensacją traumy: Mock dąży do ukarania winnych do końca, do ostatka sił… Mock jest Bożym Biczem, „Flagellum Dei”, jest prawdziwym Psem Sprawiedliwości, „canis iustitiae”. Mock w swym tragizmie jest więc dalekim echem swych antycznych mistrzów-bohaterów. Zdeprawowanym jak świat dookoła. Bez szczerej nadziei, iż uda mu się uciec przeznaczeniu.

Dzięki łaskawości Krajewskiego – udaje mu się – dożywa słusznego wieku… Choć do końca żyje w goryczy, a rak, który w końcu odbierze mu życie, jawi się tym bardziej alegorycznie…

Najświeższy nabytek „retro”

Marcin Wroński ze swym kryminalnym debiutem „Komisarz Maciejewski” sytuuje się natomiast po utartej stronie retro. I – koniunkturalnie czy nie – wprowadza na mapę literatury Lublin.

Lublin zapewne ciekawy, zapewne tajemniczy, zapewne historycznie intrygujący (jako jedno z kilku zaledwie naszych miast posiadające własne pitavale zwane „księgami złoczyńców”). Świetnie zatem, lecz mnie, z Lublinem obeznanym śladowo, nawet niewiele wspomaga skrupulatna mapka, ratują mnie zatem wspomniane już uniwersalne archetypy (zauły, kiziory, terkoczące karabiny, wszechobecny tytoń, płaszcze, kapelusze, falbany, burdele, etc. etc. etc.)… Słowem – cała owa „nibylandia retro”. I mimo tej uwagi, trzeba przyznać: w swym gatunku to powieść jedna z lepszych. Wroński nie przesadza ani ze stylizacją, ani z grypserą. Ma bohatera twardego, niejednoznacznego, ot, skrojonego na wzór bohatera Chandlera. I nawet całkiem akuratnie skrojoną – i ciekawie rozwiązaną! – intrygę. A jeszcze – i biorę tu pełną odpowiedzialność za moje twierdzenie – kilka ujęć, które nerwem, emocją, wiarygodnością z powodzeniem dorównują prozie Krajewskiego (solidny, finałowy pościg czy znakomita klamra bokserska!).

Komisarz Maciejewski, samotnik (choć od czasu do czasu przypomni sobie o pielęgniarce Róży) i były pięściarz, na co dzień wygląda jak lump albo alfons. Rzecz jasna na galanterię nie ma czasu, bo wciąż zajęty jest policyjną pracą. Tym razem ginie skrajnie prawicowy dziennikarz Roman Binder (…za oknem harcerze wrzeszczą frazy „Maszeruje wojsko”, na brzuchu trupa krwawe „6-6-6”, w ustach odcięte genitalia). Opozycja, mafia, sataniści, komuniści, faszyści, gudłaje czy masoni…? Znów, wedle praw gatunku, przewiną się nam w tle bolączki i niepokoje lat 30., echa historycznych postaci (z Marszałkiem u schyłku…). Będą, bardzo dobrze rozpisani, pomocnicy policyjni komisarza, wredny Tomaszczyk, polityczny szpion z Urzędu Śledczego.

Lecz najbardziej urzekają znakomicie poprowadzony samochodowy pościg zakończony plastyczną, kinową palbą, spięcia charakterów i bardzo istotne przewartościowanie sympatii… I boks, który przypomni steranym bohaterom młode, piękne lata… I dawne ideały. Epizod bokserski zresztą posłuży do złamania w finale reguły „wykładania” rozwiązania intrygi czytelnikowi – jak, rzecz jasna, zdradzić nie mogę.

***

Szkoda, iż o tej, powiedzmy – „pokrajewskiej” szkole kryminału za każdym razem można rzec to samo (bohater, miasto, historyzm…), dodając jeszcze subiektywne wartościowanie. A najbardziej szkoda właśnie owych nieśmiałych prób oryginalnego potraktowania szablonu. To, czym (znów wracam, lecz warto!) uczynił Wroński motyw pięściarzy, przyjaciół od lat (Maciejewski i mecenas Lennert), jest niewątpliwie warte lauru .

To jednak wciąż co bardziej tłusty kąsek w tym samym garnku. Mimo, że w swej kategorii kulinarnej jest jednym ze smaczniejszych... W końcu – i najlepszy bigos kiedyś brzydnie.

Cóż zatem radzić naszym autorom „retro”? Łamać kreację bohatera. Łamać „styl zerowy” kryminału. A przede wszystkim – odejść od li tylko eskapizmu i kostium gatunku wykorzystać do kwestii poważniejszych. Przypadek Orhana Pamuka („Nazywam się Czerwień”) dobitnie udowodnił, iż można bardzo świadomie wykorzystać chwyty kryminalne, by mówić o rzeczach uniwersalnych.

Wierzę, iż kryminały „retro”, jako gatunek szalenie atrakcyjny, stać na coś więcej niż tylko „karuzelę” doskonale znanych chwytów.

Tomasz Daniel Dobek

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas