poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
IREK GRIN
Wspólne strachy
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)

 
Nie będę obiektywny w tym tekście. Zatem, jeśli ktoś spodziewa się klarownego wykładu na temat sposobu istnienia polskiej powieści kryminalnej na mapie naszej literackiej współczesności, niech przerwie lekturę.

Tu się bowiem będzie kontestować i manifestować.

Zachwycała mnie moda na polski kryminał. Uważałem od dawna, że należy tę modę kreować, by w ilości była siła. Liczyłem, że z ilości narodzi się jakość i, podobnie jak kilka lat temu mogliśmy ogłosić rachityczne natenczas narodziny z popiołów, tak już niedługo przyjdzie nam obwieścić powstanie nowej szkoły w europejskim piśmiennictwie beletrystycznym. A imię jej będzie: Polska Szkoła Kryminału. Albo Czterdzieści i Cztery. Albo jakoś tak. Proszę sobie wybrać.

Obecnie uważam, że ilość przeradza się w jakość zdumiewająco powoli. Że to stachanowskie tempo wylęgu polskich kryminałów nie przekuwa się w rzeczy samej w nic istotnego. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma wyjątków. Są – i dzięki nim właśnie ostro widać regułę.

Zaprotestuje ktoś: a cóżeśmy takiego pokazali, produkując od 2002 roku, po pięćdziesięcioletniej przerwie, znaczonej milicyjnym truchłem, może sto pięćdziesiąt oryginalnych tytułów? Gdzie tu prawdziwa liczba? Niemcy mają prawie tyle rok w rok. Poczekajmy jeszcze. Teraz sto pięćdziesiąt polskich książek sensacyjnych lub kryminalnych pojawiło się raptem w ciągu dwu lat. Coś musi drgnąć, musi się przecież pojawić coś więcej niż Krajewski Marek! Albo chociaż dziesięciu takich choćby Krajewskich Marków!

Otóż – i taki, uzasadniający intuicję, jest cel tego wystąpienia – nie wierzę już, że się pojawi. A w każdym razie nie szybko. Dlaczego? Bo w Polsce większość spośród tych, którzy piszą kryminały, nie wie, dla kogo pisze, a większość tych, którzy czytają, uważa – nie bez racji – że ktoś ich tu robi w konia.

Nie odrodzi się gatunek w takiej formie, jakiej pożądam (powie się o tym pożądaniu kilka słów trochę dalej), dopóki autorom i czytelnikom nie będzie po drodze. A w Polsce AD 2008 to są dwie, odległe od siebie drogi. Idealnie równoległe. O ile sobie przypominam, to one się gdzieś w czasoprzestrzeni skrzywią i przetną. Ale ja tego mogę nie doczekać.

Kto pisze (1)?

Na początek uwaga natury porządkowej: będzie się używać terminu kryminał nie jak worka, nie po polsku, wrzucając doń zarówno powieść kryminalną sensu stricto, jak i sensację, jak i thriller; będzie się mówić o kryminale klasycznym w tym znaczeniu, który klasyce opowieści detektywistycznej nadali w takim samym stopniu Agatha Christie i Raymond Chandler, i Montalban.

W pytaniu: kto pisze?, nie zawiera się próba rozliczenia polskich autorów powieści użytkowych z tego, co robili wcześniej i w jaki sposób może im to pomóc w obecnej pracy. W końcu nie wszyscy wielcy światowego kryminału byli dziennikarzami śledczymi jak Michael Connelly czy prawnikami, jak Deaver lub Grisham. Wprawdzie Dashiell Hammet był przez chwilę detektywem u sławnego Pinkertona, ale Chandler to księgowy, a Artur Conan Doyle – lekarz.

Niemniej, jeśli spojrzy się na stronę dokumentacyjną powieści autorów przygotowanych „zawodowo” do pisania o zbrodni, to rzuca się w oczy lepsze odwzorowanie szczegółów, większa dokładność, by nie rzec – pedanteria, bardziej przekonująca motywacja bohaterów, detaliczny opis rzeczywistości. Czyli te elementy, których od dobrego kryminału zazwyczaj wymagamy.

John LeCarre powiedział kiedyś, że służby specjalne powinny uważać z zatrudnianiem pisarzy, bo im bardziej utalentowany jest taki szpieg, tym więcej może później uczynić szkody. W polskim wydaniu „przygotowanie” do napisania takiej książki przypomina model, który w życie wprowadził Ireneusz Iredyński. Ja nie napiszę czegoś takiego?, miał ponoć zapytać i w jedną noc wyprodukował powieść kryminalną. Tylko czy ktoś ją dzisiaj pamięta?

Nie chcę wszakże przez to powiedzieć, że jeśli ktoś nie zgłębił tematu, to nie może stworzyć wartościowej pozycji. Chcę jednakowoż zwrócić uwagę na fakt, że dobra kwerenda, uważne studiowanie materiałów źródłowych jest lepsze i dowodzi większego szacunku dla czytelnika, niźli wyszukiwanie potrzebnych danych w Internecie, co – jak widzę, a czasem nawet czytam w posłowiach – jest podstawowym źródłem wiedzy polskiego powieściopisarza kryminalnego.

Kiedy dowiaduję się, że w jednym z wywiadów autor – ciekawych skądinąd – kryminałów postkrajewskich informuje, że równą łatwością napisałby powieść gejowską, gdyby ktoś złożył takie zapotrzebowanie, to myślę sobie, że arogancja polskich pisarzy osiągnęła apogeum.

Otóż bycie zawodowcem oznacza dla większości polskich twórców łatwość pisania i przyzwoite pióro. A skoro tak, i skoro rynek się tego domaga, to dlaczego nie spróbować. Tyle że kłopot polega na tym, iż nie wystarczy włożyć w usta swoich postaci słów rzeczywiście wypowiedzianych przez osoby z epoki, co łatwo znaleźć w pamiętnikach i historycznych relacjach. Nie wystarczy zrzucić na spadochronie w czasy dawne odpowiednika Marlowe’a, czy Spade’a, „ubogacając” te ikony współczesnym sposobem rozumienia twardego faceta. Bo ludzie kiedyś patrzyli na morderstwo tak, jak ludzie kiedyś, a nie tak, jak my dzisiaj. W Retropolsce morderstwo było inną figurą niż dla nas teraz, zbrodnia miała inny wymiar, zarówno społeczny, jak i indywidualny w przestrzeni tamtego życia, inaczej traktowano ją w różnych środowiskach itd. Inaczej postrzegano policjantów, sędziów, gangsterów.

Polski autor kryminałów retro zdaje się o tym nie wiedzieć. A o sytuacji, w której desantuje się wspomnianych Marlowe’a czy Spade’a w czasy współczesne, nie chce mi się w ogóle gadać. Fajnie, że są, cieszę się, że wciąż symbolizują niezmienność naszych oczekiwań, ale tu i teraz jest również jakaś rzeczywistość. Są jakieś daty, które wszyscy znamy i wspólne doświadczenie wydarzeń poruszających opinię publiczną i czytelniczą (bo niekoniecznie są one tożsame). Warto byłoby się rozejrzeć i dać detektywowi szansę na jakąś obserwację, dzięki której potomkowie nie będą się z tego, co teraz robimy, śmiać, tak jak nam się to zdarza, gdy czytamy powieści milicyjne.

Często powtarzam, że gdyby nie czarny kryminał, moja wiedza o czasach Wielkiego Kryzysu ograniczałaby się do suchych informacji podręcznikowych. Nie miałbym pojęcia o złożonej sytuacji ludzi tego okresu, o traumach i tragediach rodzinnych. Podobnie byłoby z wojną wietnamską, gdyby nie literatura i kino lat 70. i 80. Polskich pisarzy niestety sytuacja inna niż „materialna”, polegająca na zalewaniu nas nieistotnymi szczegółami z epoki (i tej retro, i tej naszej) w celu uprawomocnienia wizji, zdaje się nie interesować.

A to jest igranie z czytelnikiem. To jest, mówiąc Witkacym, tylko „sensacyjno-kolejowe”. Ale niechby tylko to było problemem. Przynajmniej doczekalibyśmy się przyzwoitych zagadek, klawego mordobicia i strzelaniny, dobrego pościgu i polskich kobiet fatalnych. Niestety, to nie wszystko.

Kto pisze (2)?

Polscy pisarze, którzy jakoś sobie radzą z opisem zastanej (dawnej lub współczesnej) rzeczywistości, którzy nie ograniczają się do efekciarstwa i stemplowania swojej twórczości wciąż tą samą gatunkową pieczątką, są jeszcze bardziej niebezpieczni. Mowa tu o tych, którzy, używając kostiumu gatunku, za wszelką cenę usiłują wysłać nam sygnał: „To jest niby kryminał, wiesz, ale tak naprawdę, to jest coś więcej”. Zastanówmy się zatem nad tym: „Coś więcej”.

Wielokrotnie, zapraszając polskich twórców, których książki – często debiuty – robiły wrażenie ciekawych propozycji literackich, do wzięcia udziału w Festiwalu Kryminału, słyszałem: „Ja nie napisałem kryminału. Przecież pan wie, że w tej książce jest coś więcej”. Taka postawa unieważniająca jest najlepszym dowodem na całkowite niezrozumienie idei powieści kryminalnej. Cztery dotychczasowe edycje Festiwalu wystarczyły, bym tych nowych Dostojewskich spotkał co najmniej kilkunastu. Między Bogiem a prawdą większość tego typu eksperymentów literackich skutkowała tym, że warstwa kryminalna książki była niedopracowana i sztywna, bohaterowie bladzi i nudni, a zagadka błaha. Natomiast jeśli idzie o „coś więcej”, to otrzymywaliśmy nieporadny, jak okazywało się przy uważniejszej lekturze, język, psychologię postaci na poziomie literatury internetowej (ze szczególnym uwzględnieniem komentarzy na przeróżnych forach) i następną próbę wyważenia otwartych wielokrotnie już drzwi w zakresie opisu obyczajowości współczesnej (lub dawnej) Polski i cierpień młodego bohatera.

Kryminał nie raz już dowiódł swojej przydatności jako medium z jednej strony szczegółowo odtwarzające naszą rzeczywistość, a z drugiej uświadamiające nam zagrożenia. Podobnie nie raz pełnił rolę obrzędu odganiającego demony. Jeśliby spojrzeć na znany Ricoeurowski podział trwóg prześladujących ludzkość, to w kryminale, pełniej chyba nawet niż w horrorze, realizowano intuicyjnie założenia walki z trwogą i przezwyciężenia trwogi przez pojedynczego człowieka. Zarówno trwoga biologiczna, najzwyklejszy strach przed śmiercią, jak i psychiczna, która, uświadamiając nam naszą kruchość, jeszcze bardziej potęguje tę pierwszą, a i historyczna, czyli świadomość procesów, które mogą zmieść nas z powierzchni planety, a i ta najgorsza chyba, ta „najwyższego rzędu”: metafizyczna, znajdowały swoje niezliczone wcielenia na stronach powieści kryminalnych. A siła recepcji czytelniczej uzależniona była od tego, w jakim zakresie sami czytelnicy odczuwali poszczególne trwogi i w jaki sposób rozwiązanie zagadki, czy też postać bohatera mogły im pomóc się z nimi uporać. To tu właśnie, w tych ramach wspólnego doświadczenia, tkwi idea identyfikacji z bohaterem lub ofiarą. To tu, a nie w zabiegach formalnych, znajduje swoje zastosowanie stara fraza, że najbardziej lubimy te melodie, które znamy.

W moim przekonaniu „coś więcej” w kryminale oznacza taki sposób przedstawienia trwogi i taki rodzaj zmagań oraz zwycięstwa nad nią (lub przynajmniej oswojenia), który będzie najbliższy bardzo literalnie pojmowanemu przeczuciu grozy człowieka-czytelnika nam współczesnego. Projektując czytelnika w tekście, co powinno być jedną z głównych cech dobrego kryminału, nie musimy prowadzić go jak po sznurku, korzystając ze sprawdzonych narzędzi literackich, które on świetnie rozpoznaje i dobrze się nimi bawi. (Zresztą to też trzeba umieć zrobić i często bardzo się napracować, tylko po co? – skoro nasi autorzy piszą „coś więcej” i nie mają czasu zajmować się konstrukcją, bo przecież strumień żółci i świadomości, który wylewa im się na kartkę lub ekran znacznie jest wartościowszy). Musimy natomiast odnieść się do jego strachu. Musimy udowodnić nie tylko przez notkę na okładce, że żyjemy w tych samych czasach i że nie jest jedynym, który dostrzega niebezpieczeństwo w sobie i wokół. Że nie jest jedynym, który się boi. I co najważniejsze, musimy dać mu cień nadziei, że z tym całym lękiem da się coś zrobić. Że próba przywrócenia równowagi w nagle spieprzonym przez morderstwo świecie, jest jakąś wartością i że dotyczy go osobiście.

I jeszcze, że bohater, który doprowadził do pozornej równowagi (pozornej w tym sensie, że życia ofierze nie przywrócił), że bohater, który ukarał kogoś i trochę nas przez to uspokoił, jest tym, z którym chcemy obcować jak najczęściej.

Jeśli się to komuś w Polsce uda, to będzie właśnie „coś więcej”. Cała reszta, wszystkie buńczuczne deklaracje pisarzy i wydawców, to hucpa.

Kto czyta?

Fan gatunku lubi powtarzalność. Nie musi być to jednak schemat wciąż powtarzających się w różnych wariantach zabiegów formalnych, które znamy od stuleci. Ten model porozumiewania się z czytelnikiem znalazł reprezentację w polskim pastiszu powieści kryminalnej czy sensacyjnej. Znalazł nawet w nadmiarze (biję się w piersi, bom sam winny) i coraz częściej staje się próbą ucieczki kilku dowcipnych autorów przed poważną i ważną rozmową z publicznością.

Nie znaczy to, że świadome używanie znanych i lubianych wybiegów nie powinno mieć miejsca. Powinno, ale na tym rozmowa autora z czytelnikiem nie ma prawa się zakończyć.

Fan gatunku wie, czego chce. I w przypadku kryminału ma te oczekiwania bardzo wysublimowane, gdyż uzależnił się od mistrzów i od każdej następnej książki, polskiej i debiutanckiej również, będzie wymagał:

– dokumentacji i logiki, a także prawdopodobieństwa, o czym się już powiedziało dwa słowa wyżej. Pisarz kryminałów ma trudny zawód. Poruszając się w ramach świata, który musi przypominać świat jego czytelników, powinien pamiętać, że większość z nich zna się znacznie lepiej na tym świecie i jego elementach, które dla prawdopodobieństwa wydarzeń zostały użyte. I nie ma tu miejsca na zgadywanie, jak jest. Trzeba to po prostu sprawdzić. Inaczej nie ma się szacunku dla czytelnika. I on to będzie wiedział bardzo szybko, i będzie z tego powodu bardzo zły;

– rozmowy o wspólnym strachu. Fan gatunku lubi zabawę, to prawda, ale lubi też być traktowany poważnie. Motywacja głównych bohaterów (w tej samej mierze dobrych, jak i złych), tło zbrodni, reakcje społeczne i psychologiczne na złamanie status quo muszą poruszyć jakąś strunę wspólnego doświadczenia trwogi albo zrobić wszystko, by tę trwogę dosadnie artykułować. Bowiem tylko wtedy czytelnik poczuje się rzeczywiście wpisany w tekst. Dopiero wtedy się w nim odnajdzie.

Lektura kryminału jest z natury swojej immanentna. Najlepsza i wiarygodna informacja o autorze na czwartej stronie okładki albo w mediach nie zastąpi zamieszkania w świecie jego powieści. Jeśli zamiast do dobrze zaprojektowanego i oryginalnie urządzonego domu, po -którym czytelnik porusza się z łatwością, bo jest oswojony z taką przestrzenią, domu, w którym jednak dzieją się rzeczy tajemnicze i niepokojące, wprowadzamy czytelnika do pustego mieszkania w bloku z wielkiej płyty i każemy mu się dobrze bawić, to on najwyżej może zrobić to, co w takich blokach robiono chętnie w najczarniejszych okresach PRL-u – będzie pić z rozpaczy.

Irek Grin
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas