poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)]


O miejsce w historii Polski dla króla Bolesława Zapomnianego, syna Mieszka II, upomina się w „Polityce” (nr 41) Sławomir Leśniewski, powołując się na opinie XIX-wiecznych historyków, z Tadeuszem Wojciechowskim na czele. A przecież współcześni badacze, m.in. Aleksander Gieysztor i Gerard Labuda, zdecydowanie kwestionują istnienie tej postaci.

Jarosław Abramow-Newerly świetnie opowiada, ale zanadto ufa swej pamięci, a ta go nieraz zawodzi. W „Rzeczypospolitej” z 20/21 X pisze np., że w komedii Słonimskiego „Rodzina” – „stary warszawski Żyd miał dwóch synów – jednego komisarza WKP(b), drugiego w NSDAP”. Tymczasem dygnitarz komunistyczny jest u Słonimskiego synem Żydówki i polskiego ziemianina, a hitlerowiec – synem polskiej służącej i Żyda, ale nie warszawianina, lecz wiejskiego młynarza.

W wywiadzie udzielonym przez Martina Walsera Magdalenie Miecznickiej („Dziennik” z 20/21 X) mówi on, że w dramacie Kleista „Książę Homburga” bohater „musi zostać skazany przez elektora pruskiego na śmierć, ponieważ podczas bitwy wydał rozkaz, który doprowadził do klęski”. Albo pomylił się Walser albo tłumacz(ka?) jego wypowiedzi, bo u Kleista książę, samowolnie włączając się do walki, odnosi zwycięstwo, lecz mimo to zostaje skazany na śmierć za niesubordynację.

Rafał Moczkodan a za nim Krzysztof Ćwikliński („Twórczość” nr 10, s. 95), powołując się na samego Michała Chmielowca, powtarzają, że pseudonim „Sambor” zaczerpnął on nie od miejsca swego urodzenia, a z „Wiatru od morza” Żeromskiego. Nie jest to ścisłe. Źródłem był tu nie „Wiatr od morza”, lecz wcześniejszy utwór Żeromskiego „Sambor i Mestwin”, ogłoszony w zbiorze „Inter arma” z r. 1920. Imiona tych dwóch braci książąt pomorskich z XII w. nadaje tu pisarz dwu ogromnym bukom rosnącym wówczas na gdańskim wybrzeżu.

Lidia Ostałowska („Wysokie Obcasy” nr 43) pisze: „Na przełomie wieków skrajny antysemityzm łączy się z mizoginią – chorobliwym wstrętem do kobiet (...) Jak kobiety dążą do zagłady mężczyzn, tak Żydzi pragną unicestwienia chrześcijan. Teoriom tym przyklasnęli m.in. Henryk Bergson, August Strindberg, James Joyce i Zygmunt Freud”. Politycy o takich opiniach mówią, że to „skróty myślowe”.

„Amicus Plato...” itd., więc Camera wypomnieć musi prof. Januszowi Tazbirowi, że mówi w wywiadzie dla „Dziennika” z 6 XI, iż dzieje powstania listopadowego wygranego przez Polaków pod wodzą dyktatora Ignacego Prądzyńskiego przedstawił Teodor Parnicki w powieści „I u możnych dziwny”. Akcja jej rozgrywa się jednak w wieku XVII. O powstaniu listopadowym wygranym przez Polaków mowa jest w innej powieści Parnickiego – „Muza dalekich podróży”.

Myli się Iwona Sobczyk („Gazeta Wyborcza” z 24 X), pisząc, że dotąd nie było wiadomo, iż Ordonówna występowała u Osterwy, o czym świadczyć mają zdjęcia ze spektakli „Reduty” znajdujące się w świeżo odnalezionym archiwum jej przyjaciela Władysława Łukaszewicza. W rzeczywistości Ordonówna w „Reducie” nigdy nie występowała, natomiast każdy jej życiorys informuje, że grała gościnnie w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie w r. 1933 i 1935, gdy dyrektorem był zakochany w niej wówczas Osterwa. Błędna jest również wiadomość, że Ordonówna została aresztowana przez NKWD w Wilnie. Nastąpiło to dopiero po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej w Moskwie, gdzie Ordonówna starała się wydobyć z więzienia swego męża Michała Tyszkiewicza (pisze o tym, na podstawie relacji samej Ordonówny, Tadeusz Wittlin w książce „Pieśniarka Warszawy”).

W wywiadzie dla „Plus-Minus” z 27/28 X wybitny archeolog prof. Zdzisław Skrok oświadcza: „Nie wierzę w nawrócenie Mieszka za sprawą duchowych olśnień albo anielskich cudów, które opisuje Gall Anonim, a w formie literackiej upowszechnia Józef Ignacy Kraszewski w >>Starej baśni<<”. Czyżby? Akcja „Starej baśni” rozgrywa się za czasów Popiela i Piasta, nie Mieszka I, a w dodatku o żadnych cudach mowy tam nie ma.

Na tejże kolumnie Paweł Lisicki zachęca: „zobacz więcej Rzeczpospolitej w nowej mniejszej »Rzeczpospolitej«”. Gdyby zajrzał do słownika ortograficznego, dowiedziałby się, że jedynie poprawną formą jest „Rzeczypospolitej”.

Jerzy Besala („Polityka” nr 43) twierdzi, że autorem modlitw „Boże użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego zrobić nie mogę, odwagi, abym zrobił to, co mogę i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego” był cesarz rzymski Marek Aureliusz. To niewątpliwie pomyłka. Prawdopodobnie autorem modlitwy był teolog amerykański Reinhold Niebuhr, a powstała ona, według świadectwa jego córki Elisabeth Sifton, w roku 1943. W niektórych słownikach cytatów (także w „Skrzydlatych słowach” Markiewicza i Romanowskiego) przypisuje się ją błędnie niemieckiemu teologowi Friedrichowi Oetingerowi (XVIII w.), a to wskutek tego, że opublikował ją po II wojnie światowej po niemiecku pisarz Theodor Wilhelm, który posługiwał się pseudonimem „Oetinger”.

Elżbieta Baniewicz („Twórczość” nr 10, s. 135), omawiając „Oresteję” w krakowskiej inscenizacji Jana Klaty, pisze, że Orestes w tym przedstawieniu „zabił ojca”. Dzisiejsi reżyserzy śmiało sobie poczynają z tekstami wystawianych sztuk, ale Klata nie posunął się tak daleko, by uczynić ojcobójcę z matkobójcy.

Juliusz Kurkiewicz („Gazeta Wyborcza” z 6 XI) pisze słusznie, że Primo Levi w swych wspomnieniach obozowych jest „spokojny, wyciszony, waży słowa i racje”, natomiast Jean Améry jest „gniewny, apodyktyczny, pamiętliwy”. Tytuł „Jekyll i Hyde na torturach” nadany przez Kurkiewicza tej recenzji, jest jednak bezsensowny: Hyde w opowiadaniu Stevensona to przecież nikczemnik i zbrodniarz.

„»Gwoździe można zrobić z naszych ludzi« – przypominam sobie wiersz Majakowskiego. »I gwoździe, i kowadła, i młotki«” – pisze Anna Żebrowska („Wysokie Obcasy” nr 47). Przypomina sobie niedokładnie: słowa te pochodzą z „Ballady o gwoździach” Nikołaja Tichonowa.

Janusz Anderman („Gazeta Wyborcza” z 1718 XI) informuje, że Leon Kruczkowski napisał sztukę „Niemcy też są ludźmi”, graną pod tytułem „Niemcy”, o miłujących pokój komunistach, zaludniających NRD. Z całym szacunkiem dla znakomitego autora: są to brednie. Akcja sztuki Kruczkowskiego „Niemcy” (której tylko fragment publikowany w „Odrodzeniu” nosił tytuł „Niemcy są ludzie”, będący zresztą lekko zmienionym cytatem z „Konrada Wallenroda”) rozgrywa się w czasie II wojny światowej, a więc przed powstaniem NRD, i tylko w jednej z jej postaci (antyfaszyście Joachimie Petersie) dopatrywać się można komunisty. Co więcej – Kruczkowski napisał swą sztukę przed utworzeniem NRD.

Obce języki w naszej prasie? „Polityka” (nr 39) podaje, że pewien poseł PO zamieścił w swoim blogu następującą sekwencję łacińską „Lorem ipsum dolor sit amet libero facilisis nec, patera lobortis quis, egestas non aren”. Według „Polityki” w tłumaczeniu na język polski oznacza: „Nikt nie poszukuje bólu, ale czasem cierpienie prowadzi do wielkiej przyjemności”. Niezwykła jest znajomość łaciny w redakcji „Polityki”, bo część przytoczonych tu wyrazów w łacinie nie istnieje („lorem”, „facilisis”, „lobortis”), a reszta nie tworzy żadnej sensownej całości.

Andrzej Chłopecki („Tygodnik Powszechny” z 7 X) pisze, że o śmierci Karola Szymanowskiego »można powiedzieć z nutą Schadenfreude – zmarł przedwcześnie, więc „Schade”, czyli szkoda, czyli przykro, ale zarazem „Freude”, czyli dobrze, pozytywnie, bo ciężki byłby jego los w czasie nazizmu i II wojny światowej«. Ale niemiecki wyraz „Schadenfreude” nie oznacza przykrości pomieszanej z radością, lecz – radość z cudzej krzywdy lub z cudzego nieszczęścia.

Dariusz Nowacki („Tygodnik Powszechny” z 14 X) orzekł, że „Bieguni” Tokarczuk nie jest „tematyczno formalnym >>variétés<<” – do wyrazu francuskiego użytego w liczbie mnogiej dołącza przydawkę w liczbie pojedynczej.

Z „Polityki” (nr 41) można się dowiedzieć, że poznańska Wyższa Szkoła Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa przyznaje medal o nazwie „Honoratio Gratias”. Nie wiadomo, co miałaby ona znaczyć – bo pierwszy wyraz (uczczenie) jest rzeczownikiem w mianowniku liczby pojedynczej, a drugi (podziękowania) jest rzeczownikiem w bierniku liczby mnogiej.

hm
 

Co się nie zmieściło w Camerze

Mowa tu będzie o recenzji Łukasza Drewniaka „W Afryce Arktyki” („Przekrój” 2007 nr 41) z przedstawienia „Peer Gynta” w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Prawdopodobnie większość czytelników „Przekroju”, o ile nie są absolwentami filologii, o Peer Gyncie nigdy nie słyszała, mimo to recenzent nie zniża się do udzielenia im potrzebnego minimum informacji, lecz zaczyna od opisu dekoracji Barbary Hanickiej – jest nią „muzealna sala historii naturalnej”. Jaka jest funkcja tego pomysłu inscenizacyjnego – z recenzji wywnioskować jednak nie można, podobnie jak nie wiadomo, dlaczego czterech z pojawiających się na scenie pięciu mężczyzn jest łysych, a piąty jest włochaty, „co pewnie ma jakieś symboliczne znaczenie” – sugeruje autor, ale jakie to znaczenie, tego nie zdradza. Pisze tylko, że stanowią oni „aeropag” (sic!, zamiast „areopag”) „życiowych eksperymentatorów”, „przegranych Doświadczyńskich” (dlaczego akurat Doświadczyńskich – trudno zgadnąć, przygody życiowe bohatera powieści Krasickiego kończą się szczęśliwie). „Nie przypadkiem wszyscy mają na imię Peer” – zaznacza dalej tajemniczo Drewniak, choć po cóż tu brać w ogóle pod uwagę przypadek, skoro tych pięć postaci to „multyplikacja” tytułowego bohatera? Dlaczego Peerów jest pięć? Bo podobno w każdym z nas tylu mniej więcej mieści się walczących z sobą mężczyzn, a mianowicie „zgorzkniały starzec”, „błazen”, „głupiec”, „zbrodniarz”, „uwodziciel” i „statysta” (nie wiadomo, czy autorowi chodzi o polityka, czy też o wykonawcę małej roli teatralnej). Mniejsza z tym, że tych ról życiowych mamy tu sześć a nie pięć; zagadkowy w swej przypadkowości jest ich dobór, zwłaszcza że dalej dowiadujemy się, iż „Peer Gynt” został zmultiplikowany na zupełnie innej zasadzie – „podzielony na grupy nacisku, frakcje polityczne i persona non grata” (dlaczego ostatni człon tego wyliczenia występuje w liczbie pojedynczej?). W tej koncepcji reżysera ważniejsza jest (pisze Drewniak) „wizualizacja pragnień i postaw głównego bohatera” niż jego „podróż w głąb siebie”, ale zaraz potem czytamy, że „baśniowy świat nordyckiego awanturnika zostaje podmieniony” (ten rusycyzm uważa widać autor za lepszy od zwyczajnego „zamieniony”) na „rzeczywistość wewnętrznego dyskursu”, co przecież wygląda na synonim właśnie „podróży w głąb siebie”.

Z dalszego ciągu recenzji wynika jeszcze coś innego – „cały czas przebywamy w głowie Peera i jednocześnie na zewnątrz”. Podobno ma to widza uczyć „wizji światów równoległych”.

Przystępując do omówienia drugiej części spektakl, Drewniak informuje, że przechodzimy wraz z Peerami z sali muzeum przyrodniczego do sali teatralnej, „jakbyśmy przechodzili z płuc do nerek, błądzili po zakamarkach Gyntowskich bebechów”. Pomijając wątpliwą trafność zastosowanej tu metaforyki anatomicznej, nie sposób zrozumieć, dlaczego prezentacji owych bebechów (chyba więc głębszych pokładów psychiki bohatera) lepiej służy sala teatralna niż sala muzeum przyrodniczego, a przede wszystkim – co owo zstąpienie do Gyntowskich „bebechów” odkrywa. Nie wyjaśnia też recenzent, jaki jest sens wprowadzonych tu innowacji inscenizacyjnych – małp przedrzeźniających aktorów i widzów, „Afryki, która jest Arktyką” i Syberii, która jest Saharą.

Nie mniej trudno zrozumieć końcowe uogólnienia Drewniaka, dlaczego Peer Gynt Miśkiewicza, a właściwie mężczyzna w ogóle, to tylko „humanoid” i „ślepa odnoga ewolucji”. Treść recenzji ku takim wnioskom (o bardzo niejasnym zresztą znaczeniu) bynajmniej nie prowadzi.

Zająłem się tekstem Łukasza Drewniaka, ale podobne rezultaty przyniosłaby analiza wielu innych recenzji, i to publikowanej w prasie przeznaczonej nie dla znawców, lecz dla szerokiego kręgu odbiorców. Nie mam żadnego prawa, by występować w ich imieniu, ale apelowałbym do PT Krytyków teatralnych o chwilę zastanowienia, czy taki sposób pisania, mówiąc oględnie – niekonsekwentny, eliptyczny, traktujący to, co niezrozumiałe jako oczywistość nie wymagającą objaśnień, dobrze służy odbiorowi dzisiejszych eksperymentów teatralnych przez przeciętnego widza.   

hm

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas