poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK BŁACH
„Stałam z boku, i patrzyłam” czyli przypisy do przypisów – o książkach autobiograficznych Marty Wyki
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)
 
„Krakowskie dziecko” i „Przypisy do życia” to opowieści o czytelniczce, która zaufała, że warto – czytać, pisać i, na bazie emocji płynących z uruchamiającego aktu lektury, stwarzać siebie wciąż na nowo. Ta niejednoznaczna postać (bo udało się Jubilatce zachować niejednoznaczność, nie uprawiać literackiego striptizu, odsłaniając – zasłaniać) wyznaje pewną wiarę, wiarę w życioczytanie i życiopisanie, podmiotowość fundowaną na słowach. Taki projekt kojarzy się z budowaniem domu z papieru, który nie rozmoknie przy pierwszym lepszym deszczu, ale będzie niczym parasol solidny, pod którym można schronić głowę i przemyśleć siebie, by w świat się – włożyć.

Ostatnia książka profesor Wyki to opowieść o miłosnej aferze... z książkami. O tym, jak lepiąc ze słów, postaci, książek, można się obudować w obronie przed okolicznościami historycznymi (zarówno historii powszechnej, jak i prywatnej, wadzi się w tej opowieści dziecko Biblioteki, z dzieckiem PRL-u – wadzi i – wygrywa).

„Więc lektura jest sposobem na życie. Osłania jak gazeta oparta o cukiernicę, buduje pewność siebie” – pisze Jubilatka, i to zdanie wydaje mi się kluczowe. Biblioteka, która chroni przed światem, towarzyszy bohaterce przez całą – sentymentalną, ale przecież niekanoniczną – podróż z dzieciństwa w dorosłość. Pisze o niej autorka – a metafora konsumowania, figura wszak miłosna, nie jest tu bez znaczenia: „Brak mi kolacji o tej samej zawsze porze – dawała poczucie bezpieczeństwa: połykałam stronę, połykałam kęs. Wypełniała mnie harmonia i nic więcej się nie liczy. Lektura była wtedy dla mnie jak szczęście, jak miłość, której istnienie dopiero mogłam podejrzewać. Jednakże zmieniał się czas. Przeprowadzałam się w różne miejsca i nie dostrzegałam tej fundamentalnej reformy. Czas stawał się chaotyczny i nieporządny, zatrzymywał się i wlókł jak żółw, aby za chwilę dostać rumieńców, zmieniać się w obietnice pełne nadziei i znowu zamierać w oczekiwaniu. Szczęścia było coraz mniej, choć książek przybywało”.

Wybór życia czytelniczki, miłośniczki, choć groził (i groźba została spełniona) bezpowrotnie utraconą książkową czystością, pchnął czytelniczkę, bo pchnąć musiał, ku – pisaniu. „Doprawdy – ja to wszystko napisałam?” – wyznaje czytelniczka oszołomiona przemieniającym aktem twórczej lektury. Pisze Jubilatka: „Moim niezrealizowanym marzeniem było napisać powieść. Rozprawiałam o tym przez wiele lat z przyjaciółmi. Nawet uwierzyłam w to, że piszę powieść. Ireneusz Iredyński, mieszkający wówczas w Krakowie, pytał przy każdym spotkaniu: No jak tam twoja powieść? Posuwa się do przodu? Posuwa się – odpowiadałam, bo wstyd było się przyznać, że to wszystko wymyślone. Dalej piszę powieść, zmienia się jej temat, bohaterowie podlegają aktualnym naciskom, więc pewnie nie skończę jej nigdy”. I tu następują wyliczenia powodów i argumentów przeciw, prowadzących autorkę nieodmiennie do konkluzji: „Nie da się, krótko mówiąc”. A jeśli już, byłaby to powieść wagonowa lub uniwersytecka (czyli satyryczna). A jednak, jak pisze Jubilatka: „Przeglądam notatki, skreślam i dopisuję. Lubię czytać moją nie napisaną książkę, gdzie nic nie jest skończone, a wszystko dopiero się zaczyna. I wszystko wciąż jest możliwe. Zrobię to! Rozmyślam więc nad sprytnym pseudonimem”.

Gdy czytam „Przypisy do życia”, nie mogę wyzbyć się wrażenia – być może zbyt śmiałego, ale bardzo pociągającego – że w tej i przyszłej książce nie o poszukiwanie pseudonimu chodzi, a bardziej o – tworzenie układanki z heteronimów (figur, które najpełniej możemy poznać przy lekturze książek Fernando Pessoi). Pisze autorka: „Jestem osobą, człowiekiem, kobietą na rozstaju dwóch różnych czasów, panienką z dobrego domu, profesorską córeczką, panią profesor, wnuczką zacnych polskich prowincjuszy, powinowatą europejskiej inteligencji, badaczką literatury, namiętną czytelniczką wszystkich książek, które kiedykolwiek napisano, niespełnioną pisarką fabularną. Niektórych ról nie mogłam odmówić, a zupełnie się do nich nie nadawałam, nie były w moim typie. Najtrudniejsza była rola córeczki profesora, potem córki profesora, a potem dziecka lat sześćdziesiątych’.

Heteronimów Wyki jest wiele, zapewne „profesor Marta Wyka” jest najbardziej zbliżony do Jubilatki, ale który jest prawdziwy, z tych książek się nie dowiemy. „Maski, których używam, są być może niewidoczne dla szerszej publiczności”, pisze Pani Profesor – dostrzegam w tych książkach zabieg odwrócenia Bergmanowskiej maski – bohaterka filmu „Fanny i Aleksander”, zamieniając wciąż maski, gubi się w końcu i sama nie wie, która jest jej twarzą – natomiast w tym przypadku, to my mamy się zgubić i nie wiedzieć. „Decyduję się opowiedzieć historię, nie pytajcie, która jest prawdziwa”, pisze autorka, a gdy relacjonuje fascynację Olgą Scherer i Olą Watową, dodaje: „Być może grały jakieś role – i to mnie w nich pociągało. Role wciąż są ciekawsze, bo wymagają talentu”.

Czytanie, jak życie, nie może być niewinne, nie istnieje takie. Przestałam być sobą, wyznaje autorka, i dodaje: Jestem sobą i wieloma osobami z książek, które przeczytałam. Żeby cokolwiek móc powiedzieć, czegokolwiek się o sobie dowiedzieć, być może trzeba się rozszczepić na wiele postaci, form, heteronimów, a do każdego stworzyć osobną powieść. Tego, kto jest tylko sobą, prawdopodobnie wcale nie ma. „Być sobą” to złudzenie – można jedynie nieustannie się zmyślać, tworzyć wciąż na nowo migotliwe karuzele kolejnych „ja”. To jedyna prawdziwa samoświadomość – dotkliwa, bo odarta ze złudzeń.

Ten nierozerwalny i poplątany węzeł autobiografii, biografii, fikcji, masek, twarzy, pseudonimów, heteronimów, person, który zaszyty jest w nazywanych autobiografiami książkach Jubilatki, pokazuje pewną możliwość zagnieżdżenia się w świecie, sposób – na niemal pokerową rozgrywkę: zagranie z literaturą w swoją biografię. Jak się w to gra? Co można wygrać? Jest pewnie jak w owej nie napisanej powieści narratorki „Przypisów…”: „Przeglądam notatki, skreślam i dopisuję. Nic nie jest skończone, a wszystko dopiero się zaczyna i wszystko wciąż jest możliwe”.

„Skreślanie”, ale i zamierzone w tym życiopisaniu jest – przemilczanie. Mówi autorka: „Opuszczam ciemny rewers wszystkich wydarzeń, o których opowiadałam”. Znamy wszyscy to słynne krzeszowickie, okupacyjne zdjęcie z Czesławem Miłoszem, Jerzym Andrzejewskim i Kazimierzem Wyką. Jubilatka komentowała to zdjęcie między innymi i tak: „Żadnego dziecka nie ma na tym zdjęciu, ale przychodzi już na świat pokolenie, które będzie „dziećmi Miłosza”. Wydaje mi się, że pamiętam pana z wielkimi brwiami i błękitnymi oczami, biorącego moją tłustą rączkę i mówiącego poważnie: >>Jestem Miłosz<<”. Dzisiejsza Jubilatka dobrze odrobiła jedną z lekcji pana z wielkimi brwiami i błękitnymi oczami, i zdaje się powiadać za nim, że „tak zwane życie, czyli wszystko, co dostarcza tematów operze mydlanej” – nie wydaje się godne powieści. Ale przede wszystkim zdaje się powtarzać przestrogę przed zaglądaniem do „niskich, ciemnych pokojów człowieka wielopiętrowego”. I choć nie da się do tych pokojów nie zaglądać, a czasem zostać do nich wrzuconym, sztuka z nich usilnie – uciekać. Można się spierać, czy ta taktyka jest słuszna, ale nie można jej odmówić skuteczności.

Przeszłość prywatną, czyli siebie samego, trzeba prze-powiadać, by zrozumieć w narracyjnym geście czasy, w których się żyło, i być może – siebie. Nie dlatego, że istnieje jakiś porządek i możliwość poukładania czegoś z natury chaotycznego i pełnego nieusuwalnego cierpienia, o czym narratorka Przypisów… dobrze wie, ale – być może – by przejrzeć się w owych zwielokrotnionych kreacjach heteronimicznych, które wysnuwamy z siebie i usilnie produkujemy, i spożytkować do rozgrywki z samym sobą. Czy któreś są prawdziwe, orzec się nie da, ale niektóre trzeba wyprosić za drzwi, niektóre opisać, by opuściły nas same, o niektórych zapomnieć, a o niektórych ku swemu zaskoczeniu – się dowiedzieć. Być może, paradoksalnie, opowiadanie siebie w rożnych rolach, wariantach, maskach, szczelne zasłonięcie się tekstem, daje granice (i co z tego, że umowne), na których (i o które) można się oprzeć, by nie runąć w świat, w niskie pokoje.

„Więc jednak lektura jest sposobem na życie? Osłania jak gazeta wsparta o cukiernicę? Buduje pewność siebie?” Krucha i niewdzięczna wiara, ale która wiara jest wdzięczna? Jedno jest pewne: akt lektury u Wyki, to akt miłosny. Nie bez powodu Jubilatka przywołuje w „Przypisach…” listę książek do przeczytania Henry’ego Millera – książek nigdy nie przeczytanych, książek nie do czytania, ale do pożądania. „Książki obiecują tak wiele – te przeczytane i nie przeczytane”, pisze Jubilatka.

Dopóki obiecują, dopóki są, dopóki powieść się pisze, karmimy swoje heteronimy i pseudonimy, karmimy może nawet coś tak bardzo nieistniejącego czy też niedefiniowalnego, jak my sami, i jakoś – „biografia, czyli zmyślenie albo wielki sen” – śni się dalej.

Jacek Błach

Laudacja wygłoszona 7 stycznia 2008 r. podczas jubileuszu Marty Wyki.
Pozostałe laudacje - w dalszej części tego numeru "Dekady Literackiej".



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas