poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GRZEGORZ BEDNARSKI
Droga Rodzińskiego
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)
Stanisław Rodziński, „Malarstwo”, Galeria Pryzmat, listopad–grudzień 2007 r. Nagroda Okręgu Krakowskiego ZPAP im. Witolda Wojtkiewicza


Stanisław Rodziński urodził się w Krakowie w 1940 roku i to właśnie Kraków dla Rodzińskiego stał się najważniejszym miejscem, rodzajem genius loci. Przyglądając się całej twórczości artysty, jego obrazom, rysunkom, pastelom, ma się nieodparte wrażenie, że właśnie w Krakowie, a nie w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu czy Gdańsku mogła powstać tak sugestywna wizja malarska XX-wiecznego Chrystusa Ukrzyżowanego, surowego krajobrazu czy rozpadającego się miejskiego domu z umieszczoną na nim reklamą Pepsi Coli. Te syntetyczne formy, uproszczony rysunek jakże często przywodzą na myśl gotyckie obrazy, kolumny i zwieńczenia sklepień kościołów i katedr. Wydłużone, splątane i powyginane, naznaczone sugestywnie materią i spalonym kolorem.

Jako młody chłopak uczęszczał do liceum, jednego z tych, które cieszyło się zasłużoną opinią dobrej szkoły. Szkoły średnie tamtych czasów były wyjątkowe i choć nie często się o tym wspomina, to trzeba dodać, że były szkołami niezwykłymi dzięki ludziom tam pracującym, pełnym pasji animatorom i wykładowcom, zdającym sobie sprawę, że mają do czynienia z młodzieżą, której trzeba przekazać to, co najlepsze, zanim zacznie się okres bezpardonowej indoktrynacji reżimu stalinowskiego, a co inni otrzymali w dwudziestoleciu międzywojennym z łaciną i greką, z pogłębioną znajomością literatury klasycznej i historii. Choć były to czasy skomplikowane i w jakiś sposób pęknięte, to dzięki tym nauczycielom i profesorom udało się utrzymać odpowiedni poziom kształcenia. I dzięki nim właśnie czas spędzony w liceum miał – jak sądzę – dla Rodzińskiego znacznie ogromne.

Natomiast okres studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych był dla Rodzińskiego, humanisty ciekawego świata, umiejącego patrzeć i widzieć, okresem nie tylko inicjacji artystycznej, ale zarazem pogłębienia światopoglądu, choć zapewne nie bez konfliktów wewnętrznych tak typowych w tamtych latach, kiedy można było mieć nadzieję na lepszą twarz PRL-u.

Rodziński, wspominając tamte czasy, często z humorem kreślił sylwetki swoich profesorów i nauczycieli, którzy byli, jak wspomina, ludźmi z innej epoki, dla których Paryż nie miał tajemnic, bo żeby tam się znaleźć, wystarczyło kupić bilet na dworcu i potem, za dwa dni, stać już przed obrazem Veronesa w Luwrze. Tego ówczesna młodzież artystyczna była pozbawiona. Wyjazdy zagraniczne i artystyczne wycieczki nie były im dane. Skazani na blade czarno-białe reprodukcje czy kolorowe, miernej jakości – w kolorowych pismach. Tak więc najważniejsze były spotkania z tymi, których kontakt ze sztuką był bezpośredni. To właśnie te kontakty były dla młodych adeptów sztuki ważne i inspirujące. A łagodność czy liberalizm profesorski też miał nie lada znaczenie.

Atmosfera szkoły, zawierane przyjaźnie, lektury, zapewne są nie bez znaczenie dla kształtowania się myśli artystycznej i światopoglądowej Rodzińskiego w tamtym okresie. Zresztą, kształtowanej nie tylko w murach Akademii, ale też i w innych środowiskach intelektualnych Krakowa. Co w jakiś sposób przyczyniło się zarówno do działalności społeczno-animatorskiej Rodzińskiego, jak i przede wszystkim do pisarsko-krytycznej i publicystycznej.

Malarstwo Rodzińskiego należy już do kanonu współczesnego malarstwa XX i XXI wieku. I choć jest to twórczość rozpoznawalna, z tak właściwym sobie charakterystycznym „pismem”, twórczość ta wciąż czeka na ocenę i krytyczne studium.

Jerzy Nowosielski napisał, że Rodziński nie jest abstrakcjonistą, nie jest także ekspresjonistą, przynajmniej nie w tym znaczeniu w jakim rozumiemy te pojęcia. Trudniej ustalić, jakie jest miejsce Rodzińskiego na mapie tendencji malarstwa polskiego po 1945 roku. Przyjęło się umieszczać malarstwo Rodzińskiego w nurcie religijnym polskiej sztuki współczesnej. Często uważa się artystę za głównego przedstawiciela tego nurtu, choć nie jest to do końca prawdą. Bez wątpienia jednak jego malarstwo wyróżnia się w obrębie tej tendencji własną formą – przede wszystkim w kontekście nie tyle ikonograficznym, co chrystologicznym. Tak to ujmuje Nowosielski, wyróżniając dwie tradycje: symboliczną, jednoczącą aspekt tragiczny z przezwyciężonym tragicznym (prawosławie), oraz kenotyczną, właściwszą dla kościoła zachodniego, gdzie uwypukla się obraz tragedii krzyża, stawiając bardziej na pokazanie cierpienia, bólu niż ofiary Przemienienia.

Twórczość Rodzińskiego Nowosielski umiejscawia w tej drugiej tradycji, jednak to malarstwo trudne jest do zaszufladkowania, bo doświadczenie ekspresjonistyczne, które negował Nowosielski, w twórczości malarza łączy się, jak pisał krytyk, z „kontemplacją abstrakcji naszego czasu”. Jak to rozumieć? Otóż wydaje się, że malarstwo Rodzińskiego zawiera w sobie elementy właściwe dla obu tych tradycji. Co to znaczy? W malarstwie Rodzińskiego elementy ekspresjonistyczne są zminimalizowane.

Oszczędny kolor, często monochromatyczna tonacja, rysunek romańsko-gotycki, przetransponowany oczywiście przez doświadczenie malarstwa XX wieku (Braque, Giacometti, Manzu), wszystkie te elementy wskazują na pewien umiar i kontemplacyjny charakter tej twórczości. Wątki chrystologiczne u Rodzińskiego zawsze związane są zarówno z cierpieniem Chrystusa, jak i człowieka. Janina Pollakówna przypomina, że zwrócenie się ku obszarom cienia ludzkiej egzystencji wiązało się już u trzydziestoletniego artysty z doświadczeniem obcowania z chorobą i w jakiś niewytłumaczalny, choć zrozumiały sposób splątało się i zrosło w wyobraźni autora z „Pietą” Michała Anioła. I w tamtych czasach, nie tyle z rzeźbą, co z reprodukcją, obrazem, fotografią tego nieukończonego dzieła.

Malarz Rodziński jest religijnym egzystencjalistą, bliżej mu do Kierkegaarda i Brandstaettera niż do Newmana, Eliota, czy nawet do Nowosielskiego. Powiązania racjonalistyczno-analityczne w myśli filozoficznej i plastycznej są artyście chyba obce. Widzenie wszystkiego poprzez pewien obraz, w którym cierpienie jawi się jako siła wciągająca, będąca przede wszystkim wizją Przemienienia, przezwyciężającą tragedię, jest osią twórczości Rodzińskiego. Mieści się on zarazem w jednej i w drugiej tradycji. To cecha najbardziej charakterystyczna dla mocnych, gwałtownych, emocjonalnych i bardzo indywidualnych obrazów Rodzińskiego. Już od pierwszych „Piet”, „Ukrzyżowań” czy innych obrazów o tematyce religijnej, Rodziński wypracowywał własny styl, ukształtowany zarówno dzięki indwyidualnym poszukiwaniom, jak i zdeterminowany czasem i otoczeniem. Poszukiwanie, analizę formy, artysta znajdował w sztuce, przede wszystkim we współczesnej, u artystów, również tych, których wcześniej wspomniałem.

Miał rację Gustaw Herling–Grudziński, mówiąc Rodzińskiemu: „wyczuwam u pana, że bliski był panu Georges Rouault, jedyny, który umiał tchnąć życie w martwe malarstwo religijne”. Rzeczywiście, rola, jaką odegrał Rodziński w odnowieniu malarstwa religijnego w Polsce, jest wyjątkowa i na pewno podobna do tej, jaką odegrał Rouault w sztuce francuskiej czy w ogóle w sztuce pierwszej połowy XX wieku. Zachowując odpowiednie proporcje, trzeba sobie uświadomić, ze wrażliwość artystyczna na tematy, wątki biblijne, religijne, sakralne w sztuce XX wieku, w sztuce zlaicyzowanej, modernistycznej, technicznej i w jakiś sposób technokratycznej, nie była wcale powszechna, a artyści, którzy podejmowali tego typu zadania, często byli spychani na margines życia artystycznego (Gill, Bractwo Świętego Łukasza i inni).

Osiągnięcia Rodzińskiego są nie do przecenienia. Pamiętać trzeba, że w sztuce polskiej po 1945 roku sięganie do tradycji sztuki przedstawiającej motywy religijne było często źle widziane i nie leżało w obrębie zainteresowania artystów i modernistycznych środowisk artystycznych, zlaicyzowanych i skomunizowanych. Oczywiście, istniały grupy, artyści niezależni, pracujący w obrębie sztuki sakralnej, ale nie mieli oni możliwości szerszego ujawnienia swoich zainteresowań. Często też pracowali na zamówienie kościelne, powielając stare wzory, czyli robiąc tzw. kościelną chałturę.

To uwzględniając, trzeba pamiętać o debiucie Rodzińskiego, który miał miejsce w połowie lat 60., debiucie, który był manifestacją światopoglądową, przy wyrazistej i określonej formie malarskiej. Echa prasowych omówień można dzisiaj odnaleźć w czasopismach artystycznych i pismach kulturalnych z tamtych lat.

Wpływ na kształtowanie się drogi artystycznej Rodzińskiego miała współpraca artysty z „Tygodnikiem Powszechnym” czy wydawnictwami zajmującymi się publikacją książek z zakresu filozofii, religii, doktryny chrześcijańskiej oraz włączenie się Rodzińskiego w publicystykę artystyczną z pozycji nie tylko recenzenta i krytyka życia artystycznego, ale również pisarza próbującego przekazać pewne nadrzędne wartości wynikające z obranego światopoglądu. Rodziński szybko stał się jedną z osób opiniotwórczych, a o jego artykuły, recenzje i komentarze zaczęli zabiegać zarówno artyści, jak i redaktorzy pism, szczególnie tych związanych z kulturą chrześcijańską. I trzeba pamiętać również, czym w tamtym czasie był Sobór Watykański II i jaki miał wpływ na młodych intelektualistów katolickich i chrześcijańskich w Europie podzielonej układem poczdamskim.

Dzisiaj perspektywa taka nie robi już na nikim wrażenia. Wystaw malarstwa, rzeźby, rysunku, grafiki z tytułem i hasłem „sacrum”, „duchowość” mamy zatrważającą ilość. Rozumiemy, z czego się to zrodziło. Z pontyfikatu Jana Pawła II, z otwarcia na świat, z upadku komunizmu. Za tym wszystkim poszła pewna moda, dewaluująca prawdziwe wartości na rzecz pewnych rozwiązań New-age’owskich. Ale to temat osobny.

Malarstwo Rodzińskiego dzisiaj jest już malarstwem klasycznym, jesteśmy do niego przyzwyczajeni, obrazy te są pewnymi ideogramami. Wyróżnia się jednolitą formą, określoną gamą kolorystyczną, choć dzisiaj uzupełnioną o kolor dominanty, często ostrej (pomarańcze, czerwienie, ostre błękity, żółcie cytrynowe), która nie zmienia jednak ogólnego charakteru tego malarstwa. Przedstawia ono dramatyczny rysunek postaci, uproszczonych i zdeformowanych, które wyrażają głębokie cierpienie – czy wręcz kenotyczny obraz tragedii, którą katolik nie zawsze może przezwyciężyć, patrząc na ból i cierpienie zarówno fizyczne, jak i przedstawione w romańskich i gotyckich wyobrażeniach „Ukrzyżowań”.

Dla mnie, do dzisiaj, obrazy, które wstrząsnęły mną, gdy je oglądałem jako młody człowiek, to między innymi „Ukrzyżowanie”, obraz powstały z rysunku przypominającego pioruny strzelające na niebie, rysunek kubistyczny, uproszczony, kanciasty, oraz „Ukrzyżowanie – Obojętni,” oba z 1977 roku, a także „Pieta dla arcybiskupa Romero” (1980/81) czy „Opłakiwanie – Januszowi” (1987).

Trudno jest opisywać obrazy Rodzińskiego, tym bardziej że zostało to już kilkakrotnie zrobione. Pisali o nich Jacek Woźniakowski, Nowosielski, Pollakówna, Aleksander Wojciechowski, Andrzej Osęka, Magdalena Hniedziewicz, Wiesława Wierzchowska, Danuta Wróblewska, Józef Czapski i inni, a nam pozostaje tylko wrócić do tych tekstów, odszukać je i przeczytać, jednak przede wszystkim trzeba obcować z tym malarstwem, poruszającym, pięknym, naprowadzającym nas na kontemplację cierpienia w „obszarze cienia ludzkiej egzystencji”, jak pisała o tym Pollakówna.

W sztuce polskiej po 1945 roku twórczość malarska Rodzińskiego zajmuje jedno z kluczowych miejsc i nie można dopuścić do tego, żeby została zapomniana. Ale ta uwaga dotyczy nie tyle odbiorców tej sztuki, co muzea, historyków sztuki i wykładowców.

Grzegorz Bednarski

„Dekada Literacka” składa gratulacje profesorowi Stanisławowi Rodzińskiemu z okazji przyznania mu Honorowego Doktoratu Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas