poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
I już się nie boję
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)
„Po prostu razem” („Ensemble, C’est Tout”), Francja 2007, reż. Claude Berri, wyk.: Audrey Tautou, Guillaume Canet, Laurent Stocker, Françoise Bertin, 97 min.


Za zamkniętymi drzwiami pęcznieją zamknięte emocje. Każda kamienica, każdy blok jest wielką księgą niezapisanych żali, udręk, chwil ekstatycznego szczęścia i spazmatycznego bólu. Drzwi jednak czasami się otwierają – zapraszamy kogoś do środka. Na chwilę lub na dłużej. Na herbatkę albo na całe życie. Po prostu razem, najnowszy film Claude’a Berri, jest historią przyjaźni, która zamienia się w miłość, i nieśmiałej miłości, która ewoluuje w stronę pewnej siebie lojalności. To film o tym, że razem jest nam lepiej, a drzwi do mieszkania warto czasami otworzyć na oścież.

Ciągle jeszcze młodzi bohaterowie „Po prostu razem” – Camille Fauque (Audrey Tautou), Franck (Guillaume Canet) i Philibert Marquet de la Tubelière (Laurent Stocker) – zostali złapani w tym momencie życia, kiedy trzeba się już powoli decydować, jaką drogę wybrać. Ale to bardzo trudne. Mój ulubiony francuski pisarz, André Gide, pisał w „Dzienniku”: „Niepokoję się, nie wiedząc, kim będę, nie wiem nawet, kim chcę być, ale wiem, że trzeba wybierać”. Oni też to wiedzą. Muszą wybierać. Nie mają jednak pojęcia, na jaki wariant życia się zdecydować. Radość singla czy szczęście przykładnego ojca przykładnej rodziny? Jeszcze szaleństwa czy już tylko święty spokój?

Camille, Franck i Philibert mieli szczęście: spotkali siebie. Zauroczyli się sobą. Zrozumieli, że razem, „po prostu razem”, będzie im lepiej. Przekonali się jednak także, że przyjaźń to ciągły wysiłek. Wymaga pielęgnacji, lojalności i – co najważniejsze – bezinteresowności. Przyjęli tę lekcję, pięknie ją odrobili. Teraz żyje im się chyba łatwiej.

Camille jest daleką kuzynką Amelii – nie tylko dlatego że tę rolę zagrała Audrey Tautou. Camille – jak Amelia – ucieka od życia, chociaż kocha życie. Czuje jednak, że jest to miłość nieodwzajemniona. Doskonale wie, że ma talent malarski, ale nie ma siły, żeby pobiec do galerii, wysłać swoje prace na jakiś konkurs, a nawet komukolwiek je pokazać. Najchętniej nie spotykałaby się z nikim. Po każdej wizycie matki chce się jej płakać; po kolejnych życiowych rozczarowaniach pusty śmiech więdnie w gardle. Camille rano zakłada na głowę kaptur, wychodzi z mansardy i szybko biegnie do pracy – jest sprzątaczką. Chce być niewidoczna. Aż na ponurej klatce schodowej, przy ponurej ulicy, spotka równie jak ona niewidzialnego chłopca, Philiberta. Chłopiec jest chorobliwie nieśmiały, jąka się, boi własnego cienia. Ma wytworne nazwisko: Marquet de la Tubelière i wytworne maniery. To arystokrata krwi, w którego żyłach płynie jednak wyłącznie niepokój, kompleksy i udręka. Philibert boi się wytwornej rodziny, jej kpin i docinków, kiepskiej pracy i naiwnych marzeń o zrobieniu kariery aktorskiej. Boi się chyba wszystkiego. Z Camille poczuje się raźniej.

Jest jeszcze „ten trzeci” – tradycyjny zły bohater, który w efekcie okaże się, co za niespodzianka, bohaterem pozytywnym. To Franck (dobra rola Guillaume’a Caneta) – mieszka z Philibertem, nie chce zamieszkać z Camille. Na obecność dziewczyny długo reaguje agresją. Delikatna, wrażliwa i zawstydzona zbyt różni się od wulgarnych kobiet, które znał dotychczas. Franck zgrywa bowiem twardziela. Jest kucharzem, pije piwo, a po złym dniu (prawie każdy jest zły) wsiada na motor, wraca i do rana puszcza ostrą muzykę. Od początku przecież wiadomo, że złość Francka jest maską. Mężczyzna zwyczajnie nie chce przyznać się do wrażliwości, która na przykład każe mu stale opiekować się chorą babcią. Franck jest bowiem przekonany, że jedynym rozwiązaniem niezgody na los, będzie zemsta, cynizm i gra pozorów. Bardzo się myli.

Te trzy przeciwstawne – bardzo przy tym kinogeniczne – osobowości są siłą wzajemnie się napędzającą. Filmowa wiara czyni cuda. Philibert uwierzy w siebie i we własny talent. Paulette, pogodna i dowcipna – pomimo śmiertelnej choroby – babcia Francka pokocha Camille. Franck zadurzy się w nowej lokatorce, Camille też się zresztą zakocha. Happy end. W życiu na pewno nie wygląda to tak prosto – dlatego nie chcę dodawać temu skromnemu, sympatycznemu, ale i błahemu filmowi wielkiej rangi. Nie bardzo na to zasługuje. W dalszym ciągu jestem zresztą przekonany, że Berri najlepiej czuje się jako producent. „Po prostu razem” tego status quo nie zmieni. Operatywności Berriego zawdzięczamy m.in. „Tess” Polańskiego, „Królową Margot” Chéreau, „Niedźwiadka” Annauda, czy – z drugiej strony – bestsellerową serię o przygodach Asteriksa i Obeliksa. Jako reżyser radził sobie jednak rozmaicie. Na pewno jest sprawnym rzemieślnikiem, który wspaniale inscenizuje wielkie sceny („Germinal”, „Jean de Florette”), ale kompletnie gubi się w subtelnych zawiłościach natury ludzkiej. Również w „Po prostu razem” doświadczony reżyser zafundował nam tylko (i aż) uroczą bajkę z wymuszonym happy endem. Bohaterami nie targają właściwie żadne rozterki, dobra starość spotyka się z altruistyczną młodością, ambicje się spełniają, tęsknoty zostają zaspokojone, urodzinowy tort dekoruje komplet świeczek. Jak dla mnie o wiele za dużo na nim lukru, a jednak mam do tego filmu pewną słabość, chociażby za mniej oczywisty morał – wezwanie do odwagi bycia sobą, mówienia własnym głosem, otworzenia się na innych. Żeby „być razem”, każdy musi znaleźć niezauważalny dotąd błysk – zdobyć nową osobowość, która nie zdominuje poprzedniej, ale wzbogaci ją o inne barwy, doda „treści”. Ta „treść” to życiowa mądrość, nie tyle wynikająca z metryki, co z jednego, być może najważniejszego w życiu spotkania, dzięki któremu już zawsze będziemy potrafili otworzyć się na drugiego człowieka. Może być zupełnie inny od nas, nie musi być piękny.

Camille, Franck i Philibert wcześniej nosili w sobie przede wszystkim smutek, kompleksy, złość. Niby wszystko było w miarę w porządku. Uśmiechy, melancholie, czasami wesołe kolacje, częściej samotne wieczory. Ale całość spowijała depresyjna „nieznośna lekkość bytu”. Berri, adaptując popularne już nie tylko we Francji czytadło Anny Gavaldy, taktycznie skupił się na tym momencie, w którym lekkość bytu bohaterów, ciągle pozostając „nieznośna”, została oswojona. Dzięki wspólnocie, przyjaźni. Dzięki miłości.

Można zarzucić Berriemu zbyt wiele rozwiązań niemal slapstickowych, nadużywanie tanich narracyjnych chwytów, mnożenie tandetnych atrakcji, ale na pewno w tym skromnym filmie obroniła się psychologiczna równowaga pomiędzy czasem przeszłym i teraźniejszością. Trauma nie mija, samotność dziecka promieniuje na strach dorosłego człowieka, łzy odrzuconej nastolatki płaczą także w dorosłym życiu. W kluczowej scenie filmu, Camille powie do Francka: „Zawsze boję się powiedzieć, tego co myślę. Boję się ciebie. Siebie też się boję”. Zakodowany lęk przed sobą może być pieczątką na długie lata. Trzeba sięgnąć gwiazd, albo dotknąć dna, żeby z wolna zetrzeć ponury tatuaż zaszłości. Dopiero wtedy uda nam się odważnie stanąć przed lustrem i głośno powiedzieć: Już się nie boję. Jestem.

Łukasz Maciejewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas