poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MONIKA ŚWIERKOSZ
Zdarzenie bez świadka czy świadek mimo woli?
Alona Frankel, „Dziewczynka”, Warszawa 2007.
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)


Jak dziecko może zapamiętać koniec świata? Jak może potem o nim mówić? Czy w ogóle chce? Zdaniem Doriego Lauba, psychoanalityka i współzałożyciela Fortunoff Video Archive for Holocaust na uniwersytecie Yale, u dzieci-ofiar Holocaustu i wojny istnieje pewnego rodzaju „nadświadomość”. Jest ona starsza niż samo dziecko i przechowuje wspomnienia niezrozumiałe, słowa nieznane, obrazy i dźwięki nazbyt wyraźne. Upiorna zawartość tej niechcianej pamięci leży zamknięta pod kluczem w najodleglejszym zakątku umysłu dziecka, tak odległym, że wydaje się on znajdować już poza nim, gdzieś na zewnątrz, gdzieś indziej. Wydarzenia wydają się wspomnieniami innego dziecka, które się zna, ale nie rozpoznaje w sobie. Aż do czasu, kiedy potrzeba powrotu do własnej historii jest silniejsza niż obrona przed duchami przeszłości. „Ocalały” – powiada Dori Laub – „musi poznać pogrzebaną prawdę, aby móc przeżyć własne życie”. Czy jednak na pewno własne? I czy rzeczywiście, opowiadając po latach swe historie, dzieci Holocaustu coś odzyskiwały, potrafiły lepiej zrozumieć, zrzucały z siebie? Czy uzdrawiająca moc opowieści leczyła też dziecięce rany?

Kiedy do matki Ilony Goldman już po wojnie przychodzili Żydzi, by w dziwnym, chropowatym języku, ściszonym głosem, często więznącym w gardle, opowiadać swoje historie, dziewczynka zatykała uszy. Odkąd pamiętała, miała na sobie czapkę niewidkę, była niewidzialna, nie znała nawet swojego odbicia w lustrze. Dlaczego więc teraz ci brzydcy, zmęczeni ludzie z wytatuowanymi na rękach numerami właśnie w jej obecności musieli zacząć mówić? Tyle razy dorośli wyrzucali ją z pokoju, gdy toczyły się ich rozmowy, a teraz godzinami, nieprzerwanie, brutalnie płynął potok niechcianych słów, które wwiercały się jej w głowę. „Nie patrzyłam, ale widziałam. Nie słuchałam, ale słyszałam „– powtarza na stronach swej autobiografii, zatytułowanej „Dziewczynka”, Alona Frankel. Historie o Zagładzie nie jej przynosiły ulgę i nie jej rany leczyły. Kiedy dorośli pozbywali się ciężaru swego własnego ocalenia, to ona przyjmowała go na siebie. Również wtedy, gdy opowieści obcych ludzi, nie mogąc wydostać się na zewnątrz, zabijały od środka jedynych, prawdziwych świadków zagłady. Wówczas ten mimowolny akt słuchania przestawał być czymś niezobowiązującym, zamieniając się w deklarację przyjęcia przez małą Ilonę testamentu, w którym jakiś nieznany, wzbudzający strach i odrazę krewny zapisał jej ogromny spadek. Po latach Frankel powie: „Nie lubię tych opowieści. Wywołują we mnie nieprzyjemne, niezrozumiałe i nieokreślone poczucie winy. […] Nie chciałam do nich należeć, do tych, którzy przeżyli, chociaż zdawałam sobie sprawę, że i tak należę. Wiedziałam, że jestem małą Żydówką, i że ci ludzie są Żydami. To okropne – myślałam – to straszne. Ja też? Tak samo jak oni?”

Ci, którzy mieli świadczyć prawdę o Zagładzie, często nie potrafili wypowiedzieć słowa, wobec porażającego zła stracili właściwą człowiekowi umiejętność narracji. Ci zaś, którzy mieli słuchać, często nie potrafili lub nie chcieli przyjąć na siebie trudnej roli świadka. Tak właśnie Frankel wspomina powojenne czasy w Polsce i w Izraelu, kiedy milczenie stało się ponownie wspólnym doświadczeniem Żydów. O złu, wobec którego nie pozostało się niewinnym, nie można było mówić. Rabini narzucili zakaz opowiadania o tych, którzy się sprzedawali, prostytuowali, donosili, zdradzali, zabijali. Zakaz powstał, by nie pomnażać cierpienia, ale też by nie zniszczyć konstrukcji szlachetnej idei narodowego cierpienia. Żydzi, którzy ocaleli, mimowolnie musieli albo przystąpić do – jak to nazwał Laub – „zakonu tajemnicy”, albo też wyrzec się nowej religii milczenia i swojej tożsamości. Nie tylko zresztą w Polsce, jak wspomina Frankel, również w Izraelu, do którego dotarła w 1949 roku wraz z rodzicami, uciekającymi ponownie z Krakowa przed narastającą powojenną falą antysemityzmu. Z pokładu „Galili” dziewczynka obserwowała „swoje siostry i swoich braci” – opalonych, silnych, wesołych, chłopców z nagimi torsami i dziewczyny z odsłoniętymi udami, którzy rzucali w stronę emigrantów z Polski dojrzałe pomarańcze. Ilona wiedziała już, że to koniec jej dawnego życia, że nikt tu nie będzie chciał słuchać żadnych opowieści o poniżeniu, bezsilności, śmierci, ofierze całopalenia. Wiedziała też, co oni, wyhodowani na kulcie siły Nowi Izraelici, myśleli, kiedy w Oświęcimiu dymiły kominy: że nie pozwoliliby się zaprowadzić na rzeź, do tych komór, że walczyliby i zwyciężyli. Ilona w hebrajskiej szkole, jak tysiące żydowskich dzieci z Polski, musiała przyjąć nowe imię, stać się kimś innymi – Ilaną bez przeszłości. To właśnie tam, w Izraelu wbrew sobie dołączyła ostatecznie do pokolenia Żydów-ofiar, którzy muszą milczeć na temat tego, co wydarzyło się w czasie wojny. Holocaust nie mógł mieć świadków ani w Polsce, ani nigdzie indziej – był zbrodnią doskonałą, która nawet z pamięci ofiar wymazywała prawdę tamtych dni. Skoro bowiem nie można było się nią dzielić z innymi, to może wszystko to było zwyczajnym kłamstwem, koszmarnym snem, chorą fantazją?

Milcząc zaś, Ilana coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu już nie tylko winy tych cuchnących, żałosnych, zgarbionych Żydów, którzy powinni cieszyć się, że przeżyli, ale i swojej własnej. Bo i ona, nie wiedzieć czemu, zamiast umrzeć, rodziła się w czasie wojny wielokrotnie, za każdym razem, gdy matka wracała z „łowów” na aryjskiej stronie do ich kryjówki we lwowskim getcie z kawałkiem chleba lub bryłą lodu, roztapianą na wodę. To z pewnością niechciany dług wdzięczności dziecka wobec swoich rodziców i wobec samego życia.

I ten dług Frankel musi spłacić. Pisze autobiografię „Dziewczynka”, swoją jedyną jak dotąd książkę dla dorosłych, po 60. latach od tych wszystkich wydarzeń. Dlaczego w ogóle do nich powróciła? Nie wspomina o żadnym poczuciu traumy, o poholocaustowych dysfunkcjach, które nie pozwalałyby jej szczęśliwie żyć dalej, założyć rodziny, mieć planów na przyszłość. Czy może raczej powinniśmy zapytać: dla kogo Frankel napisała swoją autobiografię? „Żeby opowiedzieć, musisz odczuć i uwierzyć, że jesteś wysłuchana. Że ten, kto cię słucha, jest całym sercem i duszą temu słuchaniu oddany” – tłumaczy dziś pisarka przyczyny swojego milczenia na temat przeszłości. Mówi też, że są opowiadania, których nie wolno przerwać, a więc i zacząć, dopóki nie ma się pełnego zaufania do swojego słuchacza. Trzeba było poczekać na przyjście pokolenia tych, którzy nie niosą Zagłady w sobie, którzy jej nie rozumieją, nie pojmują, nie umieją sobie wyobrazić – którzy są jak dzieci. Jak drugie dziecko, wobec którego można na powrót stać się tamtym dzieckiem. Mówiąc słowami Lauba, aby opowiedzieć Holocaust, „potrzebne było nowe pokolenie „niewinnych dzieci” wystarczająco oddalonych od doświadczenia, aby móc zadawać pytania”.

Co sprawia, że jestem Żydem, bo przecież nie obrzezanie? – zapytał pewnego dnia Alonę młodszy syn Michael. To zapomniane, a może i zakazane w milczeniu o przeszłości, pytanie o tożsamość kazało autorce Dziewczynki szukać odpowiedzi w autonarracji. Bycie matką zobowiązuje do zapewnienia dzieciom poczucia ciągłości, bycia kimś, kto ma przeszłość, ma za sobą jakieś dziedzictwo, a nie tylko trupy przodków. Frankel przyznaje, że nigdy nie interesowali jej zamordowani krewni, że zawsze próbowała uciec od ich życia i śmierci. Byli tylko duchami, niedającymi poczucia bliskości ani zażyłości. Tymczasem jej matka „opowiadała, opowiadała i opowiadała. O swoim dzieciństwie, młodości, o rodzicach, braciach, siostrach, ich synach i córkach, dzieciach. Opowiadała, i było to męczące, przygnębiające, odstręczające, nudne. I zawsze sprawiało, że czułam się winna”. Frankel myśli o dziedzictwie nie w sensie instytucjonalnym, realizującym się poprzez historię, religię, tradycję, ale raczej w wymiarze prywatnym, intymnym, tożsamościowym i cielesnym. I poczucia właśnie cielesnej ciągłości brakowało Ilonie w kontaktach między nią a rodzicami, zwłaszcza matką. Dlatego odrzucała jej opowieści jako puste i obce. Dlatego nigdy nie zapytała rodziców, kim jest. Dziedzictwo jest rodzajem dotyku, przekazywanym między bliskimi. Jest testamentem, na mocy którego najbardziej wartościowe i osobiste przedmioty pozostają w rodzinie i przechowują dalej jej pamięć. Dziedzictwo jest wreszcie tym, co pozwala powiedzieć „jestem” temu, kto je przekazuje, i temu, kto je przyjmuje. Alona jako dziecko czuła się wyobcowana, poczucie wspólnoty i rodzinnej więzi zyskała dopiero dzięki pytaniu swojego syna o jego tożsamość.

A jednak dzięki pisaniu autobiografii Frankel odkryła coś jeszcze. Nie jest to odzyskana z niepamięci prawda dni wojny, która według Lauba przynosi ukojenie. Frankel nie daje ani nie zyskuje żadnej gwarancji prawdziwości jej opowieści. Otrzymuje o wiele więcej – świadomość istnienia jakiegoś wewnętrznego świadka, który pomaga jej teraz układać tę historię na nowo z fragmentów zdań, obrazów, dźwięków, zapachów. „Dziewczynka” rozpoczyna się od słów: „Były przy mnie zawsze. Wszy. Moje wszy”. Przedziwne stworzenia ni to realne, ni fantastyczne najsilniej łączyły ją z życiem. Wszy nie lubiły trupów, nie czepiały się ich włosów i ubrań. Istniały, dopóki człowiek żył. Dla Ilony wszy oznaczały wówczas wszystko: i upragnioną bliskość matki, wyczesującą je z głowy córki, i pierwsze historie opowiadane jej wtedy przez ojca, i moc odczytywania wszelkich znaków, gdy patrząc na rozbiegające się po stronach gazety stworzenia, uczyła się je odróżniać od liter. Kiedy Ilona przybywa do brzegów Palestyny, nie ma już wszy, choć swędzenie na ciele i głowie pozostanie jej na całe życie. Czy to przypadkowe, że w tym samym czasie z przerażeniem odkrywa, że już nie jest małą dziewczynką, ale dorosłą kobietą? Że być może ta dziewczynka, którą była, wypadła przez burtę wprost do morza i że już nigdy jej nie spotka?

Frankel opowiada też dla siebie, dla tej Ilony, którą kiedyś była. Mała dziewczynka jest tutaj świadkiem całej historii, wobec którego narratorka musi pozostać lojalna i prawdziwa, by móc o sobie powiedzieć nie tylko „ja”, ale też „ty”. Możliwość zwracania się do siebie jak do kogoś drugiego warunkuje wewnętrzny dialog, a więc i samo wypowiedzenie. Ten proces odkrywania w sobie zdolności świadczenia, dla siebie i dla innych, jest doświadczeniem przejścia przez różnicę, przez śmierć i ból straty, w taki jednak sposób, by możliwe było odzyskanie jakiejś jej części.

Czy Frankel udało się to? Czy udało jej się dopłynąć do brzegów Palestyny i ocalić dziewczynkę, którą była – kimś, kto cały czas mówił: „Będę z tobą, gdy będziesz mnie tracić. Jestem twoim świadkiem?” Myślę, że tak.

Monika Świerkosz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas