poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Skompromitować księdza!
Marek Harny, „Zdrajca”, Wydawnictwo WAM i Prószyński i S-ka, Kraków-Warszawa 2007.
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)


Od czasu, kiedy „proza dokumentalna” nazywana „Listą Wildsteina” stała się jednym z najchętniej czytanych i komentowanych tekstów w Polsce, jasne było dla mnie, że temat lustracji bardzo szybko trafi do literatury. Tak też się stało, choć jak dotąd pojawia się on głównie w prozie o nieco lżejszym zakroju, sensacyjnej czy obyczajowej (z drugiej strony – nie jestem wcale przekonany, czy pisarze w ogóle pokuszą się o poważne, głębinowe analizy psychologiczne duszy zdrajcy, przepraszam – TW, albo wyrafinowane formalnie opisy dylematów osób niesłusznie posądzonych o współpracę, być może jest to świetny materiał jedynie na prozę popularną). Za temat lustracji wziął się również Marek Harny, co akurat niespecjalnie mnie zdziwiło, bo pisarz ten od pewnego czasu przygotowuje kolejne książki wedle tego samego, sprawdzonego pomysłu: składa powieści obyczajowe, ukazujące życie we współczesnej Polsce, w których pojawia się wątek sensacyjny i jakiś tzw. trudny, najlepiej głośny medialnie problem. Dla przykładu, w poprzedniej książce, „Samotności wilków” (2006), Harny zajął się ekologią i wciąż powikłanymi relacji polsko-ukraińskimi.

W najnowszej powieści o wszystko mówiącym tytule „Zdrajca” autor „Pismaka” również posłużył się mocno sprawdzoną formułą „trzy w jednym” (obyczajówka-sensacja-trudny problem). A nawet dodał coś jeszcze, ekstra bonus, bowiem „Zdrajca” jest powieścią z kluczem. Harny pod zmienionymi nazwiskami wprowadził do tekstu osoby z krakowskiego środowiska intelektualnego i kościelnego, ale w taki sposób, że ich identyfikacja w większości przypadków nie stanowi problemu. Dla przykładu, w powieści pojawia się brodaty ksiądz Abramowicz-Mirski, który przygotowuje książkę o agenturze w Kościele i nazywany jest „Wielkim Lustratorem Kościoła” (nie muszę chyba pisać, któż to taki...). Ale oczywiście najważniejszy w „Zdrajcy” jest temat lustracji w Kościele, ukazywany poprzez przypadki księdza Konrada Halickiego.

Jak to zwykle bywa w prozie Harnego, życie głównego bohatera przedstawiane jest w powieści bardzo szczegółowo. Akcja „Zdrajcy” rozgrywa się – by tak rzec – na trzech płaszczyznach czasowych, wzajemnie się przenikających. W licznych retrospekcjach ukazywane są dzieciństwo i młodość Halickiego, aż do momentu, kiedy, będąc już księdzem, zostaje skatowany przez esbeków. Trzon tekstu stanowi opis trwającego kilka miesięcy śledztwa, które prowadzi bohater wraz z zaprzyjaźnionym dziennikarzem, aby dowiedzieć, kto z jego przyjaciół i znajomych donosił na niego w latach 80. I wreszcie jest także opis kilkunastu dramatycznych godzin, kiedy to Halicki, próbujący pomóc swoim podopiecznym, musi przetrwać bez namiotu i śpiwora noc w wysokich górach podczas szalejącej śnieżycy.

Harny zrobił wiele, aby główny bohater „Zdrajcy” był postacią niebanalną, chyba nawet zbyt wiele (wrócę jeszcze do tej kwestii) – jak na księdza Halicki życiorys ma dosyć nietypowy. Konrad jest synem popularnego i cenionego w czasach PRL-u pisarza, zdeklarowanego ateisty i antyklerykała, nic więc dziwnego, że po urodzeniu nie zostaje ochrzczony, potem nie chodzi na religię i do kościoła. Z drugiej jednak strony brat matki Konrada jest księdzem, a jego dziadkowie ze strony matki, głęboko wierzący, chętnie by go nawrócili. Przez lata jednak bohater w ogóle nie interesuje się sprawami wiary i Kościoła. Jest nastolatkiem i młodzieńcem trochę niespokojnym, nieco zbuntowanym. Najpierw łobuzuje z rówieśnikami, nie uczy się, romansuje ze starszą dziewczyną, przyjaciółką swojej siostry, koniec końców zatrudnia się w Hucie Lenina i opuszcza dom rodzinny. W hucie przeżywa gorący czas strajków z początku lat 80., angażuje się w działania opozycjonistów, choć nie pcha się do pierwszego szeregu, za to wikła się w absurdalne, „kozackie” afery (wraz z kolegami planuje wysadzenie pomnika Lenina w Nowej Hucie, co oczywiście kończy się w jedyny możliwy do pomyślenia sposób: esbecy zatrzymują go i katują). W hucie poznaje dziewczynę, która powoli wciąga go w ruch oazowy, co – jak się okaże – będzie miało w jego życiu kluczowe znaczenie.

Znamienne jest, że bunt Konrada pozostaje właściwie nieukierunkowany, chciałby coś udowodnić sobie, rodzicom, światu w ogóle, ale nie bardzo wie, co i w jaki sposób. Próbuje różnych rzeczy, wchodzi w rozmaite role, ale tylko odrobinę, na dobrą sprawę nie angażując się w nic do końca. Dlaczego więc nagle postanawia nie tylko ochrzcić się, ale również zostać księdzem? Oczywiście, pewien wpływ na jego nawrócenie miała miłość do dziewczyny z Oazy, tyle tylko że przecież szybko zorientował się, że nie będą razem. To fakt, zafascynowała go grupa młodych katolików, którzy pod opieką księdza Niepołomickiego, wyglądającego jak rasowy himalaista, wędrują po górach, ale ta fascynacja wynikała raczej z obudzonej u bohatera miłości do gór, a nie – do Boga. A może poczuł powołanie? Tak, to możliwe, jednak tego rodzaju kwestie pozostają – tak sądzę, choć może się mylę – poza możliwościami językowego wyrażenia. Na dobrą sprawę nie można więc przeniknąć motywacji Konrada, zrozumieć, dlaczego postanowił diametralnie odmienić własne życie. Zresztą sam bohater nie potrafi jasno odpowiedzieć na pytanie, czemu zdecydował się zostać księdzem (odczytać to można jako wyraźny sygnał, że Harny nie do końca zapanował nad wykreowaną postacią). Koniec końców autor „Zdrajcy”, chcąc stworzyć bohatera niebanalnego, wymyślił – niemożliwego albo takiego, którego pomyśleć daje się jedynie z trudem.

Mniejsza jednak o szczegóły kreacji bohatera, skoro – jak już wspominałem – najważniejszym problem w powieści Harnego jest lustracja. Prawdę powiedziawszy, pisarz nie mówi na ten temat zbyt wiele nowego. Punkt wyjścia w fabule „Zdrajcy” jest następujący: ksiądz Konrad stara się robić swoje, czyli opiekuje się trudną młodzieżą, z którą chodzi w góry, nie przejmując się lustracyjnymi zawirowaniami w obrębie Kościoła, jednak w momencie, gdy jego nazwisko zaczyna pojawiać się w ujawnianych esbeckich „kwitach”, zmuszony jest podjąć śledztwo, by odeprzeć pomówienia o rzekomą współpracę ze służbami. Robi to niechętnie, tym bardziej że czuje się jedynie pionkiem w grze, w której nie chce uczestniczyć i która, ma tego pewność, niezależnie od wyniku, nie zakończy się dla niego dobrze. Ciągle podlega naciskom: kościelni hierarchowie starają się wpłynąć na niego, aby zaprzestał grzebania w aktach, jego dawni koledzy z huty i prawicowi dziennikarze żądają ujawnienia nazwisk TW... Konrad wyraźnie miota się, nie będąc pewnym, jak powinien zareagować, co zrobić.

Harny pisze o sprawach, które czytelnikowi jako tako śledzącemu lustracyjną epopeję – a przecież trudno tego nie robić, jeśli czyta się prasę codzienną czy ogląda wiadomości w telewizji – są doskonale znane: o tym, że księża byli w czasach PRL-u intensywnie inwigilowani, że wielu z nich zostało złamanych i poszło na współpracę ze służbami, że obecnie Kościół niezbyt chętnie odkrywa prawdę o wstydliwej – czy nawet haniebnej – przeszłości. Ktoś, kto szuka rewelacyjnych nowości na temat lustracji w Kościele, nie znajdzie ich w „Zdrajcy”. Ale też siła tej powieści tkwi w czymś innym. Harnemu udało się w ciekawy i przekonujący sposób pokazać psychologiczne skutki lustracji, opisać narastającą atmosferę nieufności i podejrzliwości, przedstawić jak jeden esbecki „kwit”, jedno pochopnie rzucone oskarżenie sprawiają, że ludzie, którzy przyjaźnili się latami, nagle przestają poznawać się na ulicy. I że często tym, którzy – jak twierdzą – poszukują prawdy o przeszłości, chodzi jedynie o zwyczajną zemstę.

Autor „Zdrajcy” zdaje się sugerować, że w lustracyjnej grze nie ma zwycięzców ani pokonanych, stuprocentowo dobrych ani stuprocentowo złych, bo każdy kto wejdzie w lustracyjne bagienko, na pewno mniej lub bardziej się ubrudzi (na tym zasadza się szatańska skuteczność esbeckich manipulacji). Można się z taki stwierdzeniem zgodzić albo nie. Ja jestem skłonny przyznać rację Harnemu. W odniesieniu do lustracji powiedzenie, że prawda nas oczyści (uzdrowi, ocali), nie ma chyba zastosowania. Rzecz jedynie w tym, aby przy poszukiwaniu prawdy ubrudzić się jak najmniej.

Robert Ostaszewski



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas