poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
Dalsze pogłoski o aniołach
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)
Marian Pankowski, „Ostatni zlot aniołów. Z rękopisu sylwy Mariana
Pankowskiego sześć rozmaitych dni wybrał Piotr Marecki, edytor, Kraków,
9 listopada 2050 r.”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2007.




Krótka książeczka Mariana Pankowskiego to osobliwy dziennik, a osobliwość ta jest wielopłaszczyznowa. Po pierwsze, dziennik pochodzi z przyszłości. Po drugie, dokumentuje zapis zlotu aniołów. Po trzecie, zapiski zostały uporządkowane – jak informuje tytuł – przez przyszłego redaktora, skądinąd postać realną. Bohaterem książki jest – jak często u Pankowskiego – sam Pankowski, który w wieku 120 lat zaproszony zostaje na zlot aniołów, a następnie w tym zlocie uczestniczy. Anioły są tu jednak osobliwe. Zorganizowane są w komanda o zaskakujących specjalizacjach (Komando Obrony Grzechu Pierworodnego i Komando Sióstr Uczynnych jeszcze się mieszczą w wyobrażeniu o aniele, ale „macho”-Komando Mężów? Komando Postsodomitów?) i zdecydowanie preferują cielesne doły kosztem duchowych wyżyn. Gustują w niewybrednych wierszykach oraz fizycznych rozkoszach, a o Bogu mają zdania co najmniej podzielone. Po zlocie oprowadza Pankowskiego postępowa Aniołka imieniem Helena. Jeżeli Helena ma być wariantem Beatrycze, to odwołanie jest żartobliwe, bo przewodniczka nosi dżinsy i najwyraźniej lubi seks. W minipowieści następuje połączenie starych tradycji literackich, takich jak osiemnastowieczna, konwencjonalna postać edytora, poświadczająca autentyczność tekstu, z karnawałowym, niekiedy wręcz groteskowym potraktowaniem zagadnienia bytów subtelnych i ogólnie duchowości. Ujęte jest to w postać sylwy, której cechy formalne stwarzają możliwość dogodnego zestawiania pozornie obcych sobie rejestrów.

Te pobieżne spostrzeżenia korespondują z uwagami Ryszarda Nycza, który stwierdza: „Jakoż pisać w ramach sylwicznej koncepcji literatury, to poszukiwać dopiero własnych zasad integracji, stwarzać swą określoność, ustanawiać własną substancjalność; to także krytycznie doświadczać konwencji języka, tematyzować układy odniesienia jako warunki konstytucji wszelkiej przedmiotowości; to wreszcie wypracować „niegotową” formę wypowiedzi sposobną dla dalszego rozwijania, przekształcania czy wykorzystania – stanowiącą tedy raczej generatywną matrycę dla innych tekstów niźli gotowe, wykończone dzieło” (1). Otwartość i kreatywność sylwicznej formy wskazują zatem na aktywny i „zadaniowy” charakter religijności. Trochę tak, jakby Boga trzeba sobie było wynaleźć – w książce jest On, a właściwie on, baśniowy i trochę nieporadny, wymagający opieki i nadzoru, bo tak postrzegają go anioły (o czym za chwilę). Sylwiczność sugeruje też otwarty i procesualny charakter – w tym przypadku – religijności czy wiary. Zastosowanie formy opartej na „niewykończoności” daje swoiste semantyczne spięcie ze zmierzającym ku esencjalizmowi językiem. Pankowski-pisarz dokumentuje obserwacje Pankowskiego-bohatera: „Stromość staje się jakby mniej stroma. Pojawiają się pierwsze jałowce. Istny gaj ciemnoturkusowy. Teraz już wyłączna jałowcowatość rzuca się w oczy” (s. 38); „Tam gdzie siedział mężyk smutniejący, wyłupił się słup orientacyjny, czarnofioletowy, z trawy zielonej, ale to zielonej!” (s. 43). Słyszę tu echa Leśmianowskie… Wzmiankowany kontrast prezentuje się klarownie w podziale aniołów na Wierzaki i Wiedzaki (nazwy trzeba rozumieć intuicyjnie). Anioły są wprawdzie na stałe poprzypisywane do jednej z dwóch grup i brak informacji o zmianach poznawczej opcji, ale literackie właściwości książki, jak również to, że zagadnienie potraktowane zostało ironicznie, odsuwają od ujęcia esencjalistycznego, sugerowanego przez nominalizm tych określeń.

Z kolei umieszczenie osobliwej akcji w przyszłości pozwala sądzić, że przejście Boga w sferę baśni i zdominowanie „sema” przez „soma” jeszcze się nie dokonało, choć już najwyraźniej zaczęło. Ma ono charakter procesu, którego etapem końcowym jest przedstawiony w książce zlot aniołów – bądź co bądź, ostatni. Bóg i diabeł rozchodzą się na rozstajach, uśmiechając się kurtuazyjnie i porozumiewawczo. Być może dlatego, że „niebo i piekło pierworodnie bliźniacze” (s. 71).

Znacząca jest także okoliczność, że konwencja literackiego wykorzystania przyszłości przenika sf oraz utopie czy antyutopie, a zatem gatunki posługujące się rozmaicie pojmowaną fantastyką. Może więc – jak przywołane gatunki – książeczka Pankowskiego lekko przestrzega czy diagnozuje? Kadłubkowaty profesor Sigmunt von Kassander (jakże celne miano) snuje katastroficzną wizję przyszłości, jaka ściele się przed żyjącymi w roku 2050: „Media pełne są wiadomości, stylizowanych na wieści o tragedii, o rychłym schyłku, powiem ładniej… o „zmierzchu” naszej cywilizacji. Ocieplenie planety i obłąkana, popierana przez monoteizmy demografia! […] Piachy zerwą się znad Nilu i ławą ruszą na Europę, na nasze gaje oliwne i dąbrowy… Bliski już koniec ropy i gazu ziemnego… Będziecie do słonka dupę grzać, bogaci na balkonach, a wy, dziady, na takim jak to zboczu […]. Na Champs-Élysées Senegalczyk porzuci sprzedaż hebanowych folklorydeł, bo będzie uczył paryskie panie jazdy na dromaderze! […] Miliony uchodźców ruszą z tonących kontynentów, na łodziach i wpław, w stronę tego lądu nadziei [Grenlandii]. Brzegów dopadną, ogniem i mieczem zaczną sobie torować wstęp do tej arki! A tam? Tam najemni kryminaliści bronić będą wzgórz i willi, w których tłuści bogacze siedzą, winko różowe przez zęby se cedzą… resztę świata w dupie mają i na gołębicę czekają, aż przyleci z gałązką mimozy z nowonarodzonego kontynentu dla bogatych” (s. 40–42).

Zadrżała mi jednak ręka przy pisaniu poprzednich zdań, bo Ostatni zlot aniołów nie ma w sobie nic z ostrzeżeniowego ponuractwa. Aż chciałoby się wygłosić, że jest to książka „pełna ciepła i humoru”. Wrażenie to minipowieść zawdzięcza zwłaszcza warstwie językowej: wspaniałej, bujnej, żywiołowej, rubasznej, barwnej, dowcipnej, słowotwórczej, ekspresywnej, emocjonalnej, trochę magicznej (wspomniany esencjalizm). Składnia nawiązuje do konwencji barokowej, odnosząc się również w ten sposób do tradycji sylwy. „Jest to więc tekst skomponowany w imię majsterstwa literackiego” (2) – jak przy innej okazji i mówiąc na inny temat, określił Pankowski jedną ze swoich artystycznych ambicji.

Jak wspomniałam, anioły imają się zajęć „antropomorficznych”. Nie będzie to więc specjalnie odkrywcze, gdy zauważę, że pełnią one funkcję zwierciadła dla ludzi (zresztą Pankowski sam o tym mówił). Biorąc jednak pod uwagę, czym się anioły parają, należy stwierdzić, że zachowaniom ludzkim wystawiono niepochlebną ocenę. Bzdurne (choć prześmieszne) wierszyki podczas ero-skatologicznego slamu, targ wojewódzki, na którym można nabyć wodę z Lourdes albo fragmenty muru berlińskiego, nawet daleka od ortodoksji dyskusja teologiczna mają wymiar trywialny i sprawiają wrażenie niedorzecznych. Pan Bóg tymczasem zaszywa się w jaskini, a potem po przyjacielsku konwersuje z diabłem. Przedstawiony zaś jest w konwencji baśniowej, która dodatkowo ulega w tekście stematyzowaniu: „Bóg ma strój baśniowy, szyty z samej modrości, gwiazdami haftowany, ze słońcem naszytym na wysokości serca… „(s. 63) „i nadal króluje baśni, która niosła i niesie dobroczynne iluzje… „(s. 59–60). Nie jest już więc wszechmocny czy choćby potężny, tylko „znużony jak aktor po zawale” (s. 59), a domeną jego władzy jest baśń, zwyczajowo przeznaczona dla dzieci (i chyba nie jest to tym razem „rajska baśń dla wyzwolonych dzieci”, jak o „Rudolfie” mówił autor). Ciekawe, że w porównaniu z Bogiem szatan mniej stracił na godności. Stylowy, nawet elegancki, w gangsterskim kapeluszu przypomina Wolanda, ma podobnie jak szatan Bułhakowa niepokojące oczy. Te drobne, acz smakowite literackie chwyty służą temu, by zmierzyć się z transcendencją, która paruje zarówno z życia ludzi, jak i aniołów. Co po niej zostaje?

W potocznym imaginarium wizerunek anioła uwięziony jest między kiczowatym hermafrodytą w lśniącej koszuli nocnej, rodem z dziewiętnastowiecznej ikonografii albo świętych obrazków, a konkurencyjnym, świeższym wizerunkiem – prymitywistycznym aniołkiem ze słomy albo kolorowego szkła, sprzedawanym na przedświątecznych jarmarkach. (Na tym samym stoisku zakupić można pasującego doń diabełka.) Pisze Dariusz Czaja, odnosząc się do tytułu książki Petera Bergera („Pogłoska o aniołach”) – „po aniołach […] została już tylko pogłoska” (3). A gdzie groza, gdzie „mysterium tremendum”? To pytanie można postawić w odniesieniu do innych kategorii: gdzie znajdzie się miejsce dla takich wysokich jakości estetycznych, jak wzniosłość czy tragizm? Dzisiejszej wrażliwości wydają się one niepewne, a w sceptycznym uchu postmodernisty brzmią fałszywie. Pojawiają się wciąż w obrębie kultury popularnej, ponieważ w mniejszym stopniu niż działalność wysokoartystyczna (jeżeli podtrzymywać ten elitarystyczny podział) podlega ona wymogom oryginalności i „autoproblematyzacji”, jest więc bardziej ufna. A przecież także tam stare albo wręcz wyświechtane konwencje są zapośredniczane przez zastosowanie ironii4. Zastanawiam się, kiedy zbudowany zostanie na nowo język, pozwalający wiarygodnie i niefałszywie, ale aktualnie i adekwatnie wysłowić powagę. (Oto jak młoda krytyczka tęskni za esencją i metanarracją.)

Rzecz jasna, Pankowski – ani żaden artysta – nie ma obowiązku odzyskiwać zdyskredytowanych kategorii estetycznych dla powszechnego imaginarium, ani tym bardziej – wzniosłego wizerunku aniołów dla teologii. Artyści-postmoderniści raczej też ochoty na to nie mają. Pankowski-bohater, zapytany o sposoby naprawienia świata, proponuje bankiet na cześć nieszczęsnej Aniołki, aby „wyprostować jej skrzywiony lot” (s. 71). Działanie proste, konkretne, o niewielkiej skali, „lokalne”, które jednak w domagającym się naprawy świecie zyskuje wymiar religijny i przemienia się w chóralną pieśń rezurekcyjną (s. 70). Trudno jednak ustalić, kto zmartwychwstaje.

Anna Pochłódka


PRZYPISY:

(1) R. Nycz, „Sylwy współczesne”, Kraków 1996, s. 176.

(2) M. Pankowski, „Tożsamość pisarza polskiego na obczyźnie po II wojnie światowej”, „Konspekt” nr 20: 2004 (wersja online), 3.12.2007.

(3) D. Czaja, „Anioł Stróż w filmowym kadrze. O kiczu religijnym”, [w:] „Niedyskretny urok kiczu. Problemy filmowej kultury popularnej”, red. G. Stachówna, Kraków 1997, s. 127.

(4) D. Czaja, op. cit.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas