poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z EWĄ MADEYSKĄ rozmawia ROBERT OSTASZEWSKI
Wyrafinowana forma niewolnictwa
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)

*Czy jest Pani katoliczką?

 Jestem.

*Co sprawiło, że zdecydowała się Pani napisać „Katonielę”, powieść mocno skandalizującą, wyraźnie antykatolicką?

Skąd przekonanie, że powieść jest skandalizująca lub antykatolicka? Nie opisałam żadnych spektakularnych skandali ani obyczajowych, ani społecznych. Chyba, że samym skandalem jest dotykanie tego, co w naszym kraju „ex definitione” nie powinno być dotykane, poszturchiwane, oceniane: polskiego katolicyzmu, a raczej pewnych postaw polskich katolików. Czy w związku z tym moja powieść może być odczytywana jako antykatolicka? Nie sądzę. Piętnuję – i będę się przy tym upierać – wyłącznie zachowania ludzi, którzy w przestrzeni Kościoła katolickiego odnaleźli narzędzia do manipulowania innymi ludźmi. Bardzo ostre narzędzia. I dlatego właśnie napisałam tę książkę. Aby pokazać, że władza (czasem pozorna i mizerna), jaką dają nieodpowiedzialnym ludziom tego rodzaju narzędzia, niszczy innych zarówno na poziomie duchowym, jak również cielesnym.

*Nie obawiała się Pani reakcji czytelników? U nas raz po raz ktoś występuje do sądów z doniesieniami o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych.

Nie obawiałam się reakcji czytelników. Gdyby pojawił się we mnie podobny lęk– nigdy nie napisałabym tej książki. A napisałam, wydałam i do tej pory nie otrzymałam pozwu do sądu o obrazę uczuć religijnych. Nie sądzę, aby Katoniela była powieścią obrazoburczą. Nie dyskutuję z dogmatami, z nauczaniem Kościoła, nie podważam prawd objawionych. Nie o tym opowiada historia Anieli.

*Do tej pory pisarze, którzy krytycznie podchodzili do katolicyzmu, skupiali uwagę głównie na sferze rytualnej, stadności przeżywania uniesień religijnych czy anachronizmach religijności potocznej. Dla przykładu, Marian Pankowski w „Pątnikach z Macierzyzny” pisał o „katolicyzmie stadionowym”. Pani skupiła uwagę, by tak rzec, na życiu codziennym katolików, na tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami katolickich domów. Dlaczego akurat ten temat tak Panią zainteresował?

Bo interesuje mnie to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Lubię podglądać innych przez dziurkę od klucza i podsłuchiwać obcych pod ich drzwiami. Lubię zaglądać przez niezasłonięte firany do cudzych domów i obserwować pulsujące hałasem rodziny. Wybrałam ten temat, bo uznałam, że warto uchylić drzwi i okna do tej pory szczelnie zamknięte. Rodzina jest pasjonującą mikrogrupą. To, co w niej się dzieje, ma wpływ na całe nasze życie.

*Katolicy chyba Pani dopiekli. Co najbardziej u naszych katolików Panią irytuje?

Nie irytują mnie wszyscy katolicy. Niektórzy. A u nich najbardziej drażnią mnie: fanatyzm, moralność z niepoliczalnymi dnami i kontekstami, manipulowanie innymi, wykorzystywanie do własnych interesów Dekalogu i Pana Boga-Ochroniarza, pewność o nieomylności religii katolickiej, pogarda dla każdego rodzaju inności.

*Jak Pani sądzi, z czego to wynika? Czy z tego, że są to po prostu źli ludzie, czy winna jest specyfika polskiego katolicyzmu, może pewnego nurtu w nim, w którym przymyka się oko na nietolerancję i pomiatanie innymi?

Chyba z kondycji natury człowieka – słabej, wygodnej i permisywnej. A że w tym przypadku odwieczne, wewnętrzne ułomności ludzkie łączą się z nurtem, o którym pan mówi – katalog grzechów polskiego katolicyzmu wobec bliźnich staje się coraz większy.

*„Była katoliczką”. To pierwsze zdanie Pani powieści i najkrótsza charakterystyka głównej bohaterki. Aniela jest jednak na bakier z religią. Dlaczego tak właśnie ustawiła Pani swoją bohaterkę? Chodziło o uzyskanie dystansu wobec katolicyzmu?

A pamięta pan kolejne zdanie? „Wyboru wyznania dokonali za nią rodzice, a za nich ich rodzice, a za nich, i tak dalej”. Charakterystyczne „na bakier” Anieli z religią wynika przede wszystkich z sytuacji przymusu. Aniela nie chce poddać się opresji katolicyzmu, buntuje się, bo musi chodzić do kościoła, bo musi odmawiać pacierze, bo musi przystąpić do I Komunii Świętej. Przede wszystkim jednak chce zrozumieć, dlaczego „musi”. I słyszy: „bo tak”. Nic więcej. To nieuczciwa postawa wobec dziecka (wobec dorosłego zresztą też). W istocie – postawa Anieli buduje dystans do katolicyzmu, ale nie uwalnia bohaterki z opresji wyznania. Boję się, że bardzo trudno poradzić sobie z tym rodzajem zniewolenia. Bo religia, która opiera się na przymusie, jest wyrafinowaną formą niewolnictwa.

*Anielę dręczą ludzie, którzy wciąż mają Boga na ustach, ale zdają się nie mieć miłości w sercu: toksyczna matka, potworna teściowa, nawiedzony mąż, który traktuje ją jak służącą i seks-maszynę… Ona, mimo iż jest kobietą inteligentną i w pewnym stopniu stanowczą, dosyć bezwolnie się temu poddaje. Czyżby syndrom ofiary?

Aniela nie jest taka bezwolna, jak Pan sądzi. Posługuje się swoimi metodami, równie patologicznymi jak eschatologiczne manipulacje Totalnego: kłamie, nie sypia z mężem, a jeśli już – nigdy bezinteresownie. Znajduje własny, choć kontrowersyjny i pewnie wcale nie najlepszy sposób na przetrwanie – przynajmniej przez chwilę – w kolejnej katolickiej opresji: sakramentalnego małżeństwa.

*A wracając do męża Anieli, czyli Totalnego, charyzmatycznego lidera Ruchu Odnowy w Duchu Świętym. W Pani powieści ruchy religijne, które mnożyły się jak grzyby po deszczu szczególnie w latach 80., to istna wylęgarnia zła, pełna bezwzględnych facetów manipulujących innymi i kobiet ze „ślinotokiem waginalnym”. Jestem mniej więcej w Pani wieku, też przyglądałem się tym ruchom – zaznaczę, z boku, bo dosyć wcześnie porzuciłem „owczarnię Pana” – i wydawały mi się raczej śmieszne niż straszne – te dziewczyny w workowatych swetrach, pryszczaci chłopcy brzdąkający na gitarach, a do tego atmosfera wymuszonej radości. Mnie te ruchy odrzucały raczej ze względów estetycznych niż etycznych. Pani doświadczenia były chyba inne?

Bo może weszłam w ten świat głębiej niż Pan. Nie zatrzymałam się na poziomie estetycznym. Próbowałam docierać do tego, co mistyczne. Za zasłonami mistyki odkrywałam powoli sporo naciąganej ideologii, sekciarstwa i manipulacji. Charyzmatyczny Ruch Odnowy w Duchu Świętym nie jest wylęgarnią zła. Ludzie gotowi do poszukiwania Boga emocjonalno-ekstatycznymi sposobami mają szansę Go znaleźć w Odnowie. Nie jestem pewna jednak, czy znajdują Transcendencję, czy też swoje wyobrażenie o niej. Nie mam prawa tego oceniać. Totalny zaś jest postacią, która jaskrawo i jednak z przesadą egzemplifikuje powszechny typ katolika, który tylko mówi o Bogu. I realizuje ten rodzaj moralności, który streszcza przysłowiowe: wszystko można, co nie można, byle z cicha i z ostrożna.

*Zapytam o drobiazg, który mnie zaintrygował. Pisze Panie, że Totalny dostał dyspensę na używanie prezerwatyw. Faktycznie bywały takie przypadki?

Nie jestem pewna. Podejrzewam, że Totalny znalazł sobie pyszne usprawiedliwienie swojego dwuznacznego postępowania. Z jednej strony kierowała nim pozorna troska o dobro żony, o jej zdrowie, strach przed kolejnym poronieniem, z drugiej strony wyzwanie czystości, seksualnej ascezy było ponad jego możliwości. Wybrnął z niewygodnej głównie dla siebie sytuacji, używając autorytetu Kościoła.

*Poddaje Pani także mocnej krytyce instytucję rodziny. Prawie wszystkie rodziny przedstawione w powieści są dysfunkcjonalne, co więcej, ludzie zaczynają w miarę normalnie radzić sobie z życiem i samymi sobą dopiero wtedy, gdy ich rodziny się rozpadają. Pani zdaniem faktycznie aż tak źle jest z rodziną w Polsce?

Nie jestem ani socjologiem, ani psychologiem, „Katoniela” zaś nie jest naukowym dziełem prezentującym stan badań nad rodziną polską. Pokazuje kilka dysfunkcyjnych rodzin, ale pokazuje też rodziny normalne, na przykład Poli i Jerzyka. Pola realizuje ulubiony w kręgu naszej tradycji mit matki-Polki. A że rodziny się rozpadają? Szczęśliwe się nie rozpadają, a w nieszczęśliwych trudno żyć.

*Na koniec może pospekulujmy: gdyby miała Pani możliwość wpływu na zmiany w polskim Kościele, co chciałaby Pani zmienić?

Moje spekulacje byłyby tak heretyckie, że Święte Oficjum mogłoby się zainteresować moją osobą. Wolę milczeć, tym bardziej, że nie mam i nie będę miała wpływu na żadne reformy Kościoła.

Rozmawiał Robert OSTASZEWSKI
 

BERNADETTA DARSKA
Dramat katoliczki w wersji pop

Debiutancką powieść Ewy Madeyskiej zapowiadano jako rzecz kontrowersyjną, a nawet obrazoburczą. Rzeczywiście, „Katoniela” została napisana, tak mogłoby się wydawać, wedle sprawdzonego przepisu na literacki skandal. Religia powiązana z seksem jest niewątpliwie gwarantem czytelniczego podekscytowania i zbulwersowania. Cóż jednak takiego się stało, że oczekiwanego efektu nie osiągnięto? Dlaczego sprawdzony pomysł na sukces okazał się chybiony, nie przyniósł spodziewanego efektu? Gdzie popełniła błąd Madeyska, że zamiast łamać stereotypy religijno-płciowe, zbudowała fabułę pełną schematów i przewidywalnych rozwiązań? Czyżby etykieta „pierwszej powieści obnażającej zakłamanie katolicyzmu” okazała się niewystarczająca? Najwyraźniej tak. Mieliśmy otrzymać błyskotliwy debiut, odkrywczą opowieść, dostaliśmy historię składającą się z samych oczywistości.

Fabuła książki nie jest szczególnie skomplikowana. Aniela pochodzi z rodziny katolickiej, dość szybko jednak rezygnuje z wnikliwego studiowania religijnych problemów. Wyznanie nie jest efektem jej świadomego wyboru, lecz decyzji rodziców. Szczególnie religijnymi osobami w rodzinie okazują się matka i starsza siostra, Marta. Ta ostatnia zresztą decyduje się pójść do zakonu, a później przedwcześnie umiera na raka. Odejście siostry jest dla Anieli kolejną traumą, która utwierdza ją w przekonaniu, że Bogu tak naprawdę na niej nie zależy. Decyduje się na przyśpieszony ślub z liderem Ruchu Odnowy w Duchu Świętym. Totalny, bo tak będzie cały czas nazywany jej mąż, jest człowiekiem mocno zaangażowanym w życie wspólnoty, nie interesuje go jednak życie rodzinne. Poza jednym aspektem, seksualnym. Aniela dojrzewa w końcu do trudnej decyzji. Postanawia złożyć pozew o rozwód i rozstać się z mężem, który traktuje ją, jak przedmiot do używania i podporzadkowywania sobie. Okazuje się, że rozwód nie jest początkiem szczęśliwego życia, bohaterka dowiaduje się bowiem, że jest ciężko chora…

Powieść Madeyskiej faktycznie daje pretekst do wielu odczytań. Problem w tym, że za każdym razem dokładnie wiemy, co się wydarzy, i nieco męczy nas fakt, że patologicznych relacji jest w książce tak dużo. Autorka prawdopodobnie chciała pokazać ogromny rozmiar krzywd powstałych w efekcie katolickiego wychowania, tymczasem odsłania się przed nami karykatura problemu i wersja w stylu pop. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć, że autorka stawia na jednoznaczność i oczywistość. Brak w książce przestrzeni niedopowiedzianych. Wszystko, nawet gdy dotyczy emocji, musi być do końca wyartykułowane.

„Katonielę” można czytać jako opowieść o katolicyzmie, który niszczy relacje międzyludzkie, zamiast prawdy i miłości, stawiając na hipokryzję, pozór i formę. W książce bardzo często znajdziemy sformułowania, sugerujące, że taki już jest los kobiety, że musi nosić swój krzyż, że trzeba uważać na to, co ludzie powiedzą. Własne szczęście sprzedawane więc jest za cenę zadowolenia i niedrażnienia otoczenia. Wszystkie związki, w których religia odgrywa ważną rolę, okazują się w powieści patologiczne. Matka Anieli, wiecznie rozmodlona, tak naprawdę nie zauważa, że jej małżeństwo dawno się rozpadło; Marta, siostra bohaterki, zostaje zakonnicą, ale i tak umiera, bycie blisko Boga nie pomaga jej ocalić własnego życia. Mąż Poli, przyjaciółki Anieli, jest również religijny i choć pozornie ich związek jest szczęśliwy, to jednak dostrzegamy szybko, że rodzenie kolejnych dzieci i opiekowanie się domem jest dla Poli w dużej mierze kompensacją tego, czego nie miała we własnej rodzinie. Karykaturą religijności jest sam Totalny, mąż Anieli. Lider wspólnoty, mający na swoim koncie rok nowicjatu, chętnie uczestniczący w różnego rodzaju zgromadzeniach. Zapatrzony w grupę, której przewodzi, jednocześnie pogardza żoną – chcę ją sobie podporządkować, traktuje ją jako kogoś, kto służy jedynie do zaspokajania popędu seksualnego, jest obojętnym ojcem i mężem. Katolicyzm zostaje więc skojarzony z emocjonalnym spotwornieniem człowieka.

Powieść Madeyskiej stanowi także portret stłumionej i instrumentalnie traktowanej cielesności. W świecie katolickich zasad nie ma miejsca na akceptowaną seksualność. Seks dla jednych staje się formą sprawowania władzy, dla innych – zniewoleniem. Matka Anieli w dzieciństwie nie akceptuje tego, że jej ciało dojrzewa. Czytamy chociażby: „Modlitwa zbliżała ją do Boga. Piersi oddalały” (s. 198). Aniela decyduje się na pierwszy raz z Totalnym i nie zamierza kontynuować tego związku. Okazuje się jednak, że po pierwszym, nieszczególnie udanym, stosunku seksualnym zachodzi w ciążę. Jest więc automatycznie, za sprawą ciała, skazana na małżeństwo. Totalny, mimo że sprawia wrażenia człowieka nieustannie skupionego na Bogu, tak naprawdę ciągle myśli o seksie. Relacje pomiędzy małżonkami przyjmują w końcu formę prostytucji. Totalny, który wylicza Anieli pieniądze, zaczyna płacić za usługi seksualne. Kobieta za pomocą swojego ciała zdobywa fundusze na książki, na pieluchy dla dziecka, wreszcie na przedmioty potrzebne do domu: „Ustalił cennik. Za wymianę okien w pokoju Maryśki (wieje, prosto na łóżeczko dziecka wieje, nie mam gdzie go przestawić, proszę cię, mówiła Aniela) miesiąc oralnego z aneksem do umowy, będziesz mi to robić dwa razy dziennie, alleluja!” (s. 177). Fragmenty dotyczące sprzedawania siebie w małżeństwie są najlepszymi w powieści Madeyskiej, obok fragmentu opisującego poród Anieli. Gdy bohaterka zaczyna w nocy rodzić, Totalny daje jej wyraźnie do zrozumienia, że nie jest to odpowiednia pora, następnie wręcza jej swoją koszulę do wyprasowania, każe odśnieżyć samochód i dopiero, ewentualnie, mogą jechać do szpitala. Poród jest dla niego problemem, czymś co psuje mu plany. Madeyskiej udaje się przekonująco pokazać opuszczenie, upodlenie i samotność kobiety w momencie, gdy narodzić się ma nowe życie.

Trudne relacje między matką a córką to także ważny temat w „Katonieli”. Bohaterka zawsze jest tą drugą, czuje się gorsza, mniej kochana. W milczeniu czeka na gest miłości ze strony matki. Gdy oznajmia jej, że wychodzi za mąż, podświadomie liczy, że matka ją powstrzyma. Ta jednak obojętnie przyjmuje nowinę i nie reaguje na informację, że córka nie chce ślubu, ale z wiadomego powodu „musi” się na małżeństwo zdecydować. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Madeyskiej udaje się zaledwie powierzchownie dotknąć problemu. O wiele bardziej przekonująco i nie tak jednoznacznie toksyczne relacje matki i córki pokazują chociażby Anna Janko w „Dziewczynie z zapałkami” czy Maria Nurowska w powieści „Po tamtej stronie śmierć”.

Madeyska zapewne chciała również opisać, jak trudno porozumieć się ludziom pozornie sobie bliskim. Matka Anieli tak bardzo oddala się od męża, że przestaje jej na nim zależeć i nie widzi, że ten ma kochankę. Aniela, nie mogąc znieść codzienności z Totalnym, nawiązuje romans z jego bratem. Matka Totalnego nienawidzi swojego męża za to, że ten zna jej tajemnicę i zaakceptował ją, jego wielkoduszność odczytywana jest jako słabość. Intymność zamienia się w przestrzeń walki, w miejsce renegocjowania wpływów i ustępstw. Małżeństwo okazuje się sposobem na pokonanie drugiej osoby. Totalny na przykład definiuje związek następująco: „[…] chciałaś mieć oddzielne pieniądze? Masz. Kosztem wspólnoty małżeńskiej, ale masz. Na co je wydajesz? Na książki. A poza tym daję ci dużo, bardzo dużo spokoju. Inne skaczą wokół swoich mężów, żony poddane im, posłuszne. Ale tego cię nie nauczyłem. Ani poddaństwa, ani posłuszeństwa. Choć próbowałem. Nie łączy nas miłość, lecz wygodny układ” (s. 173). Ważnym momentem, w którym Aniela dostrzega obcość swojego męża, jest spotkanie Odnowy w Duchu Świętym, na którym Totalny próbuje ją zmusić, by złożyła świadectwo. Gdy mu się to nie udaje, sam opowiada zebranym o intymnych szczegółach z jej życia. Zdradzona kobieta szczególnie mocno czuje się wówczas oszukana.

Powieść Madeyskiej mogłaby być ciekawą propozycją. Mogłaby, ale nie jest. Stanowi jedynie opowieść o dramacie katoliczki w wersji pop. To powieść popularna, wersja obyczajowo-katolicka do czytania w zastępstwie kolejnego odcinka ulubionego serialu. Autorka starała się stylizować język opowieści na język Ewangelii, modlitwy czy litanii. Znajdziemy na przykład takie zwroty, jak „Zaprawdę powiadam wam” (s. 9), czy „dokonało się” (s. 311). Trudno jednak powiedzieć, czy wspomniana stylizacja naprawdę czemuś służy. Raczej jest prostym zabiegiem, który potwierdzać ma przyjętą optykę książki – katolickim językiem napisano o katolickich wynaturzeniach dnia codziennego. Gdyby Madeyska zdecydowała się na sportretowanie większej liczby różnych zachowań, powieść byłaby z pewnością bardziej interesująca. Tymczasem natykamy się na świat nie tyle czarno-biały, co wręcz jednobarwny. Ruch Odnowy w Duchu Świętym to sekta, uczestniczki wspólnoty to kobiety z nieustannym „waginalnym ślinotokiem” (s. 101), liderzy to mężczyźni myślący tylko jedną częścią ciała. Żony zwykle przesadzają z chodzeniem do kościoła i modleniem się, a mężowie muszą szukać szczęścia u kochanek. Córki są odrzucone i nie potrafią sobie poradzić w dorosłym życiu z traumami dzieciństwa. Mężczyźni nie umieją spełnić się w roli ojców, dzieciom pozostaje po nich pustka i doświadczenie nieobecności. Kobiety przypisane są do domu i do rodziny, a ich mężowie brylują w przestrzeni publicznej. I tak dalej. Nie można zaprzeczyć, że takie postawy zdarzają się, trudno się jednak zgodzić, że jest to norma, że tak mają wszyscy bez wyjątku. Madeyska w swojej powieści sugeruje coś, co nie przekonuje w ogóle – że ludzie niczym się nie różnią, że są tacy sami. Tytułowa Katoniela byłaby więc rodzajem everymana. Problem w tym, że uniwersalność tej akurat postaci sprowadza się do przekonania, że wszystkie kobiety, jeśli mają dziecko, to wychodzą za mąż, a wcześniej tylko marzą o małżeństwie, że wszystkie kobiety nie umieją przerwać związków, w których ponoszą zbyt duże koszty emocjonalne, i każda bez wyjątku poddaje się sile i urokowi miłego brutala. Madeyska, w uproszczeniu rzecz ujmując, zdaje się wierzyć, że cała płeć piękna bez wyjątku czeka na księcia z bajki. Wiara to doprawdy szlachetna, wiele powieści dla kobiet na niej się właśnie opiera. I „Katoniela” się do nich, niestety, zalicza – jako popularna powieść katolicko-obyczajowa.

Bernadetta Darska

Ewa Madeyska, „Katoniela”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas