poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA WAJDA
Serial religią podszyty
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)


Czas mija, a my ciągle kochamy polskie seriale – na dobre i na gorsze. Ta miłość (wzajemna, bo oglądalność jest czynnikiem najsilniej wpływającym na długość antenowej egzystencji) nie jest, jak się wydaje, do końca ślepa: rodzimy widz musi sobie zdawać sprawę z tego, że choć (serialowe) życie jest (tele)nowelą, nie jest to jednak – wbrew słowom piosenki – samo życie. Serial nie jest zwierciadłem przechadzającym się po polskich gościńcach, raczej monidłem przedstawiającym podretuszowaną wizję naszej rzeczywistości, czasami nawet bardzo, czego dowodem medyczna baśń „Na dobre i na złe”, od lat oglądana z niesłabnącym zainteresowaniem, mimo iż przeciętny pacjent doskonale wie, że Leśna Góra – dosłownie i w przenośni – nie istnieje. W polskich serialach, zwłaszcza telenowelach, które zdominowały telewizyjne ramówki, sporo jest uproszczeń, stereotypów, natrętnego dydaktyzmu, koniecznego, jak się okazuje, bo dla części widzów gatunek pełni rolę swoistego życiowego poradnika. Stąd też, często bardzo irytująca, serialowa prorodzinność, połączona z tradycyjnym podziałem ról i dzietnością – tu demograficzna zapaść nam nie grozi.

A jednak, co potwierdzają socjologowie, mimo tej idealizacji polskie seriale są nieźle osadzone w rzeczywistości społecznej. I rzeczywiście, bohaterowie zamknięci w zaklętym kręgu rodzinno-uczuciowych problemów rzadko chadzają do kina, a jeśli już, to nie dyskutują o obejrzanym filmie – ba, nie poznamy nawet jego tytułu. Podobnie jest z czytaniem książek, w serialowym świecie będących przeważnie atrybutem studentów, po który sięga się z obowiązku, a nie dla przyjemności. Co więcej, nawet dziekan Krystyna Lubicz – filolog! – nie ma w domu biblioteki, nieliczne tomy widać tylko w jej uniwersyteckim pokoju, gdzie właściwie pełnią funkcję dekoracyjną – w telenowelowym uniwersum i tak pracuje się po godzinach, w czasie wolnym od spraw rodzinnych. Zatem widok serialowego Polaka czytającego z własnej i nieprzymuszonej woli książkę jest równie rzadki co Polaka wulgarnego (wyjąwszy na przykład „Świat według Kiepskich”). I nie ma się czemu dziwić, bo statystyki czytelnictwa – czy szerzej, uczestnictwa w kulturze – nie odbiegają od tych ekranowych, akurat pod tym względem rzeczywiście mamy „samo życie”. Szkoda, że nie da się tego powiedzieć o wulgarnym języku.

Wierzący, mało praktykujący

Podobnie jest z polską religijnością: Polak zarówno w życiu, jak i serialu, to niekonsekwentny Polak-katolik. Na dodatek jeszcze często niedouczony – symptomatyczny pod tym względem był telewizyjny epizod sprzed kilku lat, z pierwszej edycji teleturnieju „Milionerzy”: zawodnik, na wczesnym etapie gry, musi odpowiedzieć na pytanie, z ilu paciorków składa się różaniec. Ma do wyboru 4 odpowiedzi, bardzo zróżnicowane, co ułatwia zadanie – pod warunkiem, że kiedykolwiek widziało się lub odmawiało różaniec. Gracz nie wie, boi się zaryzykować, więc korzysta z koła ratunkowego i prosi publiczność o pomoc. Ta, w przeważającej większości, wybiera odpowiedź nieprawidłową, zawodnik przegrywa. Pamiętam ironiczny komentarz mojego taty – „a to katolicka Polska właśnie” i nasze złośliwości, że pewnie na widowni siedzi owa statystyczna niewierząca mniejszość.

A całkiem serio – rzeczywiście, oficjalnie Polska nadal jawi się jako religijna potęga, w 90% katolicka, z tym, że owym imponującym wskaźnikiem jest liczba ochrzczonych, ale niekoniecznie wierzących i praktykujących, a tych ostatnich, zwłaszcza w wielkich miastach, ubywa. Paradoksalnie ów proces stopniowej laicyzacji znajduje swoje odzwierciedlenie w serialach: bohaterów rzadko widujemy w kościele. Wydaje się jednak, że ta analogia jest niezamierzona, związana bardziej ze względami czysto technicznymi i ekonomicznymi: serialowa przestrzeń ogranicza się do kilku miejsc i wnętrz, każde kolejne generuje koszty, więc oszczędniej jest tylko zasygnalizować, że ktoś idzie lub wrócił z mszy.

U nas na plebanii

A jeśli już idzie do kościoła, to najczęściej w Wielkanoc lub Boże Narodzenie, bo serialowa religijność to religijność raczej od święta niż na co dzień. Wyjątek pod tym względem stanowi „Plebania”, czego sygnałem sam tytuł. Ten nadawany od 2000 roku serial wyróżnia się na tle pozostałych, bo osadzony jest w scenerii wiejskiej i małomiasteczkowej, w realiach Polski B, gdzieś na ścianie wschodniej. łatwiej więc uwierzyć, że centrum prowincjonalnego Tulczyna stanowi właśnie plebania, a proboszcz jest miejscowym autorytetem. W innych telenowelach postaci duchownych pojawiają się epizodycznie, gdzieś w tle – znaczący jest na przykład brak szpitalnego kapelana w Leśnej Górze, być może związany z faktem, że akurat w tej placówce nie tylko zdrowieją ciała, ale i szlachetnieją charaktery, a role spowiedników i przewodników duchowych pełnią lekarze, w przerwach między jedną a drugą zakończoną sukcesem operacją. W „Plebanii” proboszcz i jego wikarzy to postaci pierwszoplanowe, dosyć barwne na tle innych serialowych księży (wyjąwszy może proboszcza z Rancha, gotowego włączyć się nawet w akcję propagowania antykoncepcji, głównie po to, by zrobić na złość swojemu bratu bliźniakowi, tutejszemu wójtowi, z którym walczy o rząd dusz). Stąd ojcowski, mądry i wyrozumiały proboszcz cierpliwie wytłumaczy swojej gospodyni babci Józi, że chłopak jej wnuczki, Białorusin Janka, jest ateistą, bo „tam jest inaczej”, ale z drugiej strony – „skoro Karolina go pokochała, to on nie może być zły”. Sam ksiądz Antoni też nie jest pozbawiony słabości i na przykład cierpi z powodu kofeinowego odwyku, potrafi też okazać nieposłuszeństwo biskupowi. Z kolei jego podwładni to młodzi księża nowej generacji – nowocześni, buntujący się przeciwko nazbyt konserwatywnej (i często oderwanej od rzeczywistości) hierarchii, zaangażowani społecznie, wysportowani – na przykład ks. Adam zna karate, a podziw dzieciaków wzbudza jego motor i skórzany strój. Z drugiej strony pojawiają się duchowni w rolach czarnych charakterów, choćby wikary Artur, karierowicz i manipulator, czy piszący donosy stary proboszcz. Sygnalizowane są problemy związane na przykład z celibatem, ale – jak to w serialu – potraktowane jednak dosyć powierzchownie.

Polska serialowa to Polska katolicka, przedstawiciele innych wyznań – protestantyzmu czy prawosławia – pokazywani są rzadko (za to zawsze w rolach czarnych charakterów obsadzani są członkowie sekt, zwłaszcza ich przywódcy). „Plebania” stanowi tu wyjątek, ponieważ jedną z pierwszoplanowych postaci jest tutejszy lekarz, doktor Blumental – a Żyd w polskim serialu ciągle stanowi widok równie egzotyczny jak pozytywny gej, czyli taki, który nie jest chory na AIDS, nie rozbija małżeństw i nie cierpi z powodu swojej odmienności. O ile jednak telenowela nie sprawdziła się jako narzędzie przełamywania tabu i walki z homofobią (taką próbą miała być postać Sebastiana, szczęśliwego geja z „Magdy M.”, ale opowieści grającego go aktora o tym, jak odnosili się do niego ludzie w realu, świadczą o tym, że jednak nieudaną), o tyle żydowski lekarz w zasadzie nie musi stawiać czoła antysemickim uprzedzeniom. Wspólna działalność społeczna i charytatywna doktora Blumentala oraz tulczyńskich księży to przykład ekumenizmu w duchu miłości bliźniego, bo jak mówi proboszcz: „Wszyscy jesteśmy narzędziami w rękach Boga”. Cóż, pozostaje tylko czekać, aż na plebanię zapuka jakiś muzułmanin czy buddysta.

„Plebania” siłą rzeczy żyje rytmem roku liturgicznego – to właściwie jedyny polski serial, gdzie tak naprawdę nie tylko niedzielny dzień święty się święci, ale i wszystkie inne z kościelnego kalendarza. Tu obchodzi się Boże Ciało, Zielone Świątki, przestrzega postu, uczestniczy w adwentowych roratach czy rekolekcjach. Stąd też pojawiają się elementy swoistej katechezy, edukacji religijnej, związanej z wyjaśnieniem znaczenia poszczególnych świąt i rytuałów, edukacji potrzebnej, skoro w ankietach respondenci pytani na przykład o symbolikę wielkanocnych potraw mówią o przemianie octu w wino czy pieprzu jako symbolu czystości. Wieś, społeczność małomiasteczkowa, jawi się jako ostoja tradycji ciągle żywej, bo tylko tu dzieci przygotowują jasełka, robią szopkę – a obce wzorce, jak maski i kostiumy na Halloween, się nie przyjmują, ba, spotykają się z solidarnym protestem zarówno osób duchownych, jak i świeckich. W „Plebanii” sygnalizowana jest religijność młodzieży, która na przykład wybiera się na spotkanie do Lednicy. Z drugiej strony nawet na prowincji zachodzą zmiany – uroczystości rodzinno-religijne, jak imieniny, komunie, odbywają się już nie w domu, a w restauracji – ku wielkiemu ubolewaniu babci Józi, podobnie jak inni serialowi seniorzy, przywiązanej do tradycji.

Religijność od święta

„Plebania” to wyjątek potwierdzający regułę: w serialach wielkomiejskich religijność jest odświętna i dosyć powierzchowna. Jedynie przedstawiciele najstarszego pokolenia – z racji wolnego czasu i wpojonych wzorców zachowań – chodzą do kościoła nie tylko w niedzielę i święta, często korzystają przy tym z sakramentów, jak ciocia Stasia z „Klanu”, Polka z Kazachstanu zaproszona przed laty przez Lubiczów (przykład miłości bliźniego z podtekstem patriotycznym) i przyjęta do ich rodziny. Starsza pani jest swoistym wcieleniem niemieckiego ideału 3 K – kościół, kuchnia, dzieci (choć nie własne), żyje dla innych (nawet małżeństwo z sympatycznym panem Jeremiaszem niczego nie zmieniło), a wiara i związana z nią obrzędowość i obyczajowość, jest czymś naturalnym, niepoddawanym w wątpliwość. „Nauczyłam się w Bogu mieć nadzieję” – mówi ciocia Stasia z charakterystycznym zaśpiewem i słowa te można wziąć za jej życiowe motto. Bliżej Kościoła i praktyk religijnych jest też, co oczywiste, zakonnica z „Klanu”, siostra Dorota.

Średnie, a zwłaszcza młodsze pokolenie, poprzestaje na religijności od święta. W serialu, podobnie jak w życiu, główne święta chrześcijańskie, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc, zaczynają zatracać swój sakralny wymiar, ograniczając się do zewnętrznych przygotowań, głównie robienia porządków i gotowania. Ambicją przeciętnej serialowej gospodyni jest własnoręczne przygotowanie wigilijnych potraw, bo to właśnie stanowi element tradycji. Sen z powiek spędzać może kwestia zakupu odpowiedniego prezentu, a nie na przykład potrzeba spowiedzi.

Skądinąd ta powierzchowność i komercjalizacja nie dotyczy wyłącznie głównych świąt, ale i sakramentów, będących – jak chrzest czy Pierwsza Komunia – ważnymi uroczystościami rodzinnymi. I tutaj twórcy często próbują postępować wedle zasady Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, bo z jednej strony na przykład Rysio, jeden z mniej zamożnych Lubiczów, tłumaczy córce, że najważniejsze jest, iż po raz pierwszy przyjmie Jezusa do serca, a nie sukienka i prezenty, ale z drugiej – dzięki lepiej sytuowanym ciociom i wujkom, świeckiej tradycji stało się zadość i dziewczynka dostała upragniony komputer, dzięki czemu nie czuje się gorsza. Seriale, choć próbują, pamiętając o swojej misyjnej roli, bronić sakralnego wymiaru Pierwszej Komunii, stosunkowo dobrze odzwierciedlają postępujące pierwszokomunijne szaleństwo, gdzie rodzice zapożyczają się, by zorganizować w restauracji małe wesele, a chrzestni – stanąć na wysokości zadania i podarować stosowny prezent. Nawet jeśli komunijną rewię mody próbuje się zasłonić albami, to i tak wymiar duchowy schodzi na dalszy plan – i nie ma sensu oburzanie się na reklamowe slogany w rodzaju „dzień pierwszej komórki”, bo niestety, dla sporej części dziewięciolatków do tego cała uroczystość się sprowadza, a dorośli mają w tym swój udział. Z drugiej strony, czyż hipokryzja nie jest też elementem polskiej religijności i obyczajowości?

Liberalny konserwatyzm

Polak-katolik, zarówno w życiu, jak i serialu, jest konserwatystą, ale niekonsekwentnym. W telenowelowym świecie rodzina jest wartością największą, a rozwód – ze względu na sakramentalny wymiar ślubu kościelnego – ostatecznością, nieszczęściem, mocno przeżywanym zwłaszcza przez seniorów. Impulsem do rozwodu bywa zdrada – częsty serialowy motyw. I tutaj przenika się fikcja z rzeczywistością, bo według badań statystyczny Polak (i Polka) bywa niewierny, ale w idealizowanym, bardziej konserwatywnym telenowelowym świecie, teoretycznie powinien zdradzać rzadziej – tyle, że fabuła straciłaby wówczas na atrakcyjności. Dzisiejsze telenowele to spadkobiercy dawnych filmowych melodramatów, rozumianych szerzej niż jako filmy o miłości. Wyróżnikiem była atrakcyjna fabuła, pełna melodramatycznych chwytów i motywów, jak utrata pamięci (a potem cudowne jej odzyskanie), odnalezione po latach dzieci albo rodzeństwo, niespodziewany spadek, nagła choroba bądź inne nieszczęścia, miłość od pierwszego wejrzenia, różne wcielenia Kopciuszka, etc. Ktoś kiedyś żartobliwie, acz trafnie określił melodramaty jako rodzinno-erotyczne tory przeszkód z ołtarzem lub mogiłą na końcu. Telenowele, z racji swojej konstrukcji, mają odległy początek i nieznane zakończenie, stąd – dla utrzymania zainteresowania widowni – potrzeba mnożenia owych przeszkód, a przy tym także ołtarzy i mogił (1). Nie bez powodu jednak o melodramacie mówi się jako o najbardziej zideologizowanym gatunku filmowym: wprowadzenie wątku zdrady nie tylko podnosi atrakcyjność opowieści i zagęszcza emocje, ale też zazwyczaj pozwala na sformułowanie jasnego przekazu, morału – że niewierność nie popłaca. W serialowym świecie często bywa tak, że zdradzany małżonek, chcąc ocalić związek (i święte więzi) wybacza i zostaje za to nagrodzony – para wkracza w nową, lepszą fazę wspólnego życia, ich miłość wybucha na nowo. Z drugiej strony kilka lat temu jedna z bohaterek „Klanu” najpierw dała mężowi drugą szansę, a potem sama chciała odejść – ku rozpaczy starego ojca – by związać się z dawną miłością. Nie było jej dane długo żyć w wolnym związku, bo los (Opatrzność?) zesłał na nią karę za grzech cudzołóstwa w postaci ciężkiej choroby syna. A dziecko dla serialowej kobiety to największy skarb, dla którego poświęca się wszystko, łącznie z własnym szczęściem, dlatego bohaterka wróciła na łono rodziny, by odkupić swoje winy. Skutecznie, syn wyzdrowiał (to skądinąd inny dowód na to, że polskie seriale tylko sygnalizują pewne problemy, na przykład trudności, na jakie zewsząd napotyka osoba niepełnosprawna), tyle, że po kilku latach to mąż zażądał rozwodu i odszedł do innej. Przewrotność i ironia losu? Raczej zmęczenie i rozpacz scenarzystów, próbujących na siłę ożywić kilkunastoletniego telewizyjnego tasiemca.

Faktem jest, że średnie pokolenie bardziej poważnie traktuje słowa małżeńskiej przysięgi i w sytuacji zagrożenia walczy o związek. Młodsze jest pod tym względem bardziej liberalne i wygodne. Na ich przykładzie najlepiej widać ów niekonsekwentny konserwatyzm katolika: w polskim serialu rodzina jest święta, ale seks przedmałżeński i częste zmiany partnerów to rzecz normalna. Podobnie jest w życiu – etykę katolicką, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę seksualną, traktujemy dosyć wybiórczo, stąd akceptacja zabronionej przez Kościół sztucznej antykoncepcji, będącej – w porównaniu z aborcją – wyborem znacznie mniejszego zła. I świadectwem odpowiedzialności kobiety, która nie wierzy już w ludowe przysłowia, że jak Bóg dał dziecko, to i da na dziecko. Z drugiej strony seriale potwierdzają – pewnie niestety – aktualność tych porzekadeł: ciąża, nawet niezaplanowana i nieślubna, to wyłącznie powód do radości. Dramatem jest niemożność poczęcia dziecka, ale kiedy ono już jest – świat zmienia się na lepsze: bycie matką nawet czarnym owcom (na przykład prostytutce) pozwala wrócić na łono rodziny. W serialowej rzeczywistości nie istnieje problem dyskryminacji młodych mam – zresztą i tak właściwie nie muszą pracować. A jeśli nawet jakaś kobieta nie wykazuje na początku entuzjazmu, to los zsyła ostrzeżenie w postaci na przykład choroby dziecka i instynkt macierzyński dochodzi do głosu ze zdwojoną siłą. Tu nie ma bękartów – rodzina zaczyna się od dziecka, wyrozumiały ksiądz nie będzie wypominał, że chrzest poprzedza ślub, ważne, że w końcu wszystko wraca na swoje miejsce. W tym kontekście można nawet usprawiedliwiać wolne związki – w końcu nie kupuje się kota w worku, trzeba w praktyce sprawdzić partnera, jego predyspozycje do wspólnego życia, ewentualnego rodzicielstwa. I tylko Marcysia w „Złotopolskich” dbała o zachowanie wianka – tyle, że to serial wyraźnie stylizowany, wręcz archaizowany. Z drugiej strony ów obyczajowy liberalizm polskiego serialu jest ograniczony: nigdzie nie znajdziemy pochwały ani promocji przypadkowego seksu, przeciwnie, sporadyczne jego przejawy dla bohaterów kończą się źle, na przykład groźbą zarażenia wirusem HIV – ku przestrodze.

Religijność serialowa w dużym stopniu przypomina tą rzeczywistą – i nie jest to komplement. Jest jednak znaczna różnica, związana ze świętami Bożego Narodzenia – w dobie komercjalizacji, kiedy pierwsze świąteczne dekoracje pojawiają się na wystawach sklepowych już 12 listopada, coraz trudniej jest nam cieszyć się ich wyjątkowością i dostrzec sakralny wymiar. Przyzwyczajamy się do rytualnych gestów, jak składanie życzeń – zwrot „Zdrowych Świąt” w kontekście trzech dni siedzenia przy suto zastawionym stole, brzmi cokolwiek ironicznie. Samotni będą zgrzytać zębami, słysząc zewsząd po raz kolejny, że to najbardziej rodzinne święta – nic dziwnego, że zwiększa się wtedy liczba samobójstw. A po tych trzech dniach część z nas z ulgą zapewne westchnie – „ i po świętach”. I tym właśnie się różnimy od bohaterów serialowych, którym komercjalizacja nie straszna. Oni – choć niemal stale ze sobą przebywają – to i tak, jak co roku, święta będą obchodzić bardzo rodzinnie, a nieobecność któregokolwiek z bliskich będzie bardzo bolesna. Pojawi się nie tylko dodatkowe nakrycie na stole, ale i być może – niespodziewany gość, przyjęty, bo przecież „...Bóg w dom”. Będą prezenty, ale i wspólne śpiewanie kolęd – ta tradycja w miastach niemalże umarła albo żyje wyłącznie w serialach. Ale przede wszystkim nasi bohaterowie w święta z pewnością nie będą oglądać telewizji... Oscar Wilde mówił o życiu, które czasami naśladuje sztukę, ale praktyka i świąteczna tradycja każą wątpić – w tym przypadku życie naprawdę nie jest (tele)nowelą.

Katarzyna Wajda

PRZYPISY:

(1) Skądinąd na osobny tekst zasługiwałby sposób pokazywania i wykorzystywania śmierci w polskich serialach. Ów motyw często pojawia się nie z inicjatywy scenarzystów, jak było to ostatnio w przypadku „M jak miłość”, gdzie zmarł aktor. Pokazano więc odcinki zrealizowane jeszcze z jego udziałem, a potem, w nowych, postać została uśmiercona, co oczywiście otworzyło nowy serialowy wątek żałoby. I trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym opłakiwaniu serialowego bohatera ze świadomością, że wcześniej naprawdę umarł człowiek, jest coś bardzo niestosownego. I nie zdarza się po raz pierwszy.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas