poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR ŚLIWIŃSKI
Wiersze, które wiedzą (kilka domysłów)
Dekada Literacka 2007, nr 5-6 (225-226)

W jednej z książek poetyckich wydanych nieco ponad rok temu znajdujemy takie wyznanie:


„Wpisałeś się we mnie złotymi zgłoskami
Kiedy wodą święconą w imię
Ojca Syna i Ducha Świętego
Kapłan polał mi głowę
I dziś wtapiasz się złotem
– Tym co dobre we mnie
Tak jak złoto wtapia się w kryształ
By był drogocenny”

(ks. P. S. Głowacki, „Chrzest”, w: „Odwieczna klepsydra”, Włocławek 2006.)

W innej – podobne:

„Nowy dzień
wyławia kolory
w ludowym stroju
Śląskiej Panienki.
Wiatr chwali łąki umajone,
ścielą się rozchodniki i czeremchy.

Dziękują
za ofiarowaną światu
Pełnię”.

(M. Ziarkiewicz, „Pod kapliczką”, w: „Przymierze z Jeruzalem”, Poznań 2006.)



W jeszcze innej:

„proste drogi
niemal puste
wielki tłok
na manowcach”

(ks. P. Dobak, „Proste drogi”, w: „Znak miłości”, Lublin 2006.)


Takie wyznania znaleźć można w dziesiątkach zbiorków wierszy, wydanych w ostatnich dwóch, trzech latach w Polsce. Wbrew nieskrywanemu lekceważeniu oficjalnego życia literackiego, rynek wydawnictw religijnych rozwija się u nas wcale dobrze, a niemałą część tego rynku stanowią książki poetyckie. Jest to jednak rozkwit getta. Spośród twórców liryki religijnej właściwie tylko ks. Janowi Twardowskiemu udało się wybić na sławę bardziej powszechną, kilku poetów przedarło się przez granicę anonimowości, lecz zdecydowana większość tkwi w środowisku coraz silniej odseparowanym i separującym się jednocześnie. Przyczyną tego jest nie tyle brak talentów, co raczej charakter tego obiegu, sprzeczny z – być może jedyną – obowiązującą w poezji współczesnej zasadą – zasadą mówiącą o braku założeń światopoglądowych, w każdym razie takich, z którymi nie wolno dyskutować, a także braku warunków wstępnych i ograniczeń odnoszących się do języka. Jej konsekwencją był rozrost głębokiej ironii, inwazja suspensu, w niektórych przypadkach poważne zakłócenia komunikacji poetyckiej, być może także banalizacja własnej otwartości, jednak wszystkie te komplikacje nie oznaczają, iżby w czyichkolwiek oczach ich rozwiązaniem miała okazać się poezja aksjomatów. Pojęcie liryki aksjomatycznej – a poezja katolicka zdaje się temu pojęciu bliska – to właściwie oksymoron.

Jeśli jest

Poezja katolicka, jeśli w ogóle istnieje, kojarzyć się musi z postawą określoną przez doktrynę Kościoła, z konfesją niezakłóconą przez wątpliwości, stany wewnętrznego zagubienia i z konieczności niepewne– niepewne wiecznie – próby znalezienia odpowiedzi definitywnej. Poezja katolicka nie jest więc zapisem bolesnej lub przynajmniej niepokojącej pustki po Bogu. Nie jest to również poezja, w której Bóg – choć obecny – zdaje się albo elementem języka tradycji, albo metaforą niewyobrażalnej całości, albo wreszcie atrybutem medytacji czysto intelektualnej, pozbawionej ambicji przekroczenia własnych ograniczeń. W tym sensie poezją katolicką nie byłaby ani liryka Czesława Miłosza, mimo że religijna, czy wręcz chrześcijańska, ani tym bardziej wiersze Tadeusza Różewicza, naznaczone przez silną metafizyczną depresję. W obu przypadkach mamy bowiem do czynienia z wyrazem świadomości apofatycznej, takiej, która Absolut w obu postaciach, jako rzeczywistość (Miłosz) i niewygasłe pragnienie rzeczywistości (Różewicz), stawia poza jakimkolwiek językiem. Zarazem tylko w przenośni, obrazie, epifanii, symbolu, poprzez wyobraźnię i olśnienie owa teologia negatywna ma szansę przemówić. Zatem „pomóc jej przemówić” to dla poety naturalne wyzwanie. Miłosz szukał w tym celu języków różnych, a może nawet wszystkich, Różewicz – uzbrojony w obsesję – wypatrywał miejsca przecięcia swojego języka z sensem niepodważalnym; pierwszy gromadził dowody na istnienie Boga, by znaleźć pośród nich prawdziwy, drugi zbierał dowody na „odejście Absolutu” w paradoksalnej nadziei, że – czyniąc to – robi coś w istocie przeciwnego.

Ale to nie są poeci katoliccy. Nie tylko otwarci na teologię negatywną, lecz i po prostu liczący się z negatywną odpowiedzią na swe zasadnicze pytania, blisko spokrewnieni ze zwątpieniem, łatwo przetłumaczalni na języki innych bogów lub nawet (Różewicz) dramatycznie bezbożni, nie mieszczą się w tym pojęciu.

Nie chcąc rozpuścić poezji katolickiej w poezji metafizycznej, a jak rozumiem jedną z przesłanek pytania o „katolickość” poezji jest takie właśnie wyodrębnienie, nie wolno „pogłębiać” – tak jak dzieje się w znacznej części kultury współczesnej – wiary przez niewiarę, pewności przez niepewność, oddania przez poczucie utraty. Zatem na nic powiedzenie, że katolicyzm w poezji to szukanie Boga, bo przecież dzisiaj Bóg wyjątkowo często jest odczuwany jako najcenniejsza z Rzeczy Zagubionych, które to odczucie stało się oznaką, ale i przyczyną nieomal powszechnej dezorientacji, szaleństwa sensu, wrażenia rządów przypadku czy też przebranego Nic. Nieomal masowe poszukiwanie Boga lub ogólnego sensu (ładu) rzadko ma coś wspólnego z ortodoksją, częściej zaś jest eklektyczne, intuicyjne, związane z rozczarowaniem do religii traktowanej jako regulamin czy instytucja wiary. W związku z tą powszechnością po wielokroć banalizuje się, jałowieje, nie tyle doświadczając dramatycznej (bo niepewnej) obecności Boga, co inscenizując życie wewnętrzne, okręcając je wokół rzekomej traumy, spełniając się w gestach i pozorach.

Mówiąc w skrócie: poezja katolicka dzisiaj – tak jak proponuję rozumieć ją w tym tekście – byłaby to twórczość inspirowana Kościołem, realnie istniejącym, niekwestionowanym lub niedającym się w pełni zaakceptować, tak czy owak rosnącym w człowieku, jak drzewo, które – nawet wyrugowane – pozostawia jakieś ślady, nie wykorzenia się do końca i próbuje odrodzić. Zatem Kościół to sposób odczuwania i wyrażania czasu, duch wspólnoty, ale i litera pewnych rozstrzygnięć, których nie da się zbagatelizować.

Sporo przemawia za tym, by – wobec wspomnianej uniwersalizacji niepokoju metafizycznego – widzieć w poezji katolickiej rodzaj konserwatywnej redukcji. U wielu autorów polega ona na świadomym partykularyzmie, zastępowaniu żywych, czyli nieobliczalnych, relacji ze światem przez wyznaniowy pietyzm, na uporczywym powtarzaniu prawd niezłomnych oraz unieważnianiu problemów i rozterek czysto estetycznych.

Byłby to cel wart uwagi – pisać tak, jakby cały ów kryzys duchowy współczesności był w gruncie rzeczy tworem umysłów zblazowanych, albo tak, żeby „małe rozbite dusze” musiały się siebie zawstydzić, albo tak wreszcie, by ukazać, że zranienie duszy nie musi być jedynym do pomyślenia dowodem na istnienie jej samej i tego, co ją warunkuje. Równie ciekawie byłoby przekonać się, że wewnątrz katolicyzmu kumuluje się energia, zdolna ponieść go ku przyszłemu, nieznanemu życiu, bez lękliwego uciekania się do najprostszych postaci konsolacji. Słowem – chciałoby się pomyśleć o poezji katolickiej jako sile alternatywnej zarazem wobec właściwie już zdawkowego indyferentyzmu religijnego, jak i dość często nie budzącej mocniejszych reakcji sentymentalnej traumolatrii. Jeszcze inaczej – dobrze byłoby pomyśleć o jakimś nowym otwarciu klasycyzmu, motywowanego przez wiarę i tradycję, nie zaś przez litościwie nam panującą metafizyczną intuicję lub, dla odmiany, pozbawioną wrażliwości ortodoksję. Dobrze byłoby przyjąć, że wielka poezja katolicka jest wciąż możliwa.

Ależ – powie ktoś mający więcej wiary i tradycji po swojej stronie niż piszący te słowa – nie tak dawno mogliśmy obserwować poezję Zbigniewa Herberta i księdza Twardowskiego „in actu”, a nadal mamy – by wymienić autorów przychodzących od razu do głowy – Adrianę Szymańską, Edę Ostrowską, Krzysztofa Koehlera, Wojciecha Bonowicza, Wojciecha Kudybę, Wojciecha Wencla i Tadeusza Dąbrowskiego. Tylko że Herberta jako poety katolickiego definiować nie należy, a pozostali – oprócz Twardowskiego – również niezbyt dobrze się w takim pojęciowym gorsecie mieszczą. Co ważniejsze – czy wystarczą oni za alternatywę, o jakiej wspomniałem? I czy rzeczywiście chcieliby być za nią uważani? Szymańska i Ostrowska oddychają powietrzem mistycznym, euforyczno-erotycznym, co jednak nie prowadzi w przypadku pierwszej z nich do osiągnięcia efektów poetycko niekonwencjonalnych, w przypadku zaś drugiej, owszem, prowadzi, lecz jest to efekt raczej przypadkowy. Pozostali mają w dorobku świetne wiersze i tomiki, lecz jedynie Wencel – powołując się na Eliota – usiłował dowieść realności swojej Ziemi Świętej. Prowadził, można przypuszczać, dość skomplikowaną grę – kreślił plan Utopii, tym jednak, którzy mówili o jego zamiarach dydaktycznych, odpowiadał uparcie: to jest moja kraina, mógłbyś i ty mieć swoją, gdybyś tylko umiał spojrzeć na świat inaczej, z wiarą, że jest arcydziełem Boga. Światu niczego nie brakuje, to nam brak słuchu, umiejętności patrzenia, dobroczynnej pokory. Droga do Kościoła, który jest miejscem spotkania człowieka i Boga, miejscem, czyli sensem, prowadzi przez obrządek, poprzez ukorzenie się przed gestem i literą. Prozelityzm Wencla naznaczył jego książki tendencyjnością, choć nie wszystkim wierszom odebrał zdolność wstrząsania wyobraźnią czytelnika. Zwłaszcza dwa pierwsze tomy tego autora zawierają sporo rzeczy sugestywnych.

Tendencyjności, czyli próby działania za pomocą poezji na obszarze innym niż jej własny, użycia liryki do demonstrowania wartości niezależnych od niej, instrumentalizacji, która pozbawia ją autentyzmu, jednostkowości, tendencyjności, która obezwładnia twórcze doświadczenie jako źródło nieobliczalnej formy wiersza, nie można zarzucić Koehlerowi i Bonowiczowi. Każdy z nich po swojemu, lecz obaj bardzo interesująco, wiążą wiwisekcję moralną, także religijną, drążenie w pokładach pamięci, ciekawość spraw zewnętrznych i doraźnych, z nastawieniem na język i formę. Przy czym jeśli Koehler ostatnimi laty zdaje się tworzyć mniej, to Bonowicz rozwija swe możliwości. W „Pełnym morzu” (2006) doznanie religijne nie izoluje od innych doznań, a niepokoje wiary nie ogłuszają podmiotu, który w różnych wierszach zapisujących świat podsłuchany, rejestruje dylematy współczesnej humanistyki i mowę środowiska literackiego, ale przede wszystkim odpowiada na dostrzeżoną słabość i krzywdę. Dojrzałość ludzko-katolicka, by tak rzec, to w jego przypadku kształt współczucia, takiego jednak, które nie niweczy zasad, z jakich wyrasta:

„Któż to się wstydzi, że pisał o Bogu?
Bóg nie ma już tego listu: drze o co prosimy.
Przenika do pamiętników i wymazuje uprzejmie
wyznania, które dyktowała młodość i naiwna wiara.

Mógłby być bardziej nieustępliwy – mówi o Bogu L.
Niechby był raczej podobny do nas – oto głupie ludzkie marzenie.
Cichutko wchodzi do pokoju owija mnie.
Ciało ma pełne cierni. Pot gęsty i słodki”.

(„Przebaczenie”)


Poeta dąży do tego, by obronić tożsamość człowieka wierzącego i praktykującego swą wiarę przed posądzeniem o zbytnią pewność własnej – i tak samo myślących – drogi. Wiara nie jest pewnością, lecz wewnętrznym nakazem. Niekoniecznie niesie pocieszenie, często ból i poczucie zagubienia. W tym sensie nie może być ona traktowana jak przywilej, a już tym bardziej jak wywyższenie.

Podobnie z pisaniem: „W końcu wiersz / otworzy się. Kamień / wypuści cię: kartkę papieru / która zacznie oddychać” („Noc”). Jest ono funkcją czegoś, co leży poza podmiotem: wiara i poezja nie są kwestią wyboru, lecz pokornego podporządkowania się ich sile. Obie znajdują się blisko cierpienia (na co wskazują również motywy Celanowskie), cierpienie zaś określa ich miejsce i rolę we wspólnocie. To, co najistotniejsze w tym tomie, to – jak myślę – nie oryginalność wysłowienia, a może nawet nie jakaś jego szczególna udatność, lecz zaskakująco świeżo brzmiąca prawda, stara przecież, że wierzenie i tworzenie są – nie przypadkiem – blisko ze sobą spokrewnione.

Słowa bez mocy

Jednak poeci, o których powyżej zaledwie wspomniałem, nie narzucają się ze swoim katolickim rodowodem i kontekstem, a pojęcia „poezja katolicka” można by w odniesieniu do nich po prostu nie używać. Wszystkich, choć w różnym stopniu, dotyczy zastrzeżenie, które Krzysztof Koehler uczynił na marginesie wyboru wierszy Marcina Świetlickiego („Nieoczywiste. 77 wierszy religijnych według Wojciecha Bonowicza”, Kraków 2007): „Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest mówić dzisiaj w Polsce o poezji religijnej. Mam jednak nadzieję, że dla obu – Autora wyboru i Autora wierszy – zadanie, jakie sobie postawili, nie było li tylko rodzajem manifestacji wymierzonej w poezję „słuszną” religijnie, którą sobie można spokojnie wyobrazić jako tę, która odwołuje się, wcale nie „nieoczywiście”, ale wprost – do kwestii wiary religijnej. Mam też nadzieję, że w zamierzeniu obu Panów książka nie miała stać się jakimś rodzajem kościoła łagiewnickiego poezji polskiej przeciwstawianego temu drugiemu kościołowi”. („Dziennik” z 21 listopada 2007). Koehler sprzeciwia się takiemu definiowaniu religijności poezji, które pasuje do właściwie każdej poważnej twórczości. Wychodzenie „ponad” (ku Tajemnicy czy Bogu) lub „niżej” (ku temu, co boskie między nami), akcentowane przez redaktora książki, czyni poezją religijną nieomal wszystko, co warte uwagi. W słowach Koehlera pojawia się bliska mi sugestia, że nie należy szukać religijnego w niereligijnym, gdyż to żadnej ze stron od niczego nie wyzwala, obie za to pozbawia ściślejszego znaczenia. Jednak czy poetyckie w katolickim, wężej i ściślej określonym, i na odwrót – katolickie w poetyckim, może być zbawione? Tyle razy bywało, ale czy nadal ma na to szansę?

Zauważmy, że poeta mianowany na „metafizyka” zyskuje prestiż, może nawet dołącza dzięki temu do pewnej elity duchowej. Zyskuje również twórca określony jako „poeta religijny”, jednak pod warunkiem, że religijność ta będzie, a jakże, niejasna, problematyczna. Nazwanie kogoś poetą katolickim oznacza zesłanie go na margines zainteresowania współczesnej publiczności, w której oczach staje się on bądź śmieszny i pretensjonalny, bądź groźny i inkwizytorski. Bo katolicyzm zdecydowany, to dzisiaj, jeśli zsumować punkty widzenia – oblężona twierdza, oblegająca oblegających. I dlatego, jak się wydaje, poeta katolicki, zamknięty w getcie, tylko tam może czuć się naprawdę sobą, kimś zarazem wyższym i poniżonym, wybranym i odtrąconym, skromnym i dumnym. Jest jak pierwszy chrześcijanin: świat, który go przerasta i lekceważy, podobnie jak tamten świat, sprzed dwóch tysiącleci, nie obejdzie się bez jego przesłania. Jednak tym razem nie wieści przyszłości, lecz nacisk kładzie na ciągłość historii, aktualność przeszłości, mówi „jest” o tym, co było, wznawia więc prawdę, którą już kiedyś uważaliśmy za prawdę. Nie proklamuje, lecz oznajmia i powtarza:

„Bóg jest
Bóg jest Bogiem Jedynym
Bóg jest Bogiem bliskim człowiekowi
Amen”

(ks. J. Janeczek, „Kazanie”, w: „We wszystkim”, Mielec 2006.)

Tylko czy na pewno nie proklamuje? Nie zaklina?

Powtarzające się oznajmienia Bożego porządku, spotykane w wielu wierszach, świadczą bowiem o magicznym podejściu do rzeczywistości. Teksty te – zamiast opisywać – mają ów porządek zapewnić, zaszczepić, zakląć:

„Są ludzie o gorących, o otwartych sercach
Z nimi błogosławieństwo i praca żniwiarzy
Nie zagasi radości cynik ni szyderca
Gdy składamy swe serca na mensach ołtarzy”

(ks. A. Panasiuk, „Janowi Pawłowi II”, w: „Sercem odmierzane”, Mogilno 2006.)


Nic w tym dziwnego, choć uderza szczególny „hermetyzm” wielu autorów, którym świat służy za okazję raczej do deklamowania słów podziwu dla niego, niż… podziwiania. To wręcz zaskakujące, że tak nielicznym chce się iść ścieżką wydeptaną przez Miłosza i, mimo zastrzeżeń, przez Twardowskiego – ścieżką, by utrzymać się w stylu części opisywanych autorów, przez życie, z uwzględnieniem przynajmniej części jego różnorodności. Tu się raczej biegnie, „długą i prawie niemożliwą drogę od litery do Boga”, by przywołać Świetlickiego, pokonując w ułamku sekundy.

Katolicka, czyli antykatolicka

Poezja katolicka, jeśli jest, ma też wybitniejszych przedstawicieli, zarówno pośród księży (Wacław Oszajca, Jan Szymik, Jerzy Hajduga), jak i świeckich, jednak w ogólności trudno oprzeć się wrażeniu, że przypomina ona czarną dziurę, która sama się rozszerza. By pozostać katolicką, musiała sprzeciwić się metafizycznemu rozwodnieniu naszych czasów, a tym samym zanegowała swą… powszechność.

Czy jednak w istocie jest to poezja bez wątpliwości? Można by powiedzieć, że składa się ona z samych prawie wątpliwości, rozterek dotyczących a to grzechu, a to zdolności sprostania wymaganiom wiary, z tym jednak, że pozostają one bezsprzecznie związane z poczuciem bycia wewnątrz. I to właśnie poczucie „bycia wewnątrz”, jego umocnienie, staje się głównym celem i znakiem rozpoznawczym poetów katolickich. Stąd wrażenie braku ryzyka, jakie ich wiersze wywołują. Nie może w nich dojść do definitywnej utraty, w związku z tym nie dochodzi również do głosu depresja, autentyczny głód wyznawanych wartości, a tym bardziej – żywioł samonegacji, potencjalnie związanej z doznaniem pustki.

Ponieważ wiersz nie jest przestrzenią sporu duchowego, więc nie wyłania się perspektywa indywidualna, czy – lepiej powiedzieć – katolicki podmiot poezji, a jeśli jednak się wyłania, to tym samym niwecząc tożsamość poezji katolickiej, w kręgu rozszerzonego (rozmazanego) znaczenia tej kategorii, na obszarze migracji, nieoznaczonym, bezimiennym, nieoczywistym (jak u Świetlickiego).

Uformowanie tego podmiotu jest trudno wyobrażalne z tego, powtarzam, względu, że mówiące w tych wierszach „ja” uważa się zazwyczaj za już gotowe. Walczy ono – ale nie ironią, czasami co najwyżej sarkazmem czy resentymentem – z zagrożeniami idącymi z zewnątrz, zeświecczeniem, konsumpcjonizmem, i z wewnętrznym niepokojem o doskonałą stałość własnej kondycji duchowej. Praktykuje moralną profilaktykę.

I ostatnie dwa przypuszczenia. Po pierwsze, poezja, o której mowa, nie opiera się, jak można by sądzić, ani na idei, ani na rzeczywistym dialogu, lecz na estetyce przytulności, pragnieniu przywarcia do siebie osób i świata, obywającego się właściwie bez wymiany argumentów i poglądów:

„Życzliwy światu
Człowiek patrzy w lustro
 I widzi – Ciebie”

(A. Kajtochowa, „***”, w: „Wyłania się wiosna…”, Kraków 2006.)

Po drugie, alegacyjna retoryka wierszy katolickich w większości przypadków zamyka przed nimi cele poznawcze. To poezja przekonana, nie zaś – przekonująca.

Piotr Śliwiński
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas