poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)]


Trzeba jeszcze wrócić do „Czasu Kultury” (4/2006) poświęconego „Małżeństwu i innym formom życia”, żeby przeczytać w nim kilka ciekawych i dojrzałych tekstów poświęconych różnym wersjom małżeństwa i innym związkom.

Danuta Penkala-Gawęcka w artykule „Małżeństwo w perspektywie antropologicznej” zestawia najbardziej dla nas oczywisty i (wydawałoby się) naturalny model małżeństwa zachodniego z modelami występującymi w różnych innych społecznościach. Dla nas małżeństwo jest nie tylko usankcjonowanym przez prawo związkiem dwojga osób przeciwnej płci, ale i ważną instytucją społeczną, spełniającą role określone zwyczajowo i prawnie. Taka „oczywista” forma małżeństwa ma nie tylko krótką historię, ale i jest nieustannie modyfikowana oraz negowana (o tym w innych tekstach w „Czasie Kultury”). „W społeczeństwach tradycyjnych zasadniczo nie występował swobodny dobór partnerów małżeńskich, tak oczywisty dla współczesnego człowieka Zachodu (…). Zawarcie związku małżeńskiego obwarowane było zakazami i nakazami, wyznaczającymi kategorie dopuszczalnych, a także szczególnie preferowanych partnerów małżeńskich”. Małżeństwo pełniło funkcje łączące nie tylko osoby, ale i grupy, które w przeciwnym razie mogłyby się zwalczać. Do łączenia obcych grup przyczyniała się egzogamia, czyli nakaz zawierania małżeństw z osobami spoza własnej grupy. D. Penkala-Gawęcka przypomina, mającą u podstaw zasadę egzogamii, teorię „wymiany małżeńskiej” Claude’a Lévi-Straussa. Później autorka omawia, działającą odwrotnie do egzogamii, zasadę endogamii, czyli nakaz zawierania małżeństw wewnątrz własnej grupy (np. małżeństwa w systemie kastowym czy małżeństwa arystokratyczne bądź dynastyczne). Spora część tekstu dotyczy też małżeństw – z naszego punktu widzenia – egzotycznych. Przywołam fragment dotyczący poligamii. „Każdy antropolog będzie starał się sprostować obiegowy sąd, mylnie utożsamiający poligamię z wielożeństwem. W rzeczywistości poligamia może występować w trzech wariantach: poligynii, czyli małżeństwa jednego mężczyzny z dwiema lub więcej kobietami; poliandrii, czyli małżeństwa jednej kobiety z co najmniej dwoma mężczyznami oraz małżeństwa grupowego – sytuacji zbiorowego partnerstwa z obu stron. Oczywiście, w wypadku poligamii zawsze chodzi o związki równoczesne, a nie kolejne! Ostatni z wymienionych typów małżeństwa jest bardzo rzadki, do tego stopnia, że część badaczy kwestionowała jego występowanie. Jednakże (…) nie oznacza to, iż był to wymysł żądnych sensacji etnologów. Udokumentowano współcześnie wypadki takich małżeństw u Kaingangów w Brazylii oraz na Markizach”. Poligynia nie jest wcale tak rzadka, jak mogłoby się wydawać. Wprawdzie w liczbach bezwzględnych przeważają związki monogamiczne, ale jeśli chodzi o występowanie różnych typów małżeństw u ludów świata, przeważa poligynia. Spośród zbadanych 854 społeczeństw tylko 16% było wyłącznie monogamicznych, a aż 44% wyłącznie poligynicznych. Opisując współczesny model zachodni, autorka zwraca uwagę na nasilające się zjawisko seryjnej monogamii, czyli cyklu dwóch lub kilku następujących po sobie małżeństw, przerywanych rozwodami.

Paula Drozdowska w „Czasie Kultury” pisze o problemie, o którym – z wyjątkiem okazjonalnych, sensacyjnych doniesień mediów – mało się mówi: obrzezaniu dziewczynek i kobiet. Tytuł artykułu („Ekscyzja, clitoridectomia, infibulacja”) to trzy główne typy (stopnie) obrzezania kobiet. Podtytuł wiele mówi o celu wykonywania w różnych miejscach świata tych praktyk: „Przez obrzezanie do małżeństwa”. „Praktyka obrzezania kobiet sięga czasów starożytnych, a najwcześniejsze zapiski dotyczące tego obrzędu pochodzą z XX wieku przed naszą erą. Obecnie, według szacunków ONZ, na świecie żyje około 130 milionów obrzezanych kobiet, a dwa miliony rocznie (około 6 tysięcy dziennie) nadal pada ofiarą tej praktyki. Dziś obrzezanie kobiet lub okaleczanie ich narządów płciowych praktykowane jest w 28 krajach Afryki (…). Występuje również na terenie Azji, Ameryki Północnej, Ameryki Środkowej, ale i w Europie. W krajach wysoko rozwiniętych (…) praktyka ta występuje zazwyczaj w społecznościach imigrantów”. Okaleczane są najczęściej małe dziewczynki (między 4. a 8. rokiem życia), zabiegi są drastyczne i przeprowadzane przeważnie w złych warunkach higienicznych. Najczęściej towarzyszą im odpowiednie przygotowania i rytuały. Jednak bardzo rzadko prowadzą one do zmniejszenia cierpień dziewczynek lub młodych kobiet. Zabiegi przeprowadza się nie tylko nożami lub nożyczkami, ale kamieniami, kawałkami szkła itp. Oprócz trwałego okaleczenia, skutkiem obrzezania jest szereg poważnych chorób. Mimo to rzadko obrzezane kobiety protestują lub dążą do zmiany tego zwyczaju. Jest to rytuał kulturowy oznaczający wejście w świat dorosłych, jedyna droga otwierająca możliwość zamążpójścia. Bywa, że w niektórych ludach dziewczyny niecierpliwie oczekują tego zabiegu – przejścia do świata kobiet. P. Drozdowska zwraca uwagę, że obrzezanie dziewczynek jest zwyczajem i nie nakazuje tego żadna religia. Jednak społeczności, które kultywują ten rytuał potrafią też brutalnie przymuszać do zabiegu. Rodzice są przekonani o jego konieczności, gdyż nie chcą skazywać córek na wykluczenie. „Jak dramatyczna staje się sytuacja nieobrzezanych dziewcząt, pokazuje wypowiedź dyrektora jednej z kenijskich szkół: Uczyłem kiedyś w szkole podstawowej w okolicy i to był jeden jedyny raz, kiedy życzyłem dziecku, aby zostało obrzezane. Bo serce mi się krajało na jej widok. Była córką pastora i jako jedyna w całej klasie nieobrzezana. Żadna inna z nią nie rozmawiała, nie witała się, nie dopuszczano jej do zabaw. Była zupełnie sama. Miała zaledwie osiem lat”. Autora artykułu zwraca też uwagę na niepokojące zjawisko paradoksalnego umacniania się tego zwyczaju w Afryce. Potępianie tego rytuału przez Europejczyków i Amerykanów prowadzi do uznawania obrzezania za symbol dumy etnicznej. Afrykanie walkę z okaleczaniem kobiet uznają za rodzaj neokolonializmu.

Kolejny poświęcony małżeństwu artykuł w „Czasie Kultury” również dotyka kontrowersyjnej (choć nie tak bardzo jak ten przywołany powyżej) i delikatnej materii. „Tradycja czy pedofilia? Ślub i miłość po romsku” Waldemara Kuligowskiego to tekst w wyważony sposób zajmujący się, niezgodnym z polskim prawem, zwyczajem Romów zawierania małżeństw przez bardzo młodych ludzi. Szczególnie młodo za mąż wydawane są dziewczyny. Warto prześledzić całą argumentację. Tutaj przytoczę tylko jeden fragment: „Konflikt między prawem tradycyjnym Romów a prawem państwa polskiego wydaje się nieunikniony. W obu funkcjonuje definicja pedofilii, w obu jest to czyn karalny, ale rozumienie tego, na czym ona polega, jest zasadniczo odmienne. Czy w związku z tym można się zgodzić na dowolne rozszerzanie obowiązywania tego terminu, czy też pedofilia pozostaje pedofilią, bez względu na kontekst kulturowy, wielowiekową tradycję, społeczne przyzwolenie i życiową praktykę? Które standardy obyczajowe winny obowiązywać – kultury dominującej czy kultury mniejszościowej?”.

Czy związek homoseksualny można nazwać małżeństwem? Nie o odpowiedź na to pytanie chodzi Aleksandrze Hausner, która w artykule „Która z was jest żoną?” pisze o polskich stereotypach związków homoseksualnych. Natomiast Tomasz Szlendak zajął się nowym (na taką skalę jak obecnie) zjawiskiem tzw. związków nomadycznych. W „Małżeństwie pod dwoma dachami” pisze o związkach nomadycznych z konieczności (żona w kraju, mąż zarabia w Irlandii) i z wyboru (ludzie zamożni chcą się pobierać, ale mieszkają w różnych krajach i widują się od czasu do czasu). O trudnych małżeństwach kobiet z „prawdziwymi mężczyznami”, czyli bokserami w artykule „Małżeństwo po pięściarsku” pisze Joanna Koperska (była żona boksera). Justyna Kmieć o małżeństwie, literackich zaskoczeniach i krytykach filmowych rozmawia z Janem Jakubem Kolskim. I prosta (?) odpowiedź, czym dla niego jest małżeństwo: „No tak, o małżeństwo łatwo się pyta, ale odpowiada się sporo trudniej. Najprościej, to jest taki codzienny egzamin z człowieczeństwa.”

Pierwsza strona „Tygodnika Powszechnego” z 25 lutego br. (nr 8/2007) robi dość przygnębiające wrażenie. Najpierw rzuca się w oczy duży tytuł „Raport Macierewicza” i co z tego wynika ze zdjęciem głównego bohatera tego tekstu. Poniżej artykuł o lustracji księży i pokucie duchowieństwa w Popielec. Nie z powodu tych tekstów chcę zachęcić do lektury tygodnika, a z powodu płytki dołączonej do tego wydania. Jest to rzecz poważna, ale pogodna, sympatyczna, ale nie laurkowa. Chodzi o film o Władysławie Bartoszewskim – okazją jest świętowanie osiemdziesiątych piątych urodzin tego współpracownika „TP”. Film Bartoszewski w reżyserii Jerzego Ridana został wyprodukowany dla Telewizji Polskiej w 1998 r. Trzeba go oczywiście oglądnąć. Zacytuję tylko dwa fragmenty wypowiedzi W. Bartoszewskiego, które wiele – moim zdaniem – mówią o tej postaci. „Byłem dzieckiem wolnej Rzeczypospolitej. Od urodzenia wychowany w wolnej Polsce…”. Obywatelem wolnej Polski pozostał nawet w więzieniach, podczas internowania, w czasie przesłuchań. „Pytają mnie, czy Polacy zrobili dość, żeby ratować Żydów podczas okupacji. Dość robi tylko ten, kto ginie, żeby ratować bliźniego”. W. Bartoszewski jest honorowym obywatelem państwa Izrael, odznaczono go medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” – doceniono jego aktywność w ratowaniu Żydów.

Kto nie był lub nie zdołał się wcisnąć 12 lutego br. na spotkanie z prof. Bartoszewskim do niemiłosiernie nabitej auli Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. J. Tischnera w Krakowie, może w „TP” przeczytać obszerne fragmenty debaty zorganizowanej w celu uczczenia szanownego jubilata. Debatę zorganizowano pod hasłem „Być Polakiem, być Europejczykiem”, w ramach cyklu „Uniwersytet Powszechny”. Dźwiękowy zapis rozmowy dostępny jest na stronie internetowej „TP”. Można o niej poczytać również w blogu W. Bartoszewskiego. A jakże! Aktywny osiemdziesięciopięciolatek bloguje.

Chciałbym wrócić jeszcze do ważnego tekstu Igora Stokfiszewskiego, opublikowanego w „Gazecie Wyborczej” z 12 grudnia 2006 r. W artykule „Klęska kultury w internecie” napisał on, dlaczego internet nie wzmocnił polskich czasopism kulturalnych, choć mógłby odegrać taką rolę. Przywołał słowa Konrada Kędera, który już kilka lat temu nadzieję pokładał w internecie: „Będąc medium tanim i stosunkowo powszechnym, pozwala nowej inicjatywie wystartować, zaistnieć i okrzepnąć. (…) Dla pism od dawna będących w obiegu jest natomiast szansą na dodatkowe dochody i rozszerzenie kręgu czytelników” (Co się dzieje z czasopismami kulturalnymi, „Znak” 2/2004). Nie udało się to jednak, gdyż – zdaniem I. Stokfiszewskiego – redaktorzy czasopism kulturalnych nie potrafią posługiwać się językiem internetu, czyniąc ze stron internetowych jedynie archiwa bądź miejsca reklamy wydań papierowych. Czasopismo kulturalne powinno starać się wykreować związaną z nim społeczność internautów, którzy muszą mieć możliwość wzajemnego komunikowania się i wyrażania opinii. Dlatego witryna czasopisma musi mieć fora, sondy i blogi oraz przeglądy aktualnych wydarzeń kulturalnych i recenzje, które skłaniają do zabierania głosu, komentowania, spierania się. Często aktualizowana strona skłania do częstych odwiedzin. I jeszcze jedno: teksty zamieszczane w internecie powinny być krótkie, żeby przyciągnąć młodzież przyzwyczajoną do krótkich komunikatów. Autor artykułu ma tutaj tylko częściowo rację. Na pewno w podstawowym zbiorze tekstów prezentujących czasopismo, jego poglądy, najważniejsze wydarzenia powinny dominować formy krótkie i możliwie interaktywne. Jednak poważna witryna powinna też udostępniać poważne teksty, które także będą czytane. Nie można zakładać, że większość użytkowników sieci to półanalfabeci niezdolni do percepcji tekstu dłuższego niż 160 znaków esemesa.

Robert Kozela
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas