poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Tragedia na łasce pop kultury
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)
Ajschylos, „Oresteja”,
reżyseria: Jan Klata,
scenografia: Justyna Łagowska,
kostiumy: Mirek Kaczmarek,
ruch sceniczny: Maćko Prusak.
Narodowy Stary Teatr, premiera 25 lutego 2007.


„Oresteja” Ajschylosa w reżyserii Jana Klaty była chyba najbardziej oczekiwanym spektaklem Re-wizji Antyk. W poprzednim numerze, opisując przedstawienia pierwszej części przeglądu, broniłam niezbywalnego prawa teatru do eksperymentu i ryzyka artystycznego. Po premierze „Orestei” moja odwaga dramatycznie zmalała i nie ma we mnie już tej neofickiej pewności, że lepsze od nudnej poprawności jest szaleństwo artystyczne nawet wtedy, gdy jego rezultaty są mizerne. Oglądając „Oresteję” Klaty, przekonałam się: nie ma nic gorszego niż nużący, nieudany eksperyment, w dodatku eksperyment, którego podszewka jest zdecydowanie komercyjna. Oto sprzedajemy starego, nudnego Ajschylosa tak, by się podobał. A podobać się będzie wtedy, gdy postacie starego mitu o zemście, zbrodni i karze za zbrodnię będą przypominać komiksy, będą żywcem wzięte z telewizyjnego talk show i podpatrzone w tabloidach. Dla pogłębienia tak spreparowanego klasycznego dzieła dobrze jest gniewnie poprowadzić krucjatę przeciw mass mediom. Klata usiłuje opisać świat, w którym umarło sumienie, świat zgliszczy kultury, świat showmanów, robotów w kuloodpornych kamizelkach i wytwornych urzędników w sztywnych garniturach.

Na scenie pustej, wysypanej białawym żwirem reżyser tworzy rzeczywistość prawie współczesną, choć mało wyrazistą – może z powodu gęstej mgły. Klitajmestra (Anna Dymna) oczekuje na powrót Agamemnona (Jerzy Grałek) spod Troi w brudnej, opiętej, wyraźnie niegdysiejszej sukni ślubnej – sprzed trzydziestu, a może tylko sprzed dziesięciu lat. Podobnie niewyrazista jest sylwetka Agamemnona (buty z cholewami, kuloodporna kamizelka) i Ajgistosa (Juliusz Chrząstowski) – przyciasny, pretensjonalny garnitur z wielkimi mankietami. Obaj są nijacy. Pierwszy stereotypowy wojak, drugi prowincjusz, niezbyt fortunnie podpatrujący modę. Elektra (Anna Radwan–Gancarczyk) w szarej, krótkiej spódniczce i białej bluzeczce z krawatem, w podkolanówkach, przyszła ze szkoły marzeń Giertycha. A Orestes (Piotr Głowacki), w przedstawieniu Klaty czytelnik komiksu o mścicielu – zjawił się z gry komputerowej, może z filmu akcji. W każdym razie jest wyraźnie wystylizowany na bohatera masowej, młodzieżowej wyobraźni. Gdyby nie wyczytał z „Punisher’a”, że rodzinę należy pomścić, zapewne poszedłby raczej do dyskoteki niż do pałacu – zabić Ajgista, kochanka matki. Nie słuchałby Elektry, wybryki matki by go nie obchodziły i zapewne zakatrupiłby kogoś, kto na niego krzywo spojrzy.

Klitajmestra Dymnej to kobieta władcza i nerwowa. Wrażliwość demonstruje, drepcząc rytmicznie lub chwiejąc się kataleptycznie. Biega z siekierą, a po zbrodni spokojnie wypala papierosa, syta i absolutnie opanowana. Choć może udaje. Szczera jest tylko, gdy wspomina Ifigenię – a i to nie zawsze. Po zabójstwie Agamemnona Ifigenia jest dla niej tylko wygodnym argumentem usprawiedliwiającym zbrodnię. Czułość dla dzieci, ubieranie Orestesa i czułość dla ofiary, dla Kasandry, doskonale godzi z przebiegłością. Chorobliwa nerwowość nie przeszkadza jej rządzić i schlebiać. W scenie powitania Agamemnona bez wysiłku gra godną królową, władczynię witającą władcę. Zręcznie ukrywa urazę, troszczy się o prestiż męża, a w istocie wciągając go w grzech hybris. W scenie z chorobliwie delikatną Kasandrą zdaje się obnosić swoją bujną, matczyną cielesność i tylko ostatnim, niecierpliwym gestem zdradza niechęć, przekreśla dobroć. Przyznaje się nim do mistyfikacji – najchętniej starłaby z powierzchni ziemi tę dziewczynę, do której przed chwilą tak litośnie (ze współczuciem) przemawiała. To jedyna rola w tym przedstawieniu, a właściwie pół roli. Później ta Klitajmestra jest tylko rozwrzeszczanym babsztylem. Nieprzytomna z bezsilnej złości, doprowadzona do ostateczności zagrożona istota, która straciła miarę.

Zemsta i zbrodnia Klitajmestry, Elektry, Orestesa i Aigista w przedstawieniu Klaty niewiele ma wspólnego z losem, przeznaczeniem. To indywidualny wybór każdego z bohaterów – nawet czasami trochę śmieszny. O tę komiczność, groteskowość, a nawet farsowość scen reżyser bardzo zabiega, trochę „ponad tekstem”, jakby nie wierzył, czy nie chciał dotknąć tragedii. Więc ciągnięcie na sznurku szkieletu Agamemnona, grób – ołtarz z zabawek z misiem, to chwyty rozśmieszające, proste i skuteczne. Równie skuteczne jak tupanie chóru. Czasem postać udaje idiotę – tak bywa z Orestem czy z Ajgistem, który bezgłośnie sufluje tępej widowni znaczenie sytuacji. Więc choć w brudnych mgłach, w kurzu żwiru, w wietrze teatralnych dmuchaw spowita jest scena, to przedstawienie pogodnie zmierza do wstrząsająco odkrywczego finału. Gdzie odbędzie się akt uniewinnienia Orestesa? Oczywiście w telewizyjnym studio. Kim będą Erynie? Girlsami. Kim Atena? Piękną redaktorką prowadzącą audiotele. Jej głos, oddany za uwolnieniem Orestesa od winy, ostatecznie i prosto rozwiąże tragiczną sytuację. Apollo (Błażej Peszek) w tej inscenizacji to oczywiście gwiazda show biznesu. Piosenkarz, „nowy bóg”, któremu obce są stare, moralne prawa. Udatnie naśladuje Robbiego Williama, czule udając, że śpiewa Feel. Orestes zakochuje się w nim natychmiast i nie ma już żadnych wyrzutów sumienia. Przecież zamordował, bo wyczytał w komiksie, że mścić się trzeba. Elektra, pewnie aby wyjść z dzieciństwa, nadmiernie przedłużonego, musiała krwią – cudzą – przypieczętować dorosłość. I w ten sposób zmądrzeć, wyładnieć, stając się telewizyjną Ateną. Obie role gra Radwan, bezbarwna jako Elektra – niedorosła, udająca dziecko. Olśniewająca, cudownie bezmyślna jako dziennikarka, wydająca moralne sądy i kordialnie klepiąca po nagim tyłku Apolla. To połączenie ról – przypuszczam, że dość przypadkowe – niesie z sobą równie przypadkowe znaczenia. O sensy w tym przedstawieniu nie ma kto dbać.

Cóż zatem znaczy taka „Oresteja”, w której bóstwem jedynym jest telewizja? „Oresteja”, w której Erynie nie przemieniają się w litościwe Eumenidy, bo nie ma Erynii, tylko telewizyjne tancereczki? W której Orestes nic nie wie o winie i nie szuka przeznaczenia, za to lubi pokonywać nadludzkie przeszkody (wicher z dmuchaw), a chór urzędniczy dworuje sobie z moralnych sentencji? Cóż zatem znaczy taka Oresteja, gdzie nawet Kasandra przestała mówić, i tylko śpiewa, naśladując Olgę Szwajgier, śpiewa jakąś straszliwą, przerażającą arię, złożoną z nieartykułowanych dźwięków, kawałków słów? (pierwsze dwie minuty tego niemego monologu są rzeczywiście dramatyczne, następne dziesięć minut wlecze się martwo, nieprawdziwie, manierycznie – jak większość obrazów tego spektaklu misternie służących pustemu efektowi).

Zaledwie podejrzewam, do jakich sensów zmierza ten spektakl. Mamy kolejną, katastroficzną, odkrywczą diagnozę, dotyczącą śmierci kultury w świecie pop–kultury. Umierają bogowie, słowa, zasady, umiera człowieczeństwo, zostają kukły urządzające telewizyjne shows lub biorące w nich udział.

Jest coś głęboko nieuczciwego w dziele sztuki, które z jednej strony diagnozuje śmierć człowieczeństwa i śmietnik kultury, z drugiej – zręcznie wykorzystuje te śmietnikowe znaleziska. Nie tylko na poziomie obrazu, ale i na poziomie mentalnym. Zamiast powtarzać banały o kryzysie kultury i moralności, zamiast prostacko wskazywać na telewizję, jako przyczynę wszystkich grzechów, może należałoby zacząć od odrzucenia tych wyświechtanych, ujętych w obrazy frazesów, chwytów i diagnoz? Może należałoby zapytać, co dzieje się w życiu społecznym, że tak łatwo wyparowują z niego odwieczne normy moralne i towarzysząca im autorefleksja? Władza telewizji, władza kultury masowej staje się możliwa z powodu atrofii – posłużmy się dla skrótu myślowego terminem Witkacego – uczuć metafizycznych. To nasza miałkość czyni nas podatnymi na terror kultury masowej, a nie na odwrót.

Straszny obraz strasznego świata zapożyczony z gier komputerowych i innych przejawów kultury popularnej, łatwej, często okrutnej i głupiej, to właśnie taka diagnoza ułatwiona i uprawomocniająca to, co łatwe i złe. W „Orestei” Ajschylosa jest powaga myślenia o absurdzie ludzkiej kondycji. I droga ku nadziei, ładowi, jak pisze Jacqueline de Romilly. Tam rzeczywiście pojawiają się Erynie. A że bohater Ajschylosa zawsze szuka sensu, pragnie odkupienia, Erynie przemieniają się w Eumenidy. W tych dramatach sprawiedliwość mimo wszystko istnieje, tak jak istnieje przebaczenie i odkupienie poprzez cierpienie. W przedstawieniu Klaty narzeka się na telewizję, jak w gazetach. Czy więc warto sięgać po Ajschylosa, by przeczytać gazetę?

Małgorzata Ruda
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas