poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAGDALENA LUBELSKA
W potrzasku literatury
Jerzy Pilch, „Moje pierwsze samobójstwo i dziewięć innych opowieści”, Warszawa 2006.
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)


Świetne przyjęcie „Mojego pierwszego samobójstwa” Jerzego Pilcha zbiegło się w czasie z dwiema – niestety, przedwcześnie zagasłymi – dyskusjami o literaturze współczesnej, zainicjowanymi przez „Tygodnik Powszechny” i „Dziennik”. Dyskusje te pokazały – z jednej strony – nieprzystawalność nowej powieści do ugruntowanych oczekiwań wobec literatury, z drugiej zaś – ogromne rozchwianie czy wręcz brak kryteriów oceny w sztuce. Wszystko to niejako skrzyżowało się nad głową Jerzego Pilcha, który dla Henryka Markiewicza (rozmowa prowadzona przez Magdalenę Miecznicką w „Dzienniku” z 7 listopada 2006) jest przykładem pisarza bardzo sprawnego językowo, ale nie posiadającego głębszego przesłania, a dla innych – np. dla Dariusza Nowackiego („Tygodnik Powszechny” z 19 listopada 2006) czy Andrzeja Franaszka („Gazeta Wyborcza” z 14 listopada 2006) jest autorem nowej, świetnej książki. Jednak – co znamienne – recenzenci komplementujący, z wyjątkiem Mariana Stali, widzącego w „Moim pierwszym samobójstwie” wybitną powieść o samotności („Dziennik” z 8 listopada 2006), nie dostarczają nazbyt przejrzystych kryteriów wartościowania. Analogicznie ma się rzecz z opiniami nieprzychylnymi powieści. Maciej Urbanowski („Dziennik” z 28 grudnia 2006) sam przyznaje, że niełatwo mu zracjonalizować powody swej niechęci. Drażni go gadulstwo (cóż wtedy powiedzieć o Jacku Dehnelu?) oraz „ześlizgiwanie się w wulgarność” (bez oddania sprawiedliwości temu, z czego i po co Pilch się ześlizguje…). Ale najbardziej ma za złe autorowi jego okrutny stosunek do ludzi i świata. Pomijając dyskusyjność tego zarzutu (z tak interesującym krytykiem warto rozmawiać o tym osobno), nie wynika stąd wniosek – jak z żadnego pojedynku na światoodczucia – że proza Jerzego Pilcha jest przeciętna. Nie jest!

Pobłażliwie o tej książce wypowiada się też Marta Cuber w „Res Publice Nowej”. Jej głos przypomina trochę telewizyjnych dyskutantów, którzy mając w ręce jeszcze ciepłe wydanie książki, prześcigali się w wybrzydzaniu na konto przyszłej jednakże lektury. Pilch…wiadomo, gaduła, powtarza się, słaby anegdotycznie, co bowiem ciekawego można zrobić – pytał Paweł Mossakowski – z motywu przeprowadzki?!

Nie trzeba być polonistycznym Pimką, żeby powiedzieć z przekonaniem, że z motywu przeprowadzki można zrobić dosłownie wszystko. Wielki esej cywilizacyjny, wspaniałą powieść i takie świetne opowiadanie, jak liczący 40 stron „Sobowtór zięcia Tołstoja”. Zanim podejmę wątek tego opowiadania, kilka słów o zamyśle całości. „Moje pierwsze samobójstwo” składa się z 10 opowiadań, powiązanych ze sobą luźno, choć ze zobowiązaniem do potraktowania ich jako całości. Bohaterem jest pisarz w średnim wieku, opowiadający historie ze swego życia. Te autobiograficzne rekonstrukcje nie respektują chronologii, ale jednocześnie nie eliminują możliwości odtworzenia życiorysu bohatera od dzieciństwa w rodzinnej Wiśle, przez studia Krakowie aż po wiek męski – w stolicy. Dla każdego choć trochę obeznanego z prozą Pilcha są to ewidentne sygnały realnej autorskiej biografii. Bohaterami są członkowie rodziny i wiele postaci, do których czytelnik Pilcha już przywykł. Pojawiają się postaci nowe, ale nie naruszają realistycznej proporcji ogółu i szczegółu. Realizm tej literackiej autobiografii podtrzymywany jest dodatkowo przez autorski respekt dla chronologii w jej poszczególnych ogniwach, czyli wewnątrz kolejnych opowiadań. Tradycyjnie realistyczne są również proporcje między tłem i akcją wydarzeń, a zwłaszcza przyczynowo-skutkowa wizja konstrukcji rzeczywistości. Jednakże realizm tych opowiadań raz po raz wystawiany jest na próbę przez zabiegi, do których dawno przywykliśmy. Zabieg pierwszy dotyczy warstwy tematycznej. Polega on na nieskrępowanej dehierarchizacji motywów. Przy wszelkich pozorach autobiografii – wyeliminowane są informacje społecznie waloryzowane i wymagane w dokumentach, jak na przykład wydarzenia historyczne, polityczne, czy choćby bardziej oficjalne aspekty biografii, dotyczące formalnych szczegółów wykształcenia, tytułów prac, etc. Zabieg drugi, to stosowanie w prozie szczególnego, „poetyckiego” werniksu. Te zacierające realizm gesty zostały zresztą już dość gruntownie opisane. Przed półwieczem zrobił to na przykład Mihály Sükösd w swoich „Wariacjach na temat powieści”, a kolejny etap „rozstrajania rodzaju epickiego” na gruncie literatury polskiej przekonująco opisał przed laty Włodzimierz Bolecki jako autor „Poetyckiego modelu prozy” w dwudziestoleciu międzywojennym. Co z tego długotrwałego procesu najbardziej uwidacznia się w prozie Pilcha, to wskazane wyżej tzw. „zubożenie” informacyjno-poznawcze w kategoriach historyczno-socjologicznych i równoczesny zastrzyk poetyckości ze wszystkimi jej konsekwencjami, takimi jak nasilona subiektywność, wielość podmiotowych masek, a nade wszystko różnorakie mechanizmy autotematyczne.

Jerzy Pilch z prowokacyjną nostalgią mówi o swej czytelniczej i pisarskiej fascynacji Tołstojem, a jednocześnie raczy nas wszelkimi smaczkami, które w języku profesjonalistów noszą nazwę „podwójnego kodowania”. We wspomnianym już „Sobowtórze zięcia Tołstoja”, oprócz historii o dojrzewaniu czy ważnym dlań epizodzie przeprowadzki, daje Pilch namiastkę opowieści sensacyjnej, a także odwołuje się między innymi do postmodernistycznego tropu odczytywania tajemniczych dokumentów. Pisarstwo Pilcha z biegiem lat staje się coraz wdzięczniejszym terenem spekulacji intertekstualnych, ale to nie one – i nie ta świadomość gry na wielu rejestrach prozy ostatnich 150 lat – przesądzają o urodzie i wartości tych opowiadań

Jerzy Pilch – muszę to powtórzyć – należy do tych pisarzy, o których powiedział Mallarmé, że chcą „żeby wszystko na świecie istniało po to, aby skończyć się książką”. To zdanie francuskiego poety można rozumieć na wiele sposobów. Można domyśleć się wskazania przez niego szczególnej artystycznej łapczywości, zamiaru zamiany każdego doświadczenia czy intuicji na sztukę. U Pilcha, obok tego rodzaju ekstensywności, jest pewien zamysł jeszcze bardziej fundamentalny. Wszystko, co mogłyby tu pokazać takie logiczne określenia jak ekstensywność czy intensywność, jest zdominowane przez szczególne poczucie misji w potraktowaniu świata jako wstępu do książki. Misji polegającej na zabsolutyzowaniu takiego kontaktu ze światem, który nie powiela żadnej innej relacji – poznawczej, kontemplacyjnej, uczuciowej. Tych ostatnich odniesień, oczywiście, nie da się wyeliminować do końca. Istnieją śladowo obok głównego nastawienia na nieuchronną i nieustanną transformację życia w opowiadanie. Wydarzenia, dziania się i stany przylegają w tych opowiadaniach do siebie tak ściśle, że nieomal uniemożliwiają czytelnikowi parę wyuczonych sposobów lektury – konkretyzacji, wnioskowania o sensach. Tworzą ścisłe, rozwibrowane synkopy zdań o niespotykanej w prozie autonomii. Autonomii, która bywa też ambiwalentnie nazywana stylistyczną wirtuozerią, drażniącą i przysłaniającą pozajęzykową zawartość tej naprawdę pięknej prozy.

Powieść zawsze była gatunkiem otwartym, niezrygoryzowanym. I dlatego oceny powieści były na ogół – i pozostały – poszukiwaniem ich jednostkowych niepowtarzalności. A zważywszy, że możliwości gatunku są od dawna ograniczane, powieść prowokuje jedynie luźne impresje. Ubożenie informacyjne powieści było zawsze znakiem przegrupowania szyków w kulturze. Nie pozostawiało świata w stanie nietkniętym. I właśnie zdefiniowanie tego procesu, oznaczenie nowych obszarów oczekujących na literackie ujęcie czy wręcz projekt zdobycia tych obszarów, stanowiło do niedawna najoczywistszy kierunek dążeń powieści. Ale proces ten nie jest niewyczerpywalny. Można zaryzykować tezę, że oto wyczerpuje się na naszych oczach. Że świat dostawszy się w poznawcze tryby nauki, nie zdążył jeszcze z ujawnieniem takiej kruchości, takiej anomalii, czy takiej nieoznaczoności, którą może rozpoznać artysta. Takie „zahamowanie” świata oczywiście nie jest ostateczne. W każdej chwili może ujawnić on taką sferę, której nie opisano żadnymi narzędziami. I kiedy Jerzy Pilch powiada:

„…nad samym ranem w przebłysku półprzytomności nagle mi się uroiło, że jestem kimś, kto rozumie przeraźliwą wyrywkowość świata. Nagle ujrzałem, że świat jest wielkim polem pełnym niesymetrycznie rozłożonych ognisk; trzeba nieustannie iść od płomienia do płomienia; gasić i wzniecać; iść przez ciemność, iść przez jasność; ktoś opowiada o niebezpiecznych ładunkach, które mogą wybuchnąć lada chwila; nagle uroiło mi się, że wiem, jak trzeba pisać i jak trzeba zdawać sprawę z wyrywkowości, bo poza nią nie ma niczego;…”

– to jakby dotykał obu tych kwestii naraz – poszukiwania nie opisanych przekrojów rzeczywistości i konstatacji, że coś się skończyło i nie widać niczego nowego. I jakby w swojej prozie sprzęgał tę wiedzę o niewiedzy z jedynym obszarem, nad którym panuje niepodzielnie z dziewiętnastowieczną maestrią – z własnym „ja”. Cała reszta wymyka się z zawstydzającą ostentacją, o której nie sposób czasem inaczej mówić niż z inną, seriokomiczną, literacką ostentacją.

Jak na przykład w pierwszym opowiadaniu tomu, gdzie – jak w pierwszym akcie sztuki – opisuje narrator świeżo zakupioną strzelbę, hiszpańską flintę marki Noris. Która – jak wiadomo – powinna w akcie ostatnim wypalić. I wszystko do tego zmierza, ale w ostatniej chwili: „i wiedziałem, że nie nacisnę. Prawdziwe życie było nie do pokonania i nie do przebicia”. Ot, co interesuje Pilcha. Prawdziwe życie?! Ale ono zarazem jest nie do uchwycenia. Pisarz zatem staje się depozytariuszem tej druzgoczącej racji, która skazuje go na banicję z życia, umieszcza w pozycji dawnych kafkowskich pretendentów do prawa. Ale współczesny pisarz jest świadom tej pozycji i dlatego zamiast metafory, tworzy bardziej lub mniej udolne opisy tego stanu przeczekiwania. W wypadku Jerzego Pilcha istnieje taka strefa, w której jego tęsknota za prawdziwym życiem ma szanse wykroczyć poza modernistyczne obrazy artystycznych nostalgii.

Cała diagnoza „realizmu” Pilcha, mająca na celu wydobycie zawartego w „Moim pierwszym samobójstwie” projektu owych „białych plam” do zapełnienia przez współczesną literaturę, związana jest z bohaterami tej prozy.

Niezaprzeczalne u Jerzego Pilcha autobiograficzne podglebie świata przedstawionego („…tego co sam pamiętam, żadną miarą i tak do końca życia nie zdążę spisać”) stanowi – teraz i na przyszłość – inspirację podwójną.. Po pierwsze – co stare jak świat – faktograficzną, ale i warsztatową. Większość bohaterów Mojego pierwszego samobójstwa istnieje poprzez rozwinięcie jednego charakterystycznego powiedzenia, bon motu, miniaturowej narracji. Tak jest z ojcem, matką, dziadkami, majstrem Sztwiertnią i wielu innymi.

Antyczna niemal historia życia i miłości Zuzanny z Trzmielowskich Pechowej, babki narratora, wyrasta z jednego zdania, wypowiadanego przez samą bohaterkę („Gustaw wsiadł na motor, ruszyli w kierunku Oazy, odwrócił się, pomachał i tyle”) Pełna wersja tej historii jest twórczym dopełnieniem dramatu rezygnacji obecnego w tym skrócie. I kiedy opowiadacz przekracza horyzont osoby, natychmiast o tym informuje („Moja dwudziestopięcioletnia babka patrzy przez podwójne okno na zarys Jarzębatej. Nigdy tego tak nie nazwie, ale jej skóra jest martwa, jej dusza jest w zgliszczach, jej serce jest spopielone. Nie tylko Jarzębata jest za podwójnym oknem. Cały świat jest za podwójnym oknem, ona sama jest za podwójnym oknem. Jej nogi, jej ręce, jej głowa – są od niej oddzielone…”)

Podobnie kształtuje się kultowa postać prozy Pilcha, dziadek – Andrzej Pech. Zostaje on wymodelowany z lokalnych, krążących w środowisku wzorów i ocen. „Pan naczelnik? Przedwojenny maturzysta? Romantyczny kochanek, którego siła uczuć była tak wielka, że rywala z rozpędzonego motoru jak piórko zdmuchnęła? Człowiek którego żarliwe modlitwy o zwrot innemu poślubionej kobiety zostały wysłuchane? Bohater przez to, miejscowych ballad i niesłychanych opowieści miłosnych? (…) Wierzący i zarazem inteligentny? Pijący i zarazem wytworny? Tu urodzony, a jak warszawiak się wysławiający?”)

Oczywiście, znakomita większość historii przekracza horyzonty ich bohaterów. Właśnie tymi przekroczeniami zmieszani są bardziej konserwatywni czytelnicy Pilcha. Przepych składniowy, konstrukcja okresów, stylistyka juxtapozycji, ironia point i tyrad, które tworzą kształt idiomu autora – zdają się samą estetycznością. Ale wewnętrzna energia i status tych opowieści ma nie jedynie czysto językowe zakorzenienie, lecz antropologiczne właśnie. Z tych historii przebija wielka tęsknota do bardzo staroświeckich wartości, takich jak godność, przyjaźń, autentyczność, autorytet, miłość, wierność. W pierwszej lekturze zdawało mi się, że postacie „Mojego pierwszego samobójstwa” są odbite czy wykreowane z jakiegoś słownego zalążka, mają status pewnego rodzaju kopii, której oryginał tkwi w udostępnionej mowie niezależnej. Ale ta naiwność była nie do utrzymania. Jako niepoprawne dzieci tzw. „zwrotu lingwistycznego” wiemy, że te rzekome źródła też są sztuczne, wykreowane. Mamy zatem do czynienia z postaciami wywiedzionymi z językowych etykietek, a etykietki te stanowią nie tyle genezę, co – fikcję genezy. Charakterystyczne, że postaci te prawie nie posiadają opisu zewnętrznego wyglądu. Czasem jakieś stereotypowe rysy. Istnieją jako fantazmaty ulokowane w potrzasku literatury. Mają literacką genezę i literackie rozwinięcie. Jak gdyby inaczej niemożliwa była prawda albo fałsz postaci. W słynnej scenie zaproszenia dziadków na wigilię słyszymy: „Wy sobie odpocznijcie, raz w życiu miejcie prawdziwe święta, ja się wszystkim zajmę – córka aż się zachłystywała perspektywą pierwszej wigilii w nowym domu. Wszystko, co mówiła, było niepodważalne – a czuło się, że f a n z o l i” (fanzolić – gw. obiecywać, mówić od rzeczy, bez pokrycia – podkreśl. i wyjaśn. M. L.) niezgłębiona jest natura świata. Jak można się domyśleć, postać matki funkcjonuje w tych opowiadaniach jako przykład wewnętrznej niedojrzałości, zakłamania.

Podsumujmy: ustylizowany na Jerzego Pilcha (według telewizyjnego wizerunku – birbanta i kobieciarza o luterskich korzeniach) powieściowy narrator, przywdziewający dodatkowe maski – artysty, cierpiącego samotnika, człowieka zdziwaczałego, osaczonego przez zmory dzieciństwa, grzebiącego się w rodzinnych tabu – niestrudzony przeszukiwacz domowych szaf, szuflad, „sklepów”, rzecznych koryt i początkujący czytelnik znaków bożych, rozwija cały ten kram, by wyssać z niego wszystko, co potrzebne jest pisarzowi oprócz anegdoty, która też tam się znajduje, i języka, który jest już „własnością” pisarza. Stamtąd, z krainy pamięci, wywodzą się historie i portrety przodków, epitafia dla przyjaciół z dzieciństwa i studiów; stamtąd bierze się osąd kontrastu pomiędzy pokoleniem rodziców i dziadków; stamtąd – zabobony, strachy, poczucie win i przedsmak wolności. Stąd zaś, z czasu teraźniejszego, unoszący się nad tym światem „odwieczny” dylemat sztuki i życia oraz wpisany głęboko w strukturę opowiadań – kompleks sędziego i ofiary, mocno związany z motywem ojca. Można powiedzieć, że te dwa dylematy (?), mity (?) stanowią swoiste „kredowe koło” prozy Jerzego Pilcha. Że ich przekroczenie, otworzy to pisarstwo w kierunku tak upragnionej codziennej zwyczajności prawdziwego życia. Wyartykułowany przez Zygmunta Freuda problem „ojcobójstwa” stanowi już nieomal filigran twórczości Pilcha. Warto więc popatrzeć nań w świetle intelektualnej przygody pisarskiej samego Freuda, który podarował Romain Rollandowi na urodziny – własną autoanalizę – „Zaburzenie pamięci na Akropolu”. Zakończył ją bardzo znamiennie: „Tym co zaburzało nam (Freudowi i jego bratu – przyp. M. L.) przyjemność podróży do Aten, był impuls pietyzmu. I teraz już nie będzie się Pan dziwił, że wspomnienie przeżycia na Akropolu nawiedza mnie tak często, odkąd – sam stary – poczułem potrzebę okazywania względów mojemu wiekowi…” Czyż można znaleźć bardziej spektakularny przykład pokonania własnego mitu?

Magdalena Lubelska


Na temat ostatniej książki Jerzego Pilcha zabieram głos drugi raz. Skłania mnie do tego przygoda z „Zeszytami Literackimi”. Moja recenzja, napisana w listopadzie 2006, do numeru zimowego nie weszła. Ukazała się w numerze wiosennym, w dziale Notatek. Kilkumiesięczny brak wiadomości na temat losu recenzji spowodował, że – po rewizji niektórych sądów – nową wersję opinii na temat „Mojego pierwszego samobójstwa” zaproponowałam „Dekadzie Literackiej”.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas