poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MACIEJ DAJNOWSKI
OLIWA. Onejrikon o trupach w szafie
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

„Pretokuprąż wrychle nabędę, zafiołkuję, libo w leasing przyjmę pilniutko”. Otóż mają ogłoszenia drobne ten w sobie rodzaj melodyki, tę dźwięczność poetycką, ten to powab, który wyobraźnię rozżarza, rozpłomienia, pali i afektu ruszty stroi w rumień. Wrą więc geotermalne strumienie fantazji, musuje w nich miąższ ziemi, kipi kwiat siarczany. Sublimuje tu trwoga w strugi śmigłej miedzi, wznosi gmachy antracyt-ból na wzór kryształu. Bałwany soli barwi żółci skalny olej i ołów chmur pokłada się w zrębach marzenia, tej arkitektoniki życia, skały, w której trzewiach stawiłem kościół mój.

* * *

Jeżeli się dobrze zastanowić, drobne ogłoszenia stanowią dość paradoksalny typ komunikatów. Nie wiadomo, na dobrą sprawę, do kogo są adresowane, a czyta się je wybiórczo, ogniskując uwagę na rubrykach będących odpowiedzią na nasze doraźne zapotrzebowania. Kto przy zdrowych zmysłach suszyłby sobie głowę, dochodząc istoty bytów przywoływanych takimi oto maksymami: „Hipokamp świeżusi – tanio!”, „Duodenum: nie pogardzisz” czy też „Neocortex – praktycznie nieużywana, prościutko z Wiejskiej”. Mowa seraficka anonsów… Rozbrzmiewają w uszach dziesiątki i setki imion, nazw własnych, określeń potocznych i specjalistycznych, zaczerpniętych z gwar różnego autoramentu i zapożyczonych z języków obcych. Dziesiątki i setki napisów lśnią czernią pośrodku szpalty, którą obsiadły niczym rój much czy ważek. Drżą im skrzydła do lotu, płachta gazety sama jak błonkoskrzydły latawiec, a na niej – smolistymi hieroglifami nakreślone słowa we àwszystkich językach ludzi i aniołów piętrzą się w polifonie nonsensu, w schodkowe piramidy tandety, w nawisy bełkotu. Gazeta codzienna to ucieleśniony dzień pięćdziesiątnicy – à rebours i z piekła rodem…

Istnieją na przykład – rzecz całkiem pewna – ogłoszenia do tego stopnia niezrozumiałe, że nie zwraca na nie uwagi nikt, jeśli zaś zwraca kto – nie czyta, nie pamięta, nie pojmuje. Szuka się mieszkań, pracy, psów, rowerów, tanich futer, armatury. Życie nasze, krótko mówiąc, więżą okowy potrzeb palących, ale przyziemnych. Omija się wzrokiem to, czego ów wzrok nie rozpoznaje, promień refleksji przechodzi na wylot przez niepotrzebne, nie znajdując w nim odbicia, ni przeszkody. Bo kto, na Boga, marnowałby bezcenny czas dociekając, co kryje się pod nazwą „pretokuprąż”?

Z pewnością, niektóre z tych ogłoszeń to zakamuflowane komunikaty szpiegowskie, inne – szyfry szajek po nocy się złoczyniących, pełne perwersyjnych dwuznaczności listy kochanków albo zgoła jakieś wariackie egzorcyzmy. Jednak większość… Większości nie czyta literalnie nikt. Skąd się biorą – nie wiadomo. Po co istnieją i w jakiej modalności bytu skrapla się ta ich niczyja istność, krystalizuje… czy ja wiem… wybrzmiewa?

Jeżeli jest prawdą, że materia równoważna jest energii, ta zaś – informacji, to może ogłoszenia drobne są odpowiedzią na pytanie o brakującą, „ciemną masę” wszechświata? Może to tam znajdują się owe węzły rzeczywistości, w których niedostrzegalnie przybywa jej kosmosowi – materii surowej jeszcze, nieukształtowanej, nie zapłodnionej ideą, formą, sensem? Może to tutaj rezydują te siły niewysłowione, które czynią Wielki Wybuch procesem wiecznotrwałym? Na swój sposób na pewno jest tak właśnie. Twierdzę bowiem w najlepszej wierze, że te nieczytane i niezrozumiałe drobne anonse konstytuują swoistą metafizyczną międzynarodówkę – ponad czasem, ponad podziałami języka i wyobraźni. Niczym latarnie morskie możliwych, ale nie zaistniałych kontynentów wysyłają ku sobie promienie świateł, wyłuskując na krótką chwilę z ciemności i niebytu jakiś ułomek wzburzonej fali, zamczystą skałę, deski i skrzynie w gardzieli wiru, jakieś sosny poskręcane Gondwany czy Laurazji… Czasem pośród nicości, chłodu i bezmyślenia zewrą się dwa promienie niczym klingi w pojedynku i krzeszą iskry bytów momentalnych i ułomnych. Czasem kilka strumieni zestrzeli się nagle w jedno ognisko i wtedy nawet ślepy na codzień czytelnik gazety na moment omdlewa, udręczony dziwnym przeczuciem, przeszyty jakąś tęsknotą porywającą a głupią… Ale nie trwa to długo, bo i żywot ogłoszeń – ulotny. Powraca czytelnik do uprzedniego błogostanu – jako się rzekło, pewien typ anonsu musi pozostać na dłuższą metę niewidzialny, a wraz z nim – jego światy, tak jak pośród ludzi zadowolonych ze swej kondycji moralnej i kombinacji genów niewidzialne będą karły, chromi i garbusy.

Więc – skoro aż tu się zapędziłem – pora wyznać, że sam nie wiem, czy w gazecie, od której początek bierze niniejsza historia, stało to ogłoszenie ze słowem „pretokuprąż”, czy też nie. Bo nawet gdyby stało – i tak by go nikt nie zauważył. To zaś, które spostrzegł był nasz bohater – możemy nazywać go Andrzejem – spostrzegł jedynie dla mokrego kółka, które wokół anonsu odcisnął spodek od herbaty.

* * *

Imię pojawia się po raz pierwszy w zapiskach klasztornych z 18 marca 1188 roku w śmiesznie przekręconej, zlatynizowanej postaci: Olyua. Duńscy cystersi siedzieli tu już wówczas dobre dwa lata – w ledwie po wierzchu schrystianizowanych dominiach księcia Sambora. Skromne zabudowania wzniesiono mozolną ciesiołką z bierwion bukowych i sosnowych desek – oratorium i klasztor powoli dźwigały się ponad błocka rzecznej doliny. Ciężkie, jeszcze nieoskórowane tramy sosen i kobylice buczyny ściągano wołami ze wzgórza Pachołek, a każdą podwodę ojciec Dithard egzorcyzmował po trzykroć. Mimo to w dwa lata od przybycia mnichów imię Olyua wciąż powraca w zapiskach – niczym wyrzut sumienia.

Nie sądzę, by objawiał się groźnie – w demonicznych ornatach księcia saren i brzóz. Niepokoił ich raczej nocnym skrzypieniem podłóg, więźb dachowych, schodów. Pozostawał obecny w pośrodku białoskrzydłej gromady zakonników jako pamięć wykarczowanego lasu, drzew wyciętych pod budowę, jako ulotna woń spalenizny po nocy, kiedy kuchnie już wygaszono, ale dymiły wciąż wypaleniska, gdzie miały powstać wkrótce pola i sady.

Zamieszkiwał później – dowody istnieją, choć tylko pośrednie – w szkieletach budynków z pruskiego muru, w podwalinach, oczepach, słupkach, zastrzałach i rozworach drewnianego szachulca, w krokwiach i stropach. Miejscowi nauczyli się go z czasem rozpoznawać w gryzącej woni, którą w dalszych stuleciach – kiedy rozwinęła się przez Oliwę linia kolejowa i rozsnuły nitki tramwaju – łączono z kreozotem sączonym w podkłady.

Podobno – ale kto miałby to poświadczyć? – prawdziwe jego, pomorskie imię brzmiało Oława, co da się wyłożyć jako „woda o barwie ciemnego piwa”. Prawdopodobne, zważywszy na brąz szachulców i podkładów… Niepewne, gdy przejrzeć się w wodach Oliwskiego Potoku – ich gama kolorów rozpięta jest pomiędzy czernią olchowych cieni w górnym biegu a zgniłą zielenią stawów i młynówek przy ujściu, w Jelitkowie. Ale cóż to znaczy „prawdziwe imię”? W istocie – jeśli nawet uwierzyć wywodom językoznawców – mamy tu do czynienia zaledwie z jednym imieniem, z hydronimicum. Musiał nosić jeszcze przynajmniej miana dendronimiczne – od buków, sosen, jaworów czy jesionów, i terionimica – od saren, dzików, zajęcy. A wreszcie – bo nie sposób sobie tego nie wyobrazić – imiona mocy, przynajmniej jedno nazwisko kratofanii, związane z gromem, wichurą, gradobiciem. Ale to wszystko dawno, w czasach, gdy Dolina Radości – łoże potoku – nie rozbrzmiewała jeszcze łomotem młynów prochowych, kuźni, foluszy, olejarni.

Trzeba w końcu nadmienić, że choć uwieńczona sukcesem, walka trwała długo, i zanim Olyua udał się na wygnanie w ciemność belek dźwigających ludzkie domostwa, szala zwycięstwa kilkukrotnie chyliła się to w jedną, to w druga stronę. Na dowód przypomnieć można, jak skrupulatnie starali się zatrzeć ojcowie sam fakt istnienia przeciwnika i zmienne koleje wojny. Legenda o początku klasztoru cofa wydarzenia o pokolenie, w okolice roku 1170, przypisując jego fundację księciu Subisławowi. Raniony na polowaniu przez dzika dochodzić miał jakoby zdrowia w chatce eremity, gdzie we śnie zstąpił nań anioł z oliwną gałęzią w dłoni. Skutkiem tych to zdarzeń książę miał się ochrzcić i ufundować cysterskie coenobium.

Otóż podanie to znajdziemy tylko w Kronice oliwskiej spisanej dopiero w połowie XIV wieku i żadne więcej źródło nie poświadcza nawet istnienia księcia czy też piastowskiego namiestnika imieniem Subisław. W opowieści trzy są zaledwie elementy prawdziwe: dzik, anioł i gałąź oliwki. W legendzie, jak we śnie – odbywa się praca maskowania prawdziwych sensów, lęków i pożądań tętniących podskórnie. Cenzura marzenia dokonuje przesunięcia znaczeń, ich kontaminacji i rozszczepień. Wyolbrzymia postaci i fakty mało znaczące, marginalizuje głównych aktorów i zdarzenia zasadnicze. Dzik i anioł – dwa spektakularne przejawy jednej mocy – tożsame są z księciem, nie żadnym Subisławem, lecz prawdziwym władcą tej doliny. Oliwka natomiast symbolizuje skrajną rozpacz mnichów, którzy nie mogąc odnieść zwycięstwa ogniem ni egzorcyzmem, zdecydowali się sięgnąć po magię. Podobne podobnym, więc – buczynę drzewem oliwnym, oddając mu we władanie ten podmokły skrawek ziemi, wraz z przynależącymi doń przysiółkami: Przymorzem, Zaspą, Polankami i Jelitkowem. Zdradziecką moc drzewa występującego przeciw drzewu ilustruje wiele wizerunków do dziś widocznych w murach klasztoru i w samej katedrze: „poreusontai oi kladoi autou kai estai ws elaia katakarpos kai h osfrasia autou ws libanou – ibunt rami eius et erit quasi oliva gloria eius et odor eius ut Libani – Pójdą gałęzie jego, i będzie jako oliwa chwała jego, a wonia jego jako Libanu”.

Jest jeszcze jeden fakt wielce dziwny – w 1195 roku usunięto z klasztoru cały konwent i zastąpiono go nowym zespołem mnichów. Źródła milczą o przyczynach,


ale domyśleć się nietrudno – nieobyczajność, opętania albo czary. Widać nie taki jeszcze słaby był wówczas pan ziem tych…

Drzewo przeciw drzewu, imię przeciw imieniu, przez wiek cały toczyły się zmagania, aż wreszcie duch gawronów i dziczejących grusz uległ i zamieszkał w drewnie cieśli i wolnomularzy. Z czasem przestał się narzucać, ale od czasu do czasu jakiś zapracowany ojciec rodziny, jakiś adwokat, kupiec czy motorniczy z dnia na dzień tracił zmysły, zaczynał się skarżyć na smród smoły drzewnej i na śledzące go nieustannie dziury po sękach, po czym trafiał wreszcie na nieodległe Srebrzysko. Przyjmowano wówczas w milczeniu, że Olyua bierze, co mu się słusznie należy w zamian za pozostawienie w spokoju pozostałych członków gminy.

Ale ludzie zawsze gadają… Bo może koniec nadszedł zwyczajnie i po prostu – po stuletnich zapasach walczący nie umieli się już rozeznać, kto swój, kto wróg, kto tak znienawidzony, że ma twarz sobowtóra, a kto tak umiłowany, że jest już tylko maską upiorną?… Może poszedł demon miedzy cystersy, a ojcowie – między buki. Bo, koniec końców, oba nazwiska – to od ciemnego piwa wód i to od ogrójca oliwnego – brzmią w słowie „Oliwa” także dziś, ugodzone, udobruchane, jednogłośne…

* * *

Gazetą ową był „Wieczór Wybrzeża” – w wydaniu bardzo starym, bo drukownym jeszcze w czerni i czerwieni. Skąd się wziął na kawiarnianym stoliku, obok poprzepalanej serwetki i wazonika „Społem”? Nie wiadomo. Tak jak nigdy do końca nie wiadomo, skąd się właściwie bierze stała klientela tego rodzaju ciemnych, nie-całkiem-podmiejskich, za to silnie démodées kawiarenek, gdzie szatniarz sprzedaje papierosy i wpuszcza do toalety, a boazeria ma kolor i zapach tytoniu.

Nie wiadomo więc, skąd się wziął na blacie „Wieczór”, ale wiadomo, że miało to miejsce w lokalu niedaleko kina „Delfin”, więc vis á vis parku, katedry i Pałacu Opatów. A ogłoszenie mówiło o wróżce i to właściwie Alicja się nim zainteresowała, nie Andrzej. Może zresztą to ona podrzuciła gazetę w knajpie? Tak czy siak, to Ala poczęła nagabywać Andrzeja, by sprawdzili – ot, dla ciekawości, bez szczególnej intencji – czy wróżka jeszcze mieszka, gdzie mieszkała, i na ile jeszcze anons aktualny.

Właściwie już w momencie, kiedy wypowiedziała swoją myśl, Andrzej poczuł się pokonany. A przecież najmniejszej ochoty nie miał puszczać się na żadne przygody. Dobrze było mu w cieple, w zduszonym blasku kinkietów, przy herbacie w zmatowiałej szklance. Przy herbacie, a może przy ciemnym piwie – bo przecież okrągły odcisk na ogłoszeniu mógłby być śladem kufla…

A jednak, od razu wiedział, że ulegnie. Przyglądał się dziewczynie przez szerokość stolika z coraz silniejszym przekonaniem, że się daje, że właściwie już się dał. Uczucie miało w sobie coś z irytacji, że oto przymusza się go do działań wbrew woli, ba! – wbrew wygodzie przede wszystkim, no i zdrowemu rozsądkowi, bo cóż to za spacery zimą, w nocy. Ale tliła się w nim na dnie i inna jakaś iskra – łobuzerska i zadowolona z takiego właśnie obrotu rzeczy, z dobrowolnego zdawania się na cudzą zachciankę i rzucania na los przypadku, który właśnie za chwilę przejmie stery losów ich obojga. „Ciekawe tylko, czemu ona to robi” – pomyślał jeszcze, ale pośród kilku nasuwających się odpowiedź zgłuszył tę jedną, na której mogłoby mu rzeczywiście zależeć. „Co ja, do diabła, wyczyniam?” – westchnął marudnie i z ostentacyjnym pobłażaniem. Wszystko jednak wskazuje na to, że lubił swoją towarzyszkę, a w każdym razie zdradzał do niej jakąś słabość, skoro dał się w końcu wyciągnąć w grudniową noc.

Opuścili więc kawiarnię i nagle znaleźli się na widowni wielkiego theatrum – Oliwa uniosła wszystkie swe kurtyny wobec zalotów bliskiego dziś niewyobrażalnie kosmosu: tańczyła dlań taniec siedmiu zasłon, a kosmos – ten był na najlepszej drodze, by stracić głowę. Rzadko się zdarza noc taka – raz do stulecia. Nad sobą ujrzeli kryształowy kandelabr Oriona podwieszony nieco nad chmurami, niewiele zaś niżej skulony Księżyc jupiterem wyłuskiwał z mroku fasady. Po lewej ręce ścielił się park, zwaliste bryły katedry i pałacu tonęły w ciemności przesłonięte szpalerem topól. Po prawej – szalała zawieja i pod jej biczem chybotał się i kulił rząd kamienic. Ich sylwety tworzyły dla całej sceny jakby kulisy, których przepastna kieszeń skrywała jeszcze kościół ewangelicki i siedem dworów. Nad najbliższą bramą skrzypiał szyld w czerni i czerwieni barw państwowych, ozdobiony dwugłowym ptakiem – sam diabeł nie wie, jakim: orzeł to był, wrona czy też kaczor. Za plecami zaś Ali i Andrzeja – koncentrycznymi kręgami wznosił się amfiteatr Doliny Radości i morenowych wzgórz, gdzie pośród sążnistych buków i sosen rozsiadł się naród dzikich olbrzymów i śnieżnych ludojadów, wiecznie niesytych widowiska – koniunkcji, teogonii, purpurowej hierogamii Oliwy i jej duchów.

Czuli oboje, że coś się musi przydarzyć i stało się tak w samej rzeczy. Pętla tramwajowa przy zbiegu Grunwaldzkiej, Ceynowy i Opata Jacka zawęźliła się ciasno niczym wąż pożerający własny ogon lub nakreślony na ziemi znak nieskończoności. Przestrzeń połknęła samą siebie, więżąc się w sobie niczym w butelce Kleina, a równocześnie fiknął kozła czas: zdawało się, że jeszcze moment, a Grunwaldzką od Gdańska nadejdą czołgi. Andrzej i Alicja poczuli na plecach oddech szaleństwa i w dzikiej ucieczce zabłąkali się pośród zaułków, podwórek, ślepych uliczek i zapuszczonych ogrodów. Sami nigdy nie doszli – a tym bardziej nam jest trudno orzec jednoznacznie – gdzie właściwie zdarzyło się to, co się za chwilę przydarzy.

* * *

Obudził się w nocy leżąc na wznak, a krew, która wypełniała łóżko, sięgała mu prawie kości policzkowych. „Śnię lub postradałem zmysły” – pomyślał i uspokojony pogrążył się na powrót w nicości.

* * *

Jak wszystkie ludzkie sadyby Oliwa przypomina palimpsest i miast mówić o lokalizacji wypadków, należałoby posługiwać się pojęciem interpretacji topograficznej, bowiem do każdego „gdzie” nieodwołalnie dodać musimy psychologiczne i kulturowe parametry miejsca wraz z jego dość znacznym otoczeniem. Gdybyż więc chodziło jedynie o siatkę szerokości i długości geograficznej lub o rzut Mercatora! Niestety, błądzimy właśnie omackiem po ciemnym moczarze symboliki – religijnej i erotycznej – wpisanej w trzy wymiary i w ich materialne wypełnienie.

Na oliwskim palimpseście najstarsze zachowane zapisy pochodzą ze średniowiecza. Stara jest sama katedra, Dom Zarazy to mammotrekt z XV wieku, kuźnia wodna – glossa z końca XVI, a niewiele młodsze są bordiury młyna i Oliwskiego Dworu. Jednak charakter dzielnicy, jej – jeśli wolno tak rzec – imago i aurę określa dziewiętnasty wiek i jego zabudowa eklektyczna, dla wygody zwana w Trójmieście „secesją”. Walczą tu o lepsze mieszczańskie wyobrażenia o gotyckich twierdzach z reumatycznymi snami baroku, wygoda i wystawność – z wszechobecną prowizorką pstrokatych podwórek, oficyn, szop, komórek i drewutni. Pole sił działających w takiej quartier określa napięcie pomiędzy skrajnymi biegunami jej stylistyki: pałacykiem urzeźbionym z materii onirycznej, rozpiętej na pajęczynie pruskiego muru, i ceglastą czynszówką, której podwórza i ślepe studnie krztuszą się od zgęstniałych miazmatów smutku.

* * *

W takim właśnie polu energii, w przestrzeniach z natury niespoistych, a dziś dodatkowo jeszcze spiralnie skręconych za sprawą koniunkcji Merkurego i Saturna, porzuciliśmy Alę i Andrzeja, toteż niełatwo nam ich teraz odnaleźć ponownie, a na zupełne niepodobieństwo zakrawa próba dokładnego określenia miejsca, w którym na koniec udaje się nam ich dostrzec. Oto wchodzą do domu, gdzie, jeśli wierzyć ogłoszeniu, które równie dobrze mogło nigdy nie istnieć, jak być w owej chwili całkiem nieaktualne, do domu, gdzie przyjmuje wróżka. Nie rozpoznajemy tego budynku – jest zbyt późno, zbyt ciemno, zbyt też zimno w grudniowej kurzawce, by dłużej zatrzymywać się przed fasadą. Tabliczka z nazwą ulicy i numerem dawno już skorodowała, nieco bardziej czytelna jest sąsiednia, większa – daje się na niej odcyfrować napis „Introligator”. W tej sytuacji możemy budynek ów zlokalizować tylko z pewną dozą dokładności: jest to wysoka, szara kamienica na rogu Grunwaldzkiej i Husa, a może raczej ta nieco mniejsza pośrodku Kaprów, ta z zieloną ryglówką. Równie dobrze może to być jednak któryś z prawie-pałacyków na Obrońców Westerplatte, Asnyka lub Podhalańskiej, tych z drewnianymi galeriami, balkonami czy ryzalitami, a może po prostu tyły sklepu na rogu Poczty Gdańskiej. Tyle w tej zamieci pewnego, że droga wiedzie przez podwórze i ogród przykryty śniegiem, spod którego sterczą brązowe badyle zeszłorocznych ostów.

Podwórko przypomina zaplecze kolonialnego sklepu, gdzie porzucono bezładnie stosy skrzyń – to piętrzą się przybudówki, oficyny, podcienie, mansardy, ganki, wykusze, antresole i werandy, włażąc na siebie jak kolonie hub. Wejście ma szerokość człowieka ledwie, przecisnąć się musimy pomiędzy pniem klonu a murkiem śmietnika. Klatka schodowa maleńka – tyle jej, by zmieściły się kręte skrzypiące schody, które nikną gdzieś nad nami w mroku półpiętra. Wdzieramy się w gęstą ciemność, sunąc po ścianie dłońmi, aby całkiem się w tym atramencie nie rozpuścić.

Więc znaleźliśmy się tu, bo Alicja pragnie się czegoś dowiedzieć od wróżki, a ja na tyle ją lubię, by udawać, że w to wierzę i ryzykować regres osobowości do form łatwo rozpuszczalnych w mrokach klatek schodowych. A może po prostu uciekamy przed fantasmagorycznymi humorami tej nocy, która na przemian kusi tańcem i przeraża widmami gąsienicowych transporterów? Boję się teraz, diabli wzięli euforię, drewno pod stopami skrzypi i to jakimś dźwiękiem przedpotopowym, mięsożernym, bo wszędzie duszący zapach bejcy, impregnatu czy jakiegoś środka odkażającego. Mam wrażenie, że stąpam po barkach śpiącego zwierzęcia, prawie czuję pod stopami poszczególne kręgi, drżą, pulsują, trzeszczą i na nic wmawianie sobie, że to tylko stare stopnie, że deska ugina się pod ciężarem ciała. W tych sadzach, w mroku pogubiłem nawet własne imię, na razie przynajmniej nazywam się panika, astma, częstoskurcz. Lub – kto to powiedział?! – kreozot. Gdzie może być światło?!

Chyba macając palcami na ślepo, trafił wreszcie na kabel bez izolacji zamiast kontaktu, to się często widzi w miejscach takich jak to, było ciemno, usłyszałam tylko jęk i coś zwaliło się na deski, potknęłam się, też chyba musiałam krzyknąć, matko, co teraz, otwarły się jakieś drzwi, smuga blasku, pomogli mi wnieść go do środka, chwała Bogu, otwiera oczy.

Stali nade mną – to był kocioł.

* * *

Czasem budzę się, leżąc na wznak na pustyni pokrytej solą. Kiedy krew rzuca się z ust i dosięga ziemi, na powrót zapadam w ciemność.

* * *

To był kocioł, ubeków chyba z pięciu, stali nade mną w tych swoich skórzanych płaszczach, nabijanej ćwiekami bieliźnie, w hełmach z rogami, kabaretkach i czerwonych boa. Pochylali się, a ja dochodziłem do siebie powoli, powoli.

– Załóż mu pretokuprąż – warknął najwyższy, wytatuowany w rusałki, ale jakoś nikt nie kwapił się z wykonaniem rozkazu. Ala oddychała głośno.

Wpadlibyśmy tak czy owak – to było mieszkanie, którego szukaliśmy. Rozglądałem się po ścianach – całe pokryte pieczęciami Salomona i pentagramami, tu i ówdzie – drzewo Sefirot. Cały las Sefirotów dookoła. ładny cyrk, nie ma co. Co się stało na schodach? Pamiętam pawie oka w ciemności, czarne i czerwone, i gryzący swąd spalenizny. Potem – nic. Sunąłem ręką wzdłuż lamperii i pewnie wsadziłem palce w kontakt, jakieś gołe kable, czy co. Widuje się takie rzeczy. Może więc zawdzięczam życie ubekom? Ale ten, co się nachyla, to raczej…

– Prawdziweczek, kto ma pretokuprąż, do cholery? – I do mnie – Zaraz się popieścimy, mandelo…

– Melduję posłusznie, sieknęli nam. – To dla odmiany kurdupel, czyli Prawdziweczek.

– Jaja sobie robisz?! Co to znaczy?!! Purchaweczka – tłumacz!

– Zajewanili, obywatelu poruczniku. – Teraz taki gruby pręży włochate brzucho. – Mandele nam tę pretokuprąż zajewanili poprzednim razem, a zapasowa zbutwiała. Będzie ćwierć wieku zaraz jak na tym kotle siedzimy, sprzęt się sypie…

– Milczeć! Niech mi jeszcze raz który wypomni…!

I tak kłócą się między sobą, a za plecami tego wysokiego widzę, jak wiatr porusza listowiem Sefirotów. Pomiędzy drzewami przesuwają się cienie czołgów, na razie z lufami obróconymi w tył.

* * *

A czasem budzę się w szafie, kiedy ktoś od zewnątrz próbuję ją otworzyć, i wtedy z lękiem czekam, co się stanie…

* * *

Wiatr porusza listowiem i z pękniętych naczyń lasu ciemność sączy się do wnętrza. W którym momencie popełnili błąd? Najpewniej – kiedy zamiast się całować, ulegli pokusom ciekawości. Anioł dziejów stoi po przeciwnej ręce człowieka niż anioł afektu. Właściwe odpowiedzi leżały blisko, ale nie starczyło odwagi, by po nie sięgnąć. Miast tego ruszyli tropem czarno-czerwonej gazety, której tajemnice należą do czasu minionego i których strzegą cheruby w czarnych skórach i czerwonych szlafroczkach, z orlimi skrzydłami z papier-maché i styropianu. Przedpiekle.

– To przynajmniej rękę mu wyłam.

– Albo tej małej przygrzejemy.

Klucz leżał w pytaniach o czas. Jeśli jego nieskoordynowane obroty przewlekły nici zdarzeń minionych przez coś na kształt igielnego ucha, tworząc kłębowisko różnobarwnych wątków – co mogło rozplątać ten supeł, przywrócić ich oboje utraconej części wieczoru? Co było ową pętlą, na którą nawleczono pompon historii przebrzmiałych, ba, może nigdy niebyłych, może jedynie możliwych i dlatego dziś, pod niskim grudniowym niebem realizujących się gorączkowo? I czy wszystko można jeszcze odwrócić? Przebić jakimś osinowym kołem upiory ubeckie, czołgi zmartwychwstałe posłać na powrót do piekielnych zbrojowni?

– My w sprawie ogłoszenia… – wyszeptała nagle Alicja, blada jak prześcieradło.

Pięciu zamilkło. Potem podskoczyli do mnie gwałtownie, porwali pod pachy i pociągnęli ku drzwiom w głębi pokoju. Na „trzy” wysoki otworzył, dwóch podtrzymywało mnie za łokcie, dwóch unieruchomiło głowę. W pierwszej chwili łudziłem się, że tam w mroku ukryli zwierciadło – nic bardziej mylnego. Stałem w środku we własnej osobie z miną dosyć obojętną. Potem podszedłem i nonszalancko chuchnąłem sobie w twarz. Oczy miałem jak z porcelany, oddech pachniał kreozotem. Cofnąłem się w ciemność, gdzie kłębiły się jeszcze jakieś niskie sylwetki, a wysoki zatrzasnął wrota.

– Jeśli kłamiecie, to sam widziałeś – syknął. – A teraz gadać.

* * *

– Nie, to po prostu nie ma sensu. Ja już zmęczony jestem. Już nie mogę. Po prostu, normalnie nie mogę! Niech mnie który zastrzeli!

– Panie poruczniku Maślaczek, niechże się pan natychmiast uspokoi! Przy zatrzymanych…

– Zamknij się! Zamknij się, Purchaweczka! Stulcie mordy zaraz wszyscy, ale już, bo ja dłużej nie mogę. Patrzeć na was nie mogę! Słuchać was nie mogę! Dwadzieścia pięć lat w tej zatęchłej norze i pierwsi zatrzymani – przypadkowi! W sprawie ogłoszenia, no, ja po prostu nie dam rady dłużej! To jakaś klątwa chyba?!

– A co panom szkodzi stąd wyjść właściwie? Dość tu duszno rzeczywiście… A na zewnątrz – Europa. No, może gdyby nie liczyć tych czołgów przy pętli…

– Jaka znowu Europa?! Panie, a Układ Warszawski, Blok Wschodni?!!!

– Toście się tu, panowie, trochę, cholera, zasiedzieli w tym zaduchu… Już ponad dwa lata, jak nas do Europy Zjednoczonej wzięli…

– Co? Inwazja była?! Ruskich nie ma?! Układu już nie ma?! Panie Jezu, a ubeków chyba nie wieszali, co?!

– Nie do końca. Gruba kreska była.

– A akta? Spaliliśmy akta?!

– Coś tam zostało…

– Aj, to niedobrze. Dla was też niedobrze, panie mandelo…

– To może, tak przy okazji, skoro już się bliżej poznaliśmy, puściliby panowie wolno, co? Dziewczynę chociaż…

– Ależ! Mowy nie ma! – Napiął się znowu Maślaczek. – Służba…

– Ale o waszą instytucję to już od dawna nikt za bardzo nie dba…

– Ale też, panie zatrzymany – wtrącił Prawdziweczek – z tą klątwą, co porucznik wspomniał, to nie jest tylko taka retoryka… Jeden mandela na nas rzucił. Ze złości chyba, czy jak? My tu na karniaku jesteśmy. Za grzechy. Izolatka. I nudy piekielne. Całkiem poza światem, wie pan, tylko czasem się wnijście odmyka, ale nam i tak nie wolno stąd… Nic się nie dzieje, mówię panu, literalnie nic. Że nam pretokuprąż zbutwiała, to też jest za karę, i kart nie mamy, nawet gazety… Anonse drobne by sobie poczytał człowiek chociaż, a tu nic! Tylko bimbru pod opór, tylko bimbru i perwersja… Myślowa naturalnie. Wyłącznie.

– No bo jeśli chodzi o gazetę… – wtrąciła w tym momencie Alicja – to mamy stary „Wieczór”…

Więc kluczem była jednak gazeta… Chwilę po tym, jak przebrzmiały słowa Alicji, nie było ich. Wynieśli się z radosnym rykiem, wyrywając sobie wiekowy egzemplarz popołudniówki. Dało się jeszcze słyszeć jak Maślaczek złamał w ciemnościach obcas od szpilki i żegnał minione ćwierćwiecze życia klnąc jak woźnica. A może sprawiła to wszystko nie tyle gazeta, ile ta odrobina litości, która nieoczekiwanie zabrzmiała w głosie Ali, może to ona okazała się właściwym zaklęciem, tym niepozornym ziarenkiem gorczycy, które zdejmuje klątwy. Któż to może wiedzieć. I któż może wiedzieć, jaka siła kierowała krokami Andrzeja i Alicji owej nocy, podsuwając im stary anons, pomysł spaceru… Kto oddał ich w ręce tych pięciu i kogo, od jakich mąk, jakich niepewności chciał wybawić?

Spośród lasu Sefirotów wyłoniła się sylweta uskrzydlonego zwierzęcia z ludzką głową, z gębą brodatą i dziką.

– Przepraszam, nie widzieliście, państwo, mojej żony? – Głos dudnił jak z podziemi. – Szczerze mówiąc, podejrzewam, że małżonka moja, madame Oliwa, jest mi trochę… hm… jakby niewierna. Że spotyka się z kosmosem po nocach. A kiedy jej amory uderzają do głowy, robi się nieco… ten… rozkojarzona trochę. Mylą jej się epoki, przywołuje z zapomnienia jakieś obrazy z przeszłości, tańczy i żongluje ulicami, budynkami. Trochę to nawet niebezpieczne. No, a za dnia by nie uszło uwagi tabloidów… I skandal gotów… Ocho! Widzę, żeście uwolnili moich ubeków? Może i lepiej tak, może i lepiej…? – Głos zanikał gdzieś w oddali, w miarę jak turza i eteryczna zarazem sylweta demona przelewała się w ciemność klatki schodowej.

– Teraz chyba jest ten moment… – rzekła Ala. – Wydusisz to z siebie wreszcie?

– Ja… więc… wobec tego… może… zamieszkasz ze mną?

– To jest chyba całkiem dobre miejsce, nie?

* * *

Świt wśliznął się przez szparę w okiennicy i myszkował po kątach. Młode światło sprawiało wrażenie oparu ścielącego się na rzece. Andrzej wystawił z łóżka jedną nogę, potem drugą. Plusnęło – woda sięgała do pół łydki. „Mam nadzieję, że nie ma wirów i wilczych dołów” – pomyślał. Pomiędzy kamieniami na dnie buszowały czerwone okonie. Otulił kocem Alicję i płosząc ryby, przebrnął w stronę kuchni. Las Sefirotów odbijał się w nurcie rzeki. Dopiero po chwili jej srebrne strugi zaczęły się cofać w głąb puszczy i zniknęły wessane przez bagna i mokradła matecznika, pozostawiając trochę żwiru na podłodze i kępy trzciny pod oknem.

Z talerzem jajecznicy podkradłem się do dużej szafy na ubrania. Modliłem się, żeby nie zaskrzypiała, bo wówczas Ala ani chybi się obudzi. Otworzyłem drzwi. Skulony między łachami siedział mój sobowtór o porcelanowych oczach i pisał donos, a może anons… Dostrzegłem tylko słowo „pretokuprąż”. Popatrzył na mnie zalękniony. Pachniał naftaliną i sprawiał żałosne wrażenie. Mogłem mu rozwalić ten talerz na głowie. Mogłem wziąć siekierę i zrobić mu raskoł. Ale dałem mu jajecznicy i chleba. Żarł jak oszalały.

– Najedz się i siedź cicho – powiedziałem. – Bo teraz jest naprawdę mój rozdział tej historii.

Skinął głową, wciąż z pełnymi ustami. Podniosłem wzrok i w półślepym lustrze na drzwiach szafy ujrzałem wpatrzone w siebie oczy Ali. „To koniec! Już mnie ma” – pomyślałem, ale oczy oprócz zdziwienia wyrażały wstyd. Ala starała się coś schować za plecami. Bezskutecznie, bo to, co widziałem, nie był nią samą, lecz odbiciem w łaziebnym lustrze, które z kolei odbijało się w zwierciadle na drzwiach szafy. Więc wbrew jej wysiłkom widziałem te plecy doskonale. I w nich – ujrzałem to wyraźnie – tkwił duży kluczyk z rodzaju tych, jakimi nakręca się sprężyny w zabawkach.

Patrzeliśmy tak na siebie w przerażeniu: ona na mnie i bliźniaka pośród garderoby, ja na nią, jak się nakręca kluczykiem. A potem ryknęliśmy śmiechem. Widać nie tylko narody mają za sobą historie, których wolałyby nie ujawniać.

Maciej Dajnowski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas