poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR KOFTA
Pan Darek rozmawia o życiu
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

Istnieje pewien typ ludzi, których trudno jest pozbawić dobrego samopoczucia. Zachowują zadziwiającą pogodę ducha wobec wszelkich trudności. Pan Darek był takim właśnie człowiekiem.

– Wszystkich nas szlag trafi – powiadał – ale ja się tym wcale nie przejmuję.

Na początku lat dziewięćdziesiątych pan Darek, z wykształcenia technik elektryk, kupił okazyjnie lekko przerdzewiałego poloneza i podjął pracę w charakterze taksówkarza. Decyzję podjął bezpośrednio po obejrzeniu w telewizji Krótkiego filmu o zabijaniu Kieślowskiego, w którym, jak pamiętamy, prowadzący taryfę zostaje zaduszony przez zbrodniarza za pomocą jakiejś linki albo drutu, a potem sam zbrodniarz w scenie finałowej dynda na szubienicy.

– Słuchaj, Marzena – rzekł pan Darek do swojej przerażonej małżonki, krztusząc się z wielkiej radości – po takim filmie to już się nie odważą...

* * *

Mijały lata i polonez przerdzewiał w końcu na wylot. Pan Darek, nie chcąc porzucać taksówkarskiego rzemiosła, do którego przywykł, był zmuszony zmienić samochód. Żona wzięła pożyczkę z pracy, dołożyli oszczędności i wyszło im z tego daewoo. Było tylko trochę mniej pokraczne od poloneza, ale dużo młodsze, a poza tym w porównaniu z polonezem okazało się wręcz narowiste i zrywne. Przez parę dni, w słonecznym sierpniu 1996 roku, pan Darek ujeżdżał daewoo w ramach testu przydatności. A potem nakleił numery i przymocował na dachu koguta z napisem TAXI.

– Oczywiście – mówił pan Darek – to krowa, nie samochód, ale ja się nigdzie nie spieszę.

* * *

Od czasu zmiany samochodu sześć kolejnych kalendarzy z napisem „Seminarium Duchowne Ojców Paulinów” (brat żony był zakonnikiem) skończyło swój żywot w śmietniku. Pan Darek nadal pracował jako taksówkarz. Nie wystawał już po dzikich postojach, ale zaciągnął się do pracy w korporacji.

– Jesteście zdziercy, ale dajecie człowiekowi pożyć – stwierdził, podpisując umowę.

– Niech pan tylko pamięta – odparł kierownik z uśmiechem – o naszym wewnętrznym haśle promocyjnym.

– Jakie to hasło? – spytał pan Darek

– „MARIAN TAXI to najkrótsze kilometry w stolicy”.

Wiązało się to oczywiście z koniecznością kupna od firmy specjalnego, promocyjnego taksometru, który miał zdolność łykania zbędnych cali, jardów i arszynów.

* * *

W chwili właściwego rozpoczęcia naszej opowieści pan Darek drzemał błogo za kierownicą swojego daewoo na małym parkingu przy stacji benzynowej, w samym środku wielkiego osiedla. Była druga nad ranem i panował chwilowy zastój w interesie. Padał śnieg. Na okoliczne ulice, budynek stacji, pętlę autobusową, na samochód pana Darka. Był to śnieg spokojny i umiarkowany, żeby nie powiedzieć – rozsądny. Płatki wielkie jak bezy dostojnie spływały z niebios, opromienionych bursztynowym światłem latarni. W pewnym momencie zamontowany w taksówce pana Darka niewielki prostokątny terminal piknął ostrzegawczo, a na rozbłysłym kwarcową zielenią ekraniku ukazał się komunikat: 5 Belgradzka 2.15. Nagle przebudzony pan Darek szybkim, wypróbowanym ruchem ręki wbił swój numer identyfikacyjny na klawiaturze. Po chwili otrzymał szczegółowe informacje: Belgradzka 12 m 5 – pod klatke – Walach.

– To jest, kurde, technologia – mruknął pan Darek pod nosem i zapuścił kapryśny silnik daewoo.

* * *

Sunął szerokimi arteriami wśród szarych, pudełkowatych bloków mieszkalnych. Tu i ówdzie paliło się w oknie światło, świadczące o tym, że ktoś cierpi z bezsenności albo ogląda świńskie filmy na trzeciorzędnych kanałach telewizyjnych. Na rogu Rosoła i Ciszewskiego trzech młodych ludzi rozbijało betonowym koszem na śmieci pleksiglasowe szyby przystanku autobusowego. Nieco dalej, w pobliżu ulicy Indiry Gandhi, stał przy krawężniku autobus nocny. Miał włączone światła awaryjne, a kierowca chodził wokół pojazdu, kopał w wielkie opony i bluźnił. Pan Darek wiedziony poczuciem szoferskiej wspólnoty zatrzymał się i odkręciwszy szybę, krzyknął:

– Co jest?

– Chuj! – odparł kierowca autobusu.

– Zadzwonić?

– Już dzwoniłem.

– I co?

– I chuj – rzekł kierowca.

– To powodzenia!

Zrezygnowany kierowca autobusu nocnego machnął tylko ręką. Wobec tego pan Darek zakręcił szybę i ruszył do klienta na ulicę Belgradzką.

* * *

O godzinie 2:13 stanął przed klatką wskazanego bloku. Wyciągnął papierosa i zapalił przy otwartych drzwiczkach. Zawsze miał wyrzuty sumienia, że pali w miejscu pracy. Nie zdążył jeszcze dokończyć swojego sobieskiego, gdy z bloku wytoczył się jegomość, zachwiał się niepewnie, a potem obrał azymut wprost na taksówkę, co nie do końca mu się powiodło, bo ni stąd, ni zowąd między jegomościem a taksówką wyrósł gęsty żywopłot, który chętnie przyjął go pomiędzy swoje ostre pędy.

– Ja... śchaa... domu... – wymruczał pan z wnętrza żywopłotu, strzepując niezdarnie śnieg z twarzy.

Pan Darek zgasił papierosa, podszedł do faceta i zapytał: – Na nazwisko Wałach?

– Taaa... – odparł z pewnym trudem pan Wałach i uśmiechnął się jak dziecko, kiedy dać mu czekoladkę. – Wa... aach...

– No to, kurwa, klient nasz pan – rzekł pan Darek.

* * *

– Panie, gdzie jedziemy?

– Brdlpięć... – odparł niemrawo pasażer i opadł na tylne siedzenie, a pan Darek przypomniał sobie, że w podobny sposób na trudne pytania zwykł odpowiadać Ferdynand Wspaniały, pies, bohater książki dla dzieci Ferdynand Wspaniały, którą pan Darek czytał niegdyś swojemu synkowi na dobranoc.

– A gdzie dokładnie?

–... Sssentralny – burknął nieprzytomnie pan Wałach. – Dworzec?

– No... szszeciesz... sssentralny...

Pan Darek włączył cudowny taksometr i ruszył przez bursztynowo migocące miasto na Dworzec Centralny. Przedtem jednak odkręcił jedną z szyb, żeby klient się po drodze wentylował. Pan Darek nie miał ochoty dowiadywać się, co jego pasażer jadł tego wieczoru na kolację.

* * *

Niestety, nadzieje pana Darka okazały się płonne. Na wysokości ulicy Racławickiej klient począł wykonywać rozpaczliwe ruchy rękoma, wskazując na swoje usta i wybełkotał w końcu:

– Rzrzrzyg...

Pan Darek stanął niemal w miejscu, nie zważając na niebezpieczeństwo poślizgu.

– Trzymaj pan to! – krzyknął.

Wyskoczył z samochodu, kłusem obiegł go dookoła i szybkim szarpnięciem otworzył tylne drzwi. Pasażer zdołał jedynie wychylić się nieznacznie z pojazdu, gdy czoło fali uderzeniowej buchnęło mu z ust.

– Coś ty żarł, człowieku? – spytał pan Darek, troskliwie spoglądając na swojego klienta porzygującego w szare, śniegowe błoto.

* * *

Pan Wałach dzięki reakcji obronnej organizmu nieco przetrzeźwiał. Przez pozostałą część trasy ciężko dyszał i wycierał sobie usta chusteczką. A pan Darek mówił:

– Jadłeś, kolego, za dużo sałatek. Po tym gównie zawsze się pawiuje. Widziałem, same pomidorki, ogóreczki... Jak chcesz pan zachlewać, trzepnij pan sobie przedtem szklankę oleju. Zwykłego, może być i rzepakowy.

Pan Wałach skinął głową na znak, że rozumie i kaja się.

–... No i żadnego mieszania – kontynuował pan Darek –... mieszało się, co? Pan Wałach ponownie skinął głową.

– Właśnie. Najgorsze pawie są po koktajlach. Zarzygał pan kiedyś babę w łóżku? Pan Wałach zaprzeczył, robiąc wielkie oczy.

– A ja zarzygałem – rzekł pan Darek dobitnie – rzuciłem jej pawia na plecy, w trakcie, no wie pan, czego. I to było po koktajlach!

Pan Wałach wykonał gest świadczący, że gotów jest jeszcze w tej samej chwili pójść za przykładem i znieważyć tapicerkę na tylnym siedzeniu.

– Spokojnie, spokojnie, już dojeżdżamy – powiedział pan Darek łagodnie – coś pan taki delikatny? A może opowiem dla odmiany...

– Pproszę... śśśicho... pproszę – wyjęczał pan Wałach.

* * *

O godzinie 2:45 pan Darek pozbył się niebezpiecznego pasażera pod halą główną Dworca Centralnego, zainkasowawszy stosowną opłatę za najkrótsze kilometry w stolicy. Pan Wałach potoczył się w dal, wiedziony swoją pijacką idée fixe. Nie będzie w tym kontekście szczególnym zaskoczeniem informacja, że obudził się pod wieczór następnego dnia na maleńkim przystanku kolejowym Nagyszentjános w północnych Węgrzech. Nieco zdziwiony takim obrotem spraw próbował dowiedzieć się, gdzie jest, ale okazało się, że miejscowi nie władają żadnym ze znanych ludzkich języków. Pukali się tylko w głowę i mówili:

– Nyald ki a seggem!

Albo:

– Lófasz a seggedbe!

Ponieważ pan Wałach wciąż nalegał i domagał się wyjaśnień, otrzymał też potężnego kopa w tyłek i na odchodnym komunikat:

– Menj a picsába!

Na nieszczęście pana Wałacha napotkani obywatele byli kibicami pewnego budapeszteńskiego klubu piłkarskiego, w podróży na ważny mecz. Pół godziny wcześniej policja kolejowa wyrzuciła ich w Nagyszentjános z pociągu za demolowanie przedziałów i bicie pasażerów, nic dziwnego więc, że byli zdenerwowani. Dalsze losy pana Wałacha nie są, nawiasem mówiąc, znane.

* * *

Pan Darek ponownie nie zdążył dopalić sobieskiego, gdy do jego taksówki podeszło trzech zirytowanych mężczyzn w skórzanych kurtkach.

– Pogięło cię, koleś? – spytał najwyższy z nich, brunet o smutnej, wysłużonej twarzy.

– Papierosa palę – odparł pan Darek spokojnie.

– Gaś to wesołe miasteczko i spierdalaj z rejonu – powiedział tamten, gładząc swoje przetłuszczone loki i pokazał na podświetlony znak korporacji na dachu taksówki.

– Sam spierdalaj, cierpiarzu – zauważył pan Darek, nadal nie podnosząc głosu – bo ci wyjadę z rurki w szamot. Nie grab se, frajerze.

W dłoni jednego z facetów zauważył spory klucz francuski. Natychmiast zwinnym ruchem wcisnął klakson i samochód rozwrzeszczał się przeraźliwym wyciem. Mężczyźni w skórzanych kurtkach rozejrzeli się nerwowo, po czym prysnęli, każdy w inną stronę. Dwaj policjanci z nocnego patrolu wyszli z hali dworcowej, zwabieni hałasem.

– Zgaś pan to! – krzyknął jeden z nich, ale pan Darek pokręcił głową na znak, że nic nie słyszy. Po chwili jednak klakson umilkł.

– Co jest, obywatelu? – spytał policjant, młody chłopak obdarzony monstrualnie wielkim, haczykowatym nosem, zaglądając do wnętrza daewoo.

– Oparłem się, panie władzo – odparł pan Darek – i coś go przyblokowało. – Często tak?

– Nie, pierwszy raz. Muszę się machnąć do elektryka. Wie pan, co się odwlecze, to nie uciecze...

Policjantowi było zimno i przestępował z nogi na nogę. Czubek jego wielkiego nosa lśnił czerwono w świetle latarni.

– Jedźcie stąd, panie kierowco – powiedział – bo możecie mieć kłopoty.

To rzekłszy, skinął na swojego partnera z patrolu i obaj pospiesznie znikli w budynku dworca.

* * *

Trzy dni wcześniej pan Darek siedział w przychodni wielkiego szpitala, na korytarzu przed gabinetem lekarskim. Na krzesłach ustawionych rzędem pod ścianami czekało wielu ludzi. Niektórzy wertowali leniwie jakieś gazety, większość jednak spoglądała pustym wzrokiem przed siebie. Czas płynął wolno i wydawał się jakiś tłusty i śliski. Pan Darek dłubał w nosie, potem zaś wiercił się na krześle, podnosząc w górę raz jeden, raz drugi półdupek.

– Żyżyński! – powiedziała pielęgniarka, wychyliwszy głowę przez drzwi gabinetu. Nieduży, zasuszony facecik poderwał się nagle i podbiegł do niej, jakby te parę sekund miało jakieś znaczenie. „Gość musi być ostatni w książce telefonicznej” – pomyślał pan Darek i rozbawiło go to trochę.

* * *

A potem usłyszał własne nazwisko. Wstał, podszedł.

– Pan wejdzie – mruknęła pielęgniarka. Była bardzo zmęczona i bardzo brzydka. Pan Darek przekroczył próg gabinetu. Pod ścianą, przy oknie stał lekarz w białym kitlu i oglądał zdjęcie rentgenowskie. Nie odwrócił się.

– Wie pan, co to jest? – powiedział pokazując coś na zdjęciu długim, chudym palcem. – Nie – odparł pan Darek.

– To jest rak – rzekł lekarz.

– No i co z tego, panie doktorze? – spytał pan Darek.

– To pański rak – stwierdził lekarz – wielki jak ruski czołg.

Pan Darek nie odpowiedział. Rozejrzał się i opadł miękko na krzesło. Doktor poprawił okulary na nosie.

– Wypiszę panu skierowanie do Centrum Onkologii – rzekł – ale u nich teraz krucho z terminami. Musi pan tam pójść jak najszybciej.

To powiedziawszy, usiadł za biurkiem i zaczął zamaszyście skrobać coś na świstku papieru.

– Ile? – spytał pan Darek po dłuższej chwili.

– Co ile?

– Ile jeszcze mi zostało?

– A ja wiem? – żachnął się lekarz – miesiąc, rok, dziesięć lat... Szykuj się pan w każdym razie.

* * *

Pan Darek wyszedł ze szpitala z kopertą pod pachą i świstkiem w dłoni. Śnieg sypał gęsto. Na parkingu przy szpitalu stało kanciaste daewoo. Pan Darek otworzył bagażnik i wrzucił kopertę. Świstek schował do tylnej kieszeni spodni. Podreptał w miejscu, żeby się rozgrzać i wsiadł do samochodu. Przez chwilę siedział w milczeniu, wpatrując się w pokrytą mokrym śniegiem szybę, potem włączył radio.

– „Jeśli odpowiecie, kochani, na pytanie w naszym konkursie…” – darł się spiker w rytm słodkiej melodii – „…trzy zestawy płyyyyt już tu czeeeeekają!…”

Pan Darek machinalnie przestawił kanał.

– „…Dokonały serii nalotów na pozycje przeciwnika…”

Klik. Następny kanał.

– „…W naszej audycji >>Wędrówki w przyszłość<< porozmawiamy dzisiaj o miłości. Zaprosiłam do studia księdza Sebastiana Faworka” („dzień dobry” – powiedział ksiądz nabożnie) „i profesora Jana Kurczaka, seksuologa” („dzień dobry” – powiedział seksuolog perwersyjnym barytonem)...

Klik.

– „…Tu Mirek ze Wschowy... witam wszystkich... no, ja chciałem... zauważyć, że z tą eutanazją to już chyba żeście przesadzili...”

Klik.

Klik.

* * *

Prawdę powiedziawszy, pan Darek nie zamierzał na nic się szykować. W jego spokojnej duszy nie miała też miejsca żadna wojna wewnętrzna. Po dłuższym namyśle wyjął skierowanie z kieszeni i przypalił płomieniem zapalniczki. Niewielki papierek zajął się momentalnie, a żarzące się resztki pan Darek upchnął do samochodowej popielniczki.

– Ile pociągnę, tyle pociągnę – powiedział do siebie.

Pan Darek miał zdrową pewność, że na tym padole atrakcje przewidziane dla niego w ramach abonamentu zostały już dawno wykorzystane. Nie zamierzał też podpisywać z operatorem nowej umowy.



* * *

Pan Darek wciąż miał jednak daleką i obcą świadomość śmiertelnego niebezpieczeństwa. Dodawała mu ona dziwnej lekkości, lekkości, jakiej dotąd w życiu nie czuł. Prawdę powiedziawszy, pan Darek nigdy nie był gołębicą ani orłem. Przypominał raczej dobrze wypasionego indyka. Tym bardziej frapowała go wspomniana lekkość. Także teraz, siedząc za kierownicą daewoo, oddawał się rozmyślaniom na temat nagłej przemiany swojej „conditio humana”.

– Wolny?

Facet w płaszczu narzuconym na garnitur. Na ramieniu miał sporą, kwadratową torbę. Stał przy taksówce i pukał w szybę. Pan Darek skinął głową wyrwany z zadumy. – Tak, wolny, wolny – wykrztusił.

Facet obszedł samochód dookoła, otworzył tylne drzwi i skinął na kogoś stojącego w cieniu. W świetle dworcowej latarni ukazał się inny mężczyzna, wysoki, krótko obcięty, w skórzanej kurtce. Pan Darek kątem oka dojrzał, że tamten, nim pofatygował się do taksówki, szybkim ruchem wyrzucił jakiś przedmiot do kosza na śmieci. Przedmiot kształtem przypominał telefon komórkowy.

– I jak? – spytał facet w płaszczu swojego towarzysza, gdy ów znalazł się już w samochodzie.

– Wyjąłem – odparł ostrzyżony.

– Dokąd jedziemy? – rzucił pan Darek, spoglądając w lusterko wsteczne. Gość w płaszczu spojrzał na ostrzyżonego i podniósł pytająco brwi. – Koszykowa, tylko szybko – powiedział tamten.

Pan Darek przekręcił kluczyk w stacyjce i daewoo zarżało radośnie. – Ta od Rozdroża czy ta od Hali?

– Koło wojska, przy filtrach.

Pan Darek włączył taksometr. Złote kilometry znów popłynęły równomiernym strumyczkiem.

* * *

W czasie jazdy faceci prowadzili intrygujący dialog.

– Ostatnio – powiedział ten w płaszczu – oddałem garnitur do pralni. – Stara ci nie pierze? – spytał ostrzyżony.

– Ona ciągle eksperymentuje. Co reklamę zobaczy, to zaraz kupuje. Sruks, Tiks, Bonuks, zielone granulki, czerwone granulki, ciekły tlen, chuje-muje i dzikie węże. Nie dam babie ulubionego garniaka, żeby mi go spaliła jakimś, kurwa, sprężonym azotem.

– No i co w tej pralni?

– A co miało być? Wyprali.

Pan Darek skręcił z Niepodległości w Koszykową. – Widzi pan te światła?

– Tak.

– Tam w prawo, na chodnik, i czekamy.

Daewoo niezgrabnie wtarabaniło się na chodnik, pokonując wysoki krawężnik. – Silnik, światełka i te sprawy – powiedział facet w płaszczu. Stali w ciemności i w ciszy.

– Która godzina? – rozległ się szept z tylnego siedzenia.

– Trzecia piętnaście – odparł pan Darek rozbawiony tą konspiracją.

– A można tu zajarać?

– Tylko proszę odkręcić szybę.

Usłyszał pstryknięcie elektrycznej zapalniczki, a zaraz potem we wstecznym lusterku ukazały się dwa jarzące się pomarańczowo punkciki. – Jeszcze szyba – szepnął pan Darek.

– No a gdzie ta pieprzona wajcha? – spytał któryś z pasażerów nerwowo i zaczął się wiercić. Po chwili rozległo się znajome skrzypienie i do wnętrza samochodu wpłynęło chłodne, nocne powietrze.

* * *

Ciszę przeszył ostry jak brzytwa szept.

– Kurde balans, już są!

Z bramy, tuż przed maską daewoo, wyszła para, wysoki brunet i równie postawna blondynka, trzymająca go pod rękę. Przytuleni do siebie, wolnym krokiem ruszyli po zaśnieżonym chodniku.

– W dupę jeża! – syknął ten w płaszczu – mieli być później! – No co ja poradzę... – jęknął ostrzyżony.

Faceci na tylnym siedzeniu zaczęli w pośpiechu wypakowywać jakieś przedmioty z kwadratowej torby.

– Jedź pan za nimi! – zawołał któryś z nich do pana Darka – ale już!

Pan Darek przekręcił kluczyk w stacyjce. Zagrzechotał dieslowski silnik, samochód wyjechał na wąską ulicę. Kiedy mijali spacerującą parę, rozległ się klekot automatycznej migawki, a wnętrze samochodu rozświetliło się błyskami flesza. Pan Darek zerknął do lusterka – facet w płaszczu, akrobatycznie wygięty, fotografował spacerujących, którzy zdumieni stali na chodniku i trzymali się kurczowo za ręce.

– Tera chodu! – wrzasnął ostrzyżony, a pan Darek depnął na gaz. Koła zabuksowały w śnieżnym błocie, zaraz jednak daewoo ruszyło swoje reumatyczne gnaty. Odjechali.

* * *

Następnym dźwiękiem, który usłyszał pan Darek, był szelest banknotów.

– Powinienem ci potrącić z doli – powiedział facet w płaszczu do ostrzyżonego. – A czemu? Wszystko poszło jak trzeba – zdziwił się tamten. – Wypieprzyłeś mi futerał od lampy błyskowej.

– Sam mówiłeś, żebym wywalił, bo jest podarty.

– A co to jest?

Ostrzyżony pochylił się nad kwadratową torbą.

– Futerał – stwierdził.

– Jaki futerał?

Ostrzyżony zastanawiał się dłuższą chwilę.

– Podarty – powiedział w końcu.

– Czyli który wypieprzyłeś?

Cisza.

– Wypieprzyłem dobry.

– Oh, how did ya get it?

Znów milczenie. Sunęli przez opustoszały plac Zawiszy. – Która godzina? – spytał fotograf. Pan Darek ocknął się z zamyślenia. – Trzecia czterdzieści – powiedział. – Trochę późno.

– Albo wcześnie, zależy z której strony patrzeć – zażartował ostrzyżony.

Nikt się nie zaśmiał.

– Nie bądź taki wesoły, bo jeszcze nie zapłaciłem – mruknął fotograf. Pan Darek spojrzał na terminal, nie było żadnych zgłoszeń.

– Panie kierowco, lecimy na Żoliborz – powiedział fotograf, zamykając swoją torbę – na Klaudyny.

– A ja? A ja? – spytał ostrzyżony – ja muszę do Otwocka! – Dasz sobie radę, przyjacielu. Jak zawsze...

* * *

Wśród dwudziestopiętrowych bloków na Klaudyny panu Darkowi było stosunkowo przytulnie. Zaparkował pod niechlujnie wymurowanym śmietnikiem i otworzywszy drzwi samochodu, zapalił papierosa. Zgłosił rejonk, wystukując kombinację cyfr na terminalu. Czekał. O czwartej nad ranem miasto było spokojne i senne. Pan Darek lubił pracować nocami, ciemność wpływała na niego kojąco, zatarte kształty i kontury, ludzie bez pochodzenia i przeznaczenia, puste, szerokie ulice – wszystkie te obrazy stanowiły łagodny okład na duszę pana Darka, tak jakby dawno już przeczuwał to, czego dowiedział się na swój temat od lekarza w pewien styczniowy poranek.

* * *

Zajęty był właśnie kontemplacją przedmiotów, które pozostawiono na śmietniku ich własnemu losowi, gdy terminal wydał z siebie ostrzegawcze piknięcie. Pan Darek oderwał wzrok od pokancerowanej radzieckiej lodówki marki „Mińsk” i zerknął na zielonkawy ekranik. 12 Kochanowskiego 20 pilne – przeczytał. Zgodnie z procedurą potwierdził zgłoszenie. Informacja zwrotna brzmiała: Kochanowskiego 20 – przy sklepie – Kowalski – szybko. Pan Darek wiedział, że klient, który podaje nazwisko Kowalski, bez dokładnego adresu, zawsze jest trochę podejrzany. Mimo to przyjął kurs, kierując się zdrową zasadą, że lepsze jest coś, niż nic. Jak mawiał pewien profesor filozofii do swojego dziecka w wieku niemowlęcym, gdy płakało:

– Synu, zrozum, byt jest, a niebytu nie ma.

* * *

Po ulicy Kochanowskiego ostatni pług śnieżny przejeżdżał dobre parę lat wcześniej. Daewoo, rzężąc, brnęło w głąb śnieżnej zaspy, a pan Darek rozglądał się w poszukiwaniu sklepu i pana Kowalskiego. Ktoś machał na niego z oddali i przestępował niecierpliwie z nogi na nogę, a w końcu zaczął biec w stronę taksówki. Młody chłopak, zdyszany, trzymał w rękach kartonowe pudełko z napisem „Polmos Stalowa Wola”.

– Szybko... szybko... – wystękał, otworzył tylne drzwi samochodu i delikatnie położył pudełko na siedzeniu. Potem sam wsiadł i chusteczką do nosa zaczął wycierać pot z czoła.

– Jedziemy... niech pan rusza...

– Co, wódkę weselną pan eskortuje? – spytał pan Darek z przekąsem. – Nie... do lecznicy... chyba pan wie, gdzie jest jakaś lecznica? – Lecznica?

Samochód ostrożnie toczył się po śniegu.

–... dla zwierząt lecznica... – wyszeptał młody człowiek, a z pudełka rozległo się zduszone miauknięcie.

Pan Darek wcisnął mocniej gaz i ruszył w stronę Powązek. – A co kotku jest? – zapytał.

– Sam... nie wiem... znalazłem go tam, pod klatką schodową... wie pan, ja nie jestem całkiem trzeźwy... ale wytrzeźwiałem, od razu... – mówił chłopak –... może ktoś go kopnął, albo samochód go potrącił... nie wiem...

– Lecznica jedna jest przy Towarowej – stwierdził pan Darek – jeździłem tam z psem, jak połknął żabę.

Kot w pudełku jęknął żałośnie.

–... O kurwa, on mi tu zaraz umrze... – wybełkotał chłopak i ponownie otarł sobie czoło chusteczką.

* * *

– Rzuciła mnie kobita... – powiedział młody człowiek i zajrzał do pudełka –… po sesji chcą mnie wywalić ze studiów... i jeszcze ten kot... ja pierdolę…

– A czemu pan podał dyspozytorce nazwisko Kowalski? – rzucił pan Darek. – Bo ja… bo ja… naprawdę się nazywam Kowalski... – Aha…

Pan Darek zadumał się nad tym ogromem nieszczęść. Jechali wzdłuż muru starego cmentarza na Powązkach. Zerwał się wiatr i nagie drzewa zrzucały z gałęzi śniegowe kożuchy.

– A ja myślałem, że pan jedzie ze skrzynką gorzały! – zaśmiał się pan Darek, głośno myśląc.

– Chciałbym – odparł student spokojnie – to by mi pozwoliło zachlać się na śmierć. – Facet! Z powodu jednej dupy?

– Nie, proszę pana. Ze smutku.

Pan Darek zaczął się nad czymś usilnie zastanawiać. – Panie student?

– Słucham.

– Mogę sobie zajarać? Niby to moja taksówka, ale wie pan, co klient, to klient... – Jaraj sobie pan. I poczęstuj – odparł chłopak, głaszcząc kota w pudełku.

* * *

Palili. Wkrótce też dojechali pod niewielki budynek ze świecącym niebiesko neonem „CAŁODOBOWA LECZNICA DLA ZWIERZĄT”. Pan Darek zaparkował na chodniku, taranując zderzakiem pracowicie przez kogoś wzniesioną górę zgarniętego śniegu.

– Jesteśmy – powiedział pan Darek.

– Fajnie – odparł młody człowiek i zgasił papierosa na pudełku z kotem.

– Tu wyjęli ropuchę z mojego psa – dodał dobitnie pan Darek – pienił się, jakby zeżarł kostkę mydła.

– Pies się pienił?

– No a kto? Pies.

Przez chwilę milczeli. Pan Darek dopiero teraz zorientował się, że nie włączył taksometru.

– Wie pan, co to jest samotność? – spytał student i hałaśliwie wytarł nos w chusteczkę.

– Nie bardzo – odparł pan Darek – nie zastanawiałem się.

– To jest właśnie ten zdychający kot w kartonowym pudełku – powiedział student.

Piotr Kofta

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas