poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MONIKA MOSTOWIK
DAMA PIK (z cyklu „Histeryjki o May”)
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

Kiedy wyjechał po raz pierwszy, zauważyłam, że do niczego się nie nadaję, a tym bardziej do bycia samej. Nie miałam co prać ani prasować, żeby zostawił przynajmniej jedną koszulę, jedną parę spodni, prałabym je w kółko i prasowała. Odpruwałabym guziki i przyszywałabym, a tak to nudziłam się strasznie. Kiedy wyjechał, zegar nagle stanął, bo w końcu tylko on go nakręcał, jakby specjalnie kupił taki stary zegar, żeby teraz ta cisza – ta jego nieobecność – dawała mi się we znaki. Nie potrafiłam sama nawet otworzyć butelki wina, nigdy nie próbowałam tego wcześniej, a w sklepie nie otwierają, popatrzyli na mnie jak na idiotkę, bo przecież nie pijaczkę, byłam zbyt ładnie ubrana i poprosiłam o paragon. Każdy napotkany facet wydawał mi się wtedy wystarczająco dobry, żeby tylko potrafił otworzyć butelkę wina. Nalać już umiem sama, w laniu zawsze byłam dobra, wino czy woda, nie ma to większego znaczenia. Wtedy pojawiła się ona, że ma dla mnie list, że listonosz pomylił skrzynki, dopiero kiedy wyszła, czyli za okrągły rok, zobaczyłam, że sama go napisała. Tak łatwo dałam się zwieść, ale to wina tego wina.


Może to mieszkanie taki miało urok, że ludzie z niego wychodzili, wszyscy oprócz mnie, może nie jestem człowiekiem, może wtedy nie byłam. Ilekroć usiłowałam wyjść, źle się to kończyło, zwłaszcza dla innych, których miałam za zupełnie innych. Można było przecież udawać, że się jest ślepą, przecież wiedziałam, jak to jest, mrużyć oczy i mrugać często, i spuszczać głowę, wtedy nalewali mi wina i mówili „na zdrowie”, jakby przeczuwali, że kiedyś będzie mi go brakować.


Ilekroć brałam prysznic, miałam wrażenie, że ona jest tą pianą, która spływa po moich plecach, albo szamponem, który wdziera się w moje włosy. W liście nie napisała nic, czego bym nie odkryła przez ten rok. Może powinnam była zostawić coś na potem, zamiast odkrywać wszystko od razu, wtedy wystarczyłoby mi na dłużej, może nawet na dwa lata. Tylko czy jej by też wystarczyło, a poza tym, czy po dwóch latach jest łatwiej? Minęło już trochę czasu, a ja nadal nie umiem otwierać wina, być może robię to na złość, ale nie można przecież wszystkiego robić samej. Trzeba zostawić innym trochę przestrzeni, inaczej nigdy do ciebie nie przyjdą.


Może gdybym tak często nie zmieniała adresu, łatwiej byłoby do mnie trafić, ale wcale nie jest łatwo spacerować tymi samymi drogami, tylko z inną osobą, wtedy wszystko jest banalne, nawet spacer, a skoro już wyszłam z domu, to nie może być byle co.

Chodziłam po parku tam i z powrotem. Myślałam, że jeszcze długo mi się nie znudzi. Skoro siedemdziesiąt metrów kwadratowych mojego mieszkania nie znudziło mi się przez lata, po hektarach parku mogę spacerować do końca życia. Pewnego dnia znalazłam na ławce torebkę. Rozglądałam się dokoła, ale nikogo nie było. Przyszłam tam następnego dnia, nadal nie spotkałam nikogo, kto szukałby czegokolwiek. Wywiesiłam ogłoszenie na słupie, ale nikt nie zadzwonił. Może byłam niecierpliwa, może powinnam była poczekać parę dni, ale ja po kilku godzinach byłam już wykończona tym oczekiwaniem. W końcu otworzyłam ją. Nie było w niej nic cennego, parę monet, klucze, opakowanie po gorzkiej czekoladzie, nienaruszona paczka chusteczek higienicznych i list – otwarta koperta bez adresu zwrotnego. Zadzwoniłam do biura numerów, ale powiedzieli, że pod tym adresem numer jest zastrzeżony, nikogo nie interesowała ta torebka. Kiedy w parku zrobiło się zimno, postanowiłam w końcu iść pod ten adres. Pukałam, ale nikt nie otwierał. Zostawiłam kartkę w drzwiach, ale kiedy pojawiłam się tam za parę godzin, nadal tam była. Klucze z torebki pasowały do zamków w drzwiach. Weszłam ostrożnie, nie jak włamywaczka, bo zapowiadałam się od progu. Wołałam, że chciałam oddać torebkę i że od kilku dni usiłuję kogoś zastać, i że numer jest zastrzeżony, i że nikt nie odpowiedział na ogłoszenie w parku. To było piękne mieszkanie. Ktoś naprawdę miał dobry gust. Było w nim tyle ciepła i tajemnicy, choć nie wiem, czy jedno wynika z drugiego. W kuchni jakby przed chwilą ktoś był. Niedopita herbata, talerz po jajecznicy jeszcze nie został umyty, a drugi czysty leżał wciąż na stole, jakby na kogoś czekano. Usiadłam przy tym stole i czekałam. Nasłuchiwałam. W końcu poczęstowałam się herbatą i pozmywałam naczynia. Chodziłam po mieszkaniu i zastanawiałam się, kto może tu mieszkać, kobieta czy mężczyzna. Nigdy nie byłam pewna, po czym się to poznaje. Postanowiłam przyjrzeć się łazience. Na sznurku wisiały ociekające wodą pończochy, ale czy to o czymś świadczy? Zestaw kosmetyków był raczej damski, choć perfumy – głowę bym dała, że były męskie. Różane mydło było prawie całkiem zużyte i rozmoczone. Ktoś chyba często mył ręce. Mały ręcznik, który wisiał obok umywalki, był wilgotny. Odkręciłam wodę, chwyciłam miękką resztkę mydła i obracałam ją w dłoniach. Nie wiem, co w tym było takiego przyjemnego, ale nie mogłam przestać. W kółko myłam ręce i wycierałam. „To kobieta” – pomyślałam i jakoś zrobiło mi się z tego powodu lepiej. Czułam się bardziej u siebie, ale nie mogłam się jej doczekać. Zastanawiałam się, jakiego koloru są jej włosy. Znalazłam szczotkę w sypialni, ale nie było na niej włosów. Za to w koszu odkryłam cały kłębek rudych włosów. „Też kiedyś byłam ruda” – przypomniałam sobie i chyba zaczęłam żałować, że zafarbowałam włosy na czarno. Ciekawe, czy ona też kiedyś je zafarbuje. Co chwilę patrzyłam na zegarek, zupełnie, jakbym wiedziała, że o jakiejś konkretnej godzinie mogę się jej spodziewać, dopóki nie zauważyłam, że zegar stoi. Nakręciłam go i miałam nadzieję, że nie będzie miała mi za złe, że ingeruję w jej życie. Niektórzy po prostu lubią, kiedy zegary stoją w miejscu, a to w końcu jej mieszkanie. Czy ucieszy się na mój widok? A może raczej się przestraszy? Posądzi mnie o kradzież, albo pomyśli, że jestem jakąś wariatką? Było mi wszystko jedno, chciałam ją tylko poznać. Zastanawiało mnie tylko, że nie brakuje jej tej torebki, że nie szukała jej w parku. Może wcale nie chciała jej odzyskać? Może chciała ją zgubić, żeby ktoś ją znalazł? Ale jeśli tak, to czy będzie zadowolona, że to właśnie ja ją znalazłam? Postanowiłam upiec ciasto, żeby ją tym udobruchać. Pomyślałam, że może lubi czekoladowe, skoro w torebce miała opakowanie po czarnej czekoladzie. Brakowało w domu kilku składników, więc zeszłam na dół do sklepu.

– Czy kojarzy pani może, kto mieszka tutaj pod piątką? – zapytałam sprzedawczynię.

Popatrzyła na mnie niewyraźnie, poczułam się jak jakiś szpieg. Bałam się, że ją nastraszą i nie wejdzie na górę, że wpadnie zamiast niej policja, bo zgłoszą, że się tam wkradłam. Uśmiechnęłam się, jak tylko umiałam najserdeczniej, i miałam nadzieję, że zapomni, że w ogóle o cokolwiek oprócz mąki i mleka pytałam.

Ciasto wyszło cudowne. Pachniało czekoladą w całym domu. Tak chciałam, żeby już wróciła. Jeść ciepłe ciasto to takie wspaniałe uczucie, nie chciałam, żeby ją to ominęło. Kiedy się obudziłam, ciasto już wystygło, a jej nadal nie było. Zjadłam kawałek, popiłam mlekiem. Kiedy się je coś w samotności, wcale tak nie smakuje, dlatego postanowiłam z resztą poczekać na jej powrót, chociaż byłam strasznie głodna. W tym mieszkaniu było bardzo cicho, jakby nikt nie mieszkał w całej kamienicy. Nie znalazłam żadnego radia ani odtwarzacza płyt. „Może jest głucha” – pomyślałam. Postanowiłam czekać na nią do skutku. Zadomowiłam się na dobre. Chodziłam tylko na spacery do parku i wracałam jak do siebie. Bałam się, że wyjechała na długo, ale przecież nie na zawsze, bo zostały wszystkie jej rzeczy, nawet szczoteczka do zębów. Pomyślałam jednak, że sama miałam czasem ochotę po prostu wyjechać i wtedy nie brałabym nawet szczoteczki do zębów. Można ją kupić w każdym kiosku, zupełnie jak wszystkie inne rzeczy, których zazwyczaj nie potrzebujemy. Miałam jednak nadzieję, że jej nie przyszedł do głowy ten głupi pomysł. Gdyby tylko wiedziała, że ktoś tu na nią czeka, z pewnością wróciłaby od razu. A może coś złego jej się stało? Może powinnam iść na policję? Postanowiłam poczekać jeszcze parę dni.

Z niecierpliwości wyłamywałam palce ze stawów w takt tykającego zegara, aż bolały mnie tak bardzo, że musiałam iść spać.

Długo jeszcze nasłuchiwałam jej kroków na schodach, ale one skrzypiały same z siebie, czy ktoś po nich szedł, czy nie. Wyglądałam przez okno, ilekroć podjeżdżał samochód, ale żadna z wysiadających postaci nie pasowała do wizerunku, który sobie wymyśliłam, ani nawet nie zmierzała w stronę tej kamienicy. Z nudów zaczęłam wąchać firanki, żeby coś wyczuć w tym mieszkaniu, jakiś podstęp. Może ta kobieta nie zamierza wrócić, zostawiła to wszystko dla mnie, żebym ją zastąpiła. Niektóre kobiety tak robią, wiem o tym. Zupełnie jak ta dama na dworcu w Warszawie, zostawiła mi swoją walizkę, żebym się mogła nią zająć. Potem najwidoczniej się rozmyśliła i policja w nic mi nie uwierzyła, tak jakby mi były w ogóle potrzebne czyjeś bagaże.

Kolejne śniadanie zjadłam sama, choć strasznie tego nie cierpię. W końcu zdecydowałam się otworzyć list, bo skoro miałaby zostawić tę torebkę specjalnie, to z pewnością chciała, żebym go przeczytała. Oblizałam palce z dżemu, żeby sobie tę chwilę osłodzić, i wysunęłam z koperty zmiętą kartkę. Zakręciło mi się w głowie, kiedy tylko przeczytałam nagłówek:


„Droga May,


Wybacz, że posądzałam Cię o te wszystkie rzeczy, o których najprawdopodobniej (bo wciąż nie mam co do tego pewności) nie miałaś nawet pojęcia. Lubiłam te nasze sobotnie karciane wieczory, ale odkąd zaczęłaś przychodzić sama, wszystko zaczęło się psuć. Już wcześniej widziałam, jak na siebie patrzycie. Ilekroć przebijałaś jego kartę damą pik, widziałam, jak przechodzi go dreszcz, którego nie da się ot tak zatrzymać. Ilekroć mijaliśmy się na schodach, wasze spojrzenie zabijało mnie, gdzieś w środku za każdym razem coś we mnie umierało. W końcu zdaje się wszystko umarło, przestałam czuć do niego cokolwiek oprócz żalu. On nie przyznał się do niczego, ale nie musiał, przecież wszystko było widać jak na dłoni, byłam głupia, że wcześniej odtrącałam od siebie tę myśl, te podejrzenia. Wierzę, że kocha Cię tak mocno, jak mnie kochał, kiedy się poznaliśmy. Wtedy też spojrzenia w zupełności mi wystarczały, ale w końcu chciałam zbyt wiele, chciałam słów, choć jemu wydaje się, że chodzi mi tylko o pieniądze. Piszę do Ciebie, żebyś wiedziała, że taka jest kolej rzeczy i kiedyś Ty napiszesz taki właśnie list do innej swojej sąsiadki. Odkąd się wprowadziliśmy, czułam, że ta kamienica ma w sobie coś dziwnego i coś dziwnego w nas powoduje. Jakby z tych murów wydzielała się trucizna, która przez skórę przedostawała się do naszych myśli. Za każdym razem, kiedy przypierał mnie do muru, czułam, że nie mogę tu dłużej zostać. Tobie też radzę, zanim cokolwiek więcej się stanie, żebyś stąd uciekła. Mam wrażenie, że zaprzyjaźniłyśmy się, choć ty zawsze traktowałaś mnie jak małe futrzane zwierzątko, które trzeba nazywać jakimiś głupimi zdrobnieniami. Podaję swój adres, gdybyś jednak chciała mnie kiedyś odwiedzić, bo choć teraz nie mam Ci nic więcej do powiedzenia, czuję, że zaczyna się dla mnie jakiś nowy rozdział i że wiele się dopiero teraz wydarzy. Zaczynam żyć naprawdę, uwolniona od tych murów, od niego, od waszych spojrzeń.

Emilia”.

Popatrzyłam na kalendarz, była sobota. Kiedy pokonałam odrętwienie, zrobił się wieczór. Kiedy przekonałam siebie, że to przecież moje mieszkanie i że to ja – May – zrobiła się północ. Przebrałam się w sukienkę, w której lubił mnie najbardziej, i poszłam. Zaczęłam nienawidzić tych schodów, na których wyczekiwałam swoich własnych kroków. Splunęłam. Zapukałam.

– Dobry wieczór, May. Miałem nadzieję, że w końcu przyjdziesz.

Tego wieczora nie graliśmy w karty, ale w coś zupełnie innego. Dama pik tak czy owak jak zwykle wygrała.

Monika Mostowik
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas