poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
IGNACY KARPOWICZ
Sonia
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

Dawno, dawno temu – tak Sonia zaczynała szczególne zdania, w których nie pojawiały się krowy, kury i świnie, święta, chleb i podatki, sianokosy, wykopki i gradobicia, tak zaczynała zdania, które grzęzły gdzieś w krtani, zatrzymywały na gładkich, bezzębnych dziąsłach, by ześliznąć się na powrót w ciało, do płuc, serca i kurzu, zbijającego się w kłębki pośród starych, zużytych narządów. Ale niekiedy, po tym dawno, dawno temu, niekiedy jednak słowa pokonywały opór, przebijały tkankę mięsa i czasu, wybrzmiewały do końca, i dopiero wtedy zagłębiały się w ciele: przez uszy zawędrowywały do mózgu, tam szukały sobie miejsca, tam czekały, aż sen rozluźni zdarzenia, aż poluzuje problemy – wtedy, który to już raz, słowa śniły się jako historie, i dobre, i złe, zależy, którędy patrzeć, kiedy się obudzić.

Minęło dziesięć, trzydzieści i pięćdziesiąt lat, lecz dla Soni od dwudziestu, czterdziestu i sześćdziesięciu lat to było równie dawne dawno temu. A po tym dawno i temu, po tym zawsze odżywał akuratnie ten sam czas: gdy Sonia, bardzo młoda, nażyła się i naczuła tyle, że potem już ani żyła, ani czuła. Ot, machała wiązką palców, poszły korki, bezpieczniki. Bo człowiek, zwykła mawiać, nie jest zrobiony z trwałego materiału, składa się z tego, co je: z mleka, mięsa i pieczywa, z owoców, grzybów, prosfory i soli. O tak, zwłaszcza z soli. To ona nadaje całości jakiś smak, kształt, to ona sprawia, że człowiek się nie psuje, nie gnije, tylko usycha, aż przypomina wyleżaną w słońcu i deszczu kość.

Bo jak człowiek, a na pewno kobieta, za dużo czuje i za szybko żyje, to mu gdzieś coś iskrzy, iskrzy, a potem cała instalacja do niczego się nie nadaje: Pan Bóg, Nasz Hospodi, nie przyjmuje gwarancji, a nieraz zapomina wysłać majstra, co kosą podcina nogi, ścięgna i wiązadła, żeby jaka taka przejściowa czystość i porządek panowały, nim nadejdzie czystość prawdziwa złoconych kopuł i porządek ostateczny, odbijający się w ciemnych oczach świętych na ścianach cerkwi.

Sonia wyciągnęła szpikulec łańcucha, na którego końcu spokojnie stała łaciata krasula. Krowa przeżuwała trawę i dawała mleko, cieliła się co dwa lata, dostarczała mięsa i skóry, produkowała – co prawda niewielkie, ale zawsze – pieniądze. Produkowała te pieniądze niby mennica państwowa nawet wtedy, gdy spała, albo gdy spod ruchliwego ogona strzelał krowi placek. łąka żywiła krowę, krowa, żywiąc miastowych, żywiła Sonię. Tak już ten świat urządzono, że aby jeść mogli jedni, jeść muszą drudzy. Bo jak wszyscy przestaną jeść, mówiła Sonia, to świat wychudnie, a jak świat wychudnie do szczętu, to bobrowe sadło i szeptuchy nie pomogą.

Sonia, wyciągnąwszy szpikulec i wyczekawszy chwili, gdy oddech przestał boleśnie odbijać się od żeber, oparła się ciężko na sękatym kiju, poprawiła chustkę, zacmokała: nu, Mućka, paszła, powiedziała do krowy. łaciata mleczarnia, samobieżna i nabrzmiała w wymionach, spojrzała na Sonię najbrązowszym brązem swoich oczu, na dnie których rosły trawy, przelatywały gzy, a u wodopoju – przepływały maleńkie, kolczaste rybki, kaluczki, pożytek z nich tak mały, jak i one same, ale małe i nieprzydatne w czas dostatku staje się wielkie i niezbędne w czas głodu i wojny.

Sonia wolniutko ruszyła, nawet nie spojrzała za siebie, przez ramię, lewe na zły urok, prawe na odczarowanie, bo wiedziała, że krasula zna drogę: wydeptaną, wąską ścieżką, opadającą łagodnie aż do stratowanego kopytami brzegu rzeki, tam krowa wypije ze dwa wiadra wody, a babuleńka wyciągnie z kieszeni najtańszego miętusa. Potem pod górę, trzeba będzie przystanąć ze trzy razy dla złapania oddechu, a jak piaszczysty pasek wychynie zza krzaków, wtedy już bez nerwacji starczy pozwolić nogom zanieść się do chałupy.

Piaszczystą drogą czasem przemyka samochód na białostockich albo nawet warszawskich numerach, wstydliwie przemyka wzbijając pył, bo to pięknie oglądnąć sobie puszczę, pięknie słuchać muzyki łupu-cupu na dwunastu głośnikach, pięknie dotrzeć do daczy na końcu niczego: będzie ze trzy godziny ze stolicy, jak w Jankach się nie zaczopuje, pięknie odpoczywać i mówić, że spokój, że natura, sarenki podchodzą pod okno, a w najbliższym sklepie taniej niż w hurtowni, ale mniej pięknie, że przydrożne domy zbutwiały, a w zbutwiałych domach mieszkają zbutwiali ludzie.

I właśnie – jak w bajce, gdy królewicz przejeżdżający na koniu rozpoznaje w wieśniaczce swoje przeznaczenie, szczęście, dzieci i przekleństwo mezaliansu – przejeżdża trzystukonna limuzyna: zza przyciemnionych szyb nie prześwitują twarze, bo nadto zbrązowiały na solarium, na Dominikanie, w SPA, nadto zszarzały w operze, na premierze, od kokainy. „Widziałeś”, przemówi kobiecy głos, „tę staruszkę z jakimś zwierzęciem? Łaciatym i z rogami. To takie malownicze”. Męski głos, wymówiwszy modne imię: Saro, Dżesiko, Aldono, zaprzeczy: „chuj nie malownicze. Malowniczy to jest obraz, a ty za dużo czytasz”. A może wołacz to przesada? Tego już w szkołach nie uczą, w telewizji nie używają, a w tabloidach korektorki dostają globusa z wkurwienia. Może mianownik pospolity: „Sara, Dżesika, Aldona”, a następnie: „pierdolisz jak potłuczona. Lepiej sobie coś wciągnij”.

I właśnie jak w bajce – tyle że zamiast konia napędzanego trawą mamy trzysta koni napędzanych benzyną – dochodzi do spotkania światów. Obłe cielsko mercedesa klasy S, opalizujące szaro niby wyrośnięty żuk, nieruchomieje. Krasula kicha, przeżuwa trawę zmagazynowaną w którymś z licznych żołądków, przestawia kopyta i można by powiedzieć, że ma wszystko w dupie, gdyby nie fakt, że nie ma takiej dupy, która wszystko by pomieściła. Sonia wykorzystała rękę jak daszek, ręka – teraz zrogowaciała, z wrośniętymi drzazgami, odciskami, z historią dziesiątek krzyżyków – pozwala więcej zobaczyć: „tfu”, myśli Sonia, „prystali i buduć szczać”.

Wypróżnianie pęcherza na łonie natury nie zachodzi. Sonia pomyliła się w doborze słów, ale nie popełniła błędu w ocenie tego, co nastąpi, bo Sonia nie chciała niczego konkretnego powiedzieć; tak jak po zimie przychodzi wiosna, tak po zatrzymaniu samochodu z warszawską rejestracją przychodzi coś niewłaściwego: zaraz ktoś wysiądzie, a potem: lanie, sranie albo rzyganie, jeśli nie ciało, to duch: robienie zdjęć, nagrywanie krajobrazu, pajacyki rozprostowujące mózg, a jeśli nie ciało i nie duch – to pewnikiem się zagubili i zapytają o drogę. Na tę ostatnią okoliczność Sonia poprawiła chustę, pożałowała sztucznej szczęki pozostawionej w kredensie i nieco raźniej – jakby nie wojna, nie bieda, nie pijany listonosz – ruszyła w stronę zagrody, czekającej za zakrętem.

Mercedes znieruchomiał, kurz opadał, z głośników – tylne drzwi się rozwarły – buchnęła muzyka: w klubach to się nazywało house, po polsku: chałupa, a z niemieckiej karocy z gwiazdą na masce nawet ładniejszą niż betlejemska, być może wyprodukowanej w Chinach, jak prawie wszystko, co można kupić na świecie, a z karocy wynurzył się miastowy królewicz, zamiast berła trzymający w ręku niewielki plecak. Zamiast: „kocham, szukałem, ogłoszenia dawałem”, zamiast tego zamknęły się drzwi, muzyka, zwąca się house albo nawet trans, przycichła, pył wzleciał w powietrze, a stalowoszara karoca wyrwała z kopyta, żeby powożący mógł wreszcie prędko dotrzeć do daczy na końcu świata, wyjąć z samochodowej lodówki wódeczkę i popierdolić własną dziewczynę, ewentualnie – w niesprzyjającym splocie okolicznościowym, gdyby Sarze, Dżesice, Aldonie odklejony tips się na mózg rzucił – tejże ostatniej przypierdolić: różnica nie tak wielka; gdy orgazm przeminie, zadowolenie prawie takie samo, a zmęczenie sporo mniejsze.

Pył opadał, wóz zniknął, brzeżkiem drogi szła krasula, za krasulą – nie wiadomo, kto kogo prowadził – Sonia, a za nią chyba nic się nie ciągnęło: co miała, dawno innym ofiarowała, a czego nie miała, tego ani dać, ani ukraść mogła. Po tej samej stronie, na tym samym brzeżku, stał miastowy królewicz z plecaczkiem miast berła, a uśmiechem zamiast królestwa. Miał ci on szorty w militarne plamy i nieużyteczne kieszenie, miał koszulkę z krótkim rękawem w kolorze pomarańczowym jak siekacze nutrii, miał sandałki z zamszu jeszcze miększego, niż karakułowe futro najprawdziwszej gminnej elegantki, Wiery z Urzędu w Gródku, która raz w tygodniu jeździła własnym maluchem do Białegostoku. No po prostu, pomyślała zaintrygowana i nieco zdenerwowana Sonia – bo widać, że bez rozmowy się nie obejdzie, a zęby leżą na serwetce w kredensie, to nieładnie, że tam leżą, a nie że na miejscu u niej na dziąsłach – no po prostu taki ładny ten królewicz, że nic tylko go postawić w dużym pokoju i raz w tygodniu odkurzać z kurzu, a na święta ubierać w złocone falbanki, bufki i koszulki, palić świeczkę, w skarpetę wepchnąć ostatni pierścionek i patrzeć, patrzeć aż do akuratnego napatrzenia się, a wtedy – spać.

Miastowy młodzieniec miał imię, czego Sonia się domyślała, miał pozycję, czego już Sonia domyślić się nie mogła, miał też najwyraźniej zły humor, od którego człowiek nie umiera, ale niepotrzebnie zmarszczki się wyżynają, co ich nawet lancome z Ireną Eris Doktor nie zaszpachlują. Długo macał się po kieszeniach, zaglądał do plecaka, jak gdyby gdzieś tam zagubiła się karteczka z poradami i odpowiedziami na wszystkie pytania świata: co robić i jak żyć, czego unikać i z kim unikać, gdzie unikać i za ile. Nie wydobył jednak karteluszka, lecz papierosy w złoconej paczce, zapalił, zaciągnął się i rozkaszlał. Zdychlina, powiedziała cicho Sonia w ucho krasuli, wstrzymanej w swej samobieżności nad krzakiem i rozmyślającej nad krowią dolą: przesrane mam ja – myśli krowa – trawa, mleko, spanie, wydalanie, seks raz na dwa lata, ciąża, cielę zabierają, a ciebie tylko doją, pogadasz raz w wigilię, aż się krowie żuć nie chce – Mućka machnęła zrezygnowana ogonem.

Królewicz wydobył komórkę w bardzo najnowszym modelu, tak piękną i błyszczącą, że w sam raz umieścić ją nad Carskimi Wrotami ikonostasu, aby w wielkiej potrzebie: powódź, wojna, prawica u władzy – zadzwonić do Szefa i się naskarżyć, otworzyć serce i nieograniczony kredyt impulsów: spasi Haspod, spasi. Lecz ta komórka, choć bardzo piękna i bardzo w lipcowym słońcu błyszcząca, nie połączyła właściciela z właścicielką podobnego cudeńka po drugiej stronie, gdzieś w prawdziwym jakimś świecie: z kinami, domami towarowymi, usługami i pizzą na wynos, a klubowiczami na noc. Sonia wiedziała, że miastowy zatrzymał się w dziurze i to dziurze stukrotnej, bo: żaden operator tego kawałeczka ziemi nie pokrywał, żaden specjalista mieszkańców w statystykach nie uwzględniał, nawet pop niechętnie swoim daewoo espero zaglądał, a i to na tyle, żeby poświęcić prędko, pobłogosławić mechanicznie, kopertę do kieszeni wsunąć i tyle, tyle go widziano ze trzy razy w roku.

Bo tutaj, na końcu niczego, w Królowym Stojle nieopodal Słuczanki, stały tylko cztery chałupy. W najmniejszej mieszkała Sonia, w dwóch myszy harcowały, jako że gospodarze ułożyli się w trumnach odświętnie odziani jakoś tak za Wałęsy, teraz czasem przybywali miastowi spadkobiercy na weekend, choć raczej nieczęsto; szkoda, że nieczęsto, bo to zawsze jakaś odmiana; zaś chałupa czwarta, to już co innego, bo nowa, stawiona za panowania Gierka z pustaków i zamieszkana przez rodzinę pustaków, upiększana plastikowymi oknami z funduszu Zrywaj Truskawki w Norwegii, błyskająca szkiełkami stłuczonych butelek, z których poukładano w tynku piękne mozaiki w kwiatki, falki i paskudki, tłuste krasnale stały w ogrodzie, między grządkami kapusty a cebuli, na balkonie gipsowa balustrada, a jeszcze i kolumienki, i ganeczek, i gzymsik – najczystszy normalnie barok słuczański.

Królewicz schował telefon i stał bez ruchu, obrócony plecami do drogi, zaś oczyma do łąk i linii nieodległego lasu. Stał, zaciągając się papierosem, z opaloną twarzą skierowaną do słońca, lekko uśmiechnięty – „musi jaki durak, bez kuśki”, pomyślała Sonia wskutek uśmiechu miastowego pięknisia, a trzeba dodać od razu, za pamięci, iż zdanie Soni podzielało grono wpływowych krytyków teatralnych oraz – ale to już osobna historia – kilkoro osób bliżej zaznajomionych ze złotym chłopcem, lecz tego Sonia wiedzieć nie mogła. Zjawiskowa postać nazywała się bowiem Grzegorz Warzyna i była najgłośniejszym i najzdolniejszym (tak chcieli jedni), ewentualnie najbardziej pretensjonalnym i pozbawionym wyczucia sceny (tak chcieli drudzy) reżyserem teatralnym młodego pokolenia. Grzegorz uczynił swe nazwisko i osobę głośnymi lat temu kilka, będzie już z sześć, gdy na deskach Teatru Współczesnego wyreżyserował sztukę pod tytułem „Odruch warunkowy”.

W sztuce tej, notabene nienaśladowczej, działy się następujące zdarzenia: A (mężczyzna) zakochał się w B (mężczyzna), żyli szczęśliwie, urodziły im się bliźniaki, potem Kościół Rzymskokatolicki wyciągnął swe macki, upostaciowane jako ksiądz Tadeusz (T), by zniszczyć ich szczęście z tego powodu, że w Biblii nie znaleziono przyzwolenia, z powodu prawicowo-żydowskiego spisku, aby w związku rodzinnym zabraknąć mogło Pochwy (P), w tym momencie, gdy A i B zastanawiają się nad samobójstwem, a bliźniaki są dyskryminowane w szkole i ogólnoświatowej prasie, zstępuje Duch Święty pod postacią Pochwy (P) i dochodzi do debaty pomiędzy T a P, debaty wygranej ostatecznie przez P (P odsłania się całkowicie przed T, który widział wcześniej P tylko na niewyraźnym zdjęciu w katechizmie; T popełnia samobójstwo i za karę idzie do piekła na tysiąc lat, chyba że wypuszczą go wcześniej za dobre sprawowanie), dzięki czemu A żyć może szczęśliwie z B, a bliźniaki dostają w szkole lepsze stopnie i w prasie ogólnoświatowej pisze się o nich dobrze.

Po premierze rozpętała się sucha, bo na łamach prasy, burza: a im dłużej grzmiały grzmoty, tym głośniejszym stawał się „Odruch warunkowy” i sam Warzyna Grzegorz. Kolejne sztuki w liczbie pięć ugruntowały pozycję młodego reżysera także na polu międzyludzkim, a to dlatego, że po sukcesie teatralnym owi międzyludzie z pola zaczęli garnąć się do Grzegorza w celu zabawiania go za pomocą własnych osób. Co złośliwsi gotowi byliby przyklasnąć spontanicznemu zdaniu Soni, iż kuśka nie jest najmocniejszą stroną młodzieńca. W ten oto, niezwykle uproszczony i skrócony sposób, opowiedziano, kim zacz był złoty chłopiec.

Królewicz, opuściwszy klimatyzowane wnętrze mercedesa, czekał najprawdopodobniej na ukochaną osobę, bo ani drgnął, kiedy krasula i Sonia zbliżyły się do niego na odległość nieznaczną, wręcz domagającą się wymiany zdań, choćby jakiegoś dzień dobry, jak dojść mogę do. Królewicz, wylądowawszy niezupełnie tam, gdzie zamierzył i niezupełnie z tym, z kim zamierzył, to jest: tylko ze sobą, wpadł najwyraźniej w jakiś miejski zachwyt nad widokami, jakiś stupor; gdyby był lemingiem, pewnie by rzucił się z urwiska w nurt czegoś bliskiego i głębokiego, a ponieważ lemingiem nie był, bowiem czuł się impotentny lub immanentny – te pojęcia nieodmiennie mu się nakładały – zarówno na płaszczyźnie ciała, jak sztuki, a ponieważ lemingiem nie był, nie rzucił się w otchłań, choćby z braku tejże w zasięgu skoku. Odwrócił się natomiast niespodziewanie, krowę niemal płosząc, choć ta do płochliwych się nie zaliczała, i spojrzał w twarz Soni.

Grzegorz aż oniemiał, a wargi jego ułożyły się w „o”, bo twarz Soni to jest twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony: brązowa, czerstwa, mocna, z jaśniejszymi liniami zmarszczek, a zmarszczek ma chyba milion, mieliby chirurdzy plastyczni zajęcie: polerowanie, naciąganie, przycinanie, mieliby niepotrzebnej skóry na przynajmniej trzy nowe twarze, gdyby Sonię dostosować do obowiązujących kanonów, gdyby z niej zrobić bardzo piękną Torbicką Grażynę, która wie wszystko o kulturze, literaturze i konfetti. Bo twarz Soni to twarz po prostu: widać, że coś przeżyła, widać, że coś marzyła, ale nade wszystko ta twarz służy do tego, do czego ją Hospodar powołał: do słuchania, patrzenia, jedzenia, do mycia, całowania, wąchania, do czkania, płakania, siąkania.

Grzegorz Warzyna z wargami w „o” skamieniał, niby bajkowy królewicz pojął w ułamku sekundy, iż stoi przed nim istota, na którą czekał całe życie, i nie idzie nam o krasulę, skądinąd dorodną i wcale kusząco trzepoczącą długimi rzęsami, nie do końca idzie nam nawet o Sonię, a przynajmniej nie o taką Sonię, jaką Sonia na co dzień była. Idzie o Sonię nową, nieodkrytą i zapomnianą, Sonię ekscytującą, której obecność wyczuł i wypatrzył Grzegorz Warzyna za pomocą scenicznego zmysłu i trzeciego własnego oka w chwili, gdy niebieskie oko staruszki na nim spoczęło: najpierw z lekką obawą i niechęcią, a zaraz – przetarło się jak niebo i zblakło, rozbieliło i błysnęło.

„Dzień dobry”, przemówiła starucha, „wykinuli was”, dodała, bo przecież i ją nieraz wyrzucano, porzucano, przepędzano, świat nie zmienia się ot tak, ot nagle, a nawet jeśli zmienia się ot tak i ot nagle, to na pewno tylko na gorsze, gdzie wyrzucenia, porzucenia i przepędzenia stają się jeszcze dotkliwsze, smutniejsze, ostateczniejsze. „Dzień dobry”, odpowiedział Grzegorz, chcąc zachować się na poziomie, „sam wysiadłem”, dodał, „choć teraz nie wiem, co zrobić”.

Bezradność, szczerość i uroda młodzieńca ujęły Sonię tak szczególnie, że spontanicznie zaprosiła go na świeże mleko i wskazała kijem: najpierw na krowie cycki, potem na dach chałupy, a w domyśle, gdzieś pomiędzy jednym a drugim – na emaliowany kubek. Królewicz skinął głową, chętnie, dziękuję, przepuścił Mućkę i kuśtykającą Sonię, przydeptał sandałkiem niedopałek. Poczłapał w stronę zagrody, zatopiony w narastającym zdumieniu, obejmującym już nie tylko kobietę i krasulę – Sarę, Dżesikę i Aldonę – ale również siebie samego.

Bramka ledwie trzymała się na przerdzewiałych zawiasach, skoślawiona i zarośnięta mchem: jak w obejściu siostry Baby Jagi, siostry turpistki, co usunęła ładne i nowe poza zasięg swego wzroku, pozostawiając tylko zwyczajne i nadgryzione zębem czasu. Grzegorz powiódł po ubogim podwórku, po niebieskich kastrulach na sztachetach, garnkach szczerzących dziury w czarnych od sadzy i cienkich od ognia dnach, po rozrzuconej gromadce pstrych kur, wyliniałym kocie, śpiącym u progu, a łudząco podobnym do znanego aktora, po kijach, miotłach, widłach i grabiach. Przekraczając bramę, wkraczając w domenę Soni, Grzegorz uzbroił się w magiczną różdżkę, by – póki co, na próbę, najpierw we własnym umyśle, a potem w prawdziwym życiu – odmienić los Soni.

I machnął różdżką: światła pogasły, na widowni ucichły szmery, zaraz premiera, punktowy reflektor wydobywa z mroku zgarbioną postać, dawno, dawno temu, mówi Sonia, a zgromadzeni: poddają się jej głosowi, wpatrują się w jej twarz, historia Soni wyrzuca ich poza nawias czasu, a potem owacja na stojąco (Grzegorz skromnie staje obok staruszki), przynajmniej kwadrans, damy mdleją, kawalerowie nie wstydzą się łez w oku. Sukces. Media zabijają się o krótką choćby rozmowę, komentarz do aktualnej sytuacji albo wręcz nawet nieaktualny komentarz do nie-sytuacji, o cokolwiek. A Grzegorz, tak przypadkiem, dostaje nagrodę: Oskara, Nike, Nobla i Złotą Palmę, a także inne nagrody i wyróżnienia: wzruszony prezydent RP zwalnia go z płacenia podatków, a profesor Religa Zbigniew wręcza mu nowe serce, zapasowe, na pewno kiedyś się przyda.

Mućka przestępuje z kopyta na kopyto w stronę chlewu, Grzegorz siada na ławeczce, Sonia musi podścielić, wydoić krowę, odcedzić mleko, dlatego z wdzięcznością patrzy na siedzącego grzecznie chłopca: „a jednak on nie tylko ładny, ale i myślący”, myśli sobie. Sonia bardzo się cieszy, nie rozumie, skąd się to cieszenie wzięło, a trzeba powiedzieć, że takiego cieszenia się Sonia nie czuła od dawna, od bardzo dawna.

A kiedy Sonia, jeszcze przed debiutem na deskach sceny, odgrywa jedyną dobrze opanowaną rolę: krząta się w chlewie, wygrywa białe fugi mleka na ściankach wiadra, stęka i przyjacielsko klnie zwierzę (Mućka nastupisa, bladzina), wtedy Grzegorz, tymczasowo zainteresowanie straciwszy wprowadzeniem Soni na okładkę „Faktu” a może nawet anty-rozkładówkę w „Playboyu”, skupia się na sobie, a konkretnie: na swoich problemach, których różdżką magiczną nie udało się dotąd zamienić w karocę, markowe ciuchy i adidasa uronionego na schodach pałacu.

Bo po pierwsze Grzegorz Warzyna cierpi. Bo po drugie nie widzi sensu. Cierpi na twórczą impotencję, cierpi z braku miłości i zrozumienia u bliźnich. Nie widzi sensu w życiu, nie widzi w życiu celu, mimo stosowania środków pomocowych: narkotyków, pornografii, literatury filozoficznej. Wpatrując się tępo w krowie łajno, myśli: a sądziłem, że stolicą gówna jest Yale, bo tam wykładał Jacques Derrida. Uśmiecha się, wyjmuje z paczki kolejnego papierosa. Jan i Aldona pewnie dotarli do daczy. Pewnie dzwonią i się niepokoją. Dobrze im tak. Nie trzeba było mówić tego, co powiedziano. Teraz niech cierpią. Skoro nie mogą sobie dać miłości, niech chociaż obdzielą się cierpieniem. Zawsze to coś, lepsze coś niż nic.

Sonia, obrobiwszy się, stanęła w drzwiach, ściągnęła kalosze: „paczakajcie”, powiedziała, nim weszła do domu. Do stóp Grzegorza przytulił się pies, stary i siwy, łasił się, śmierdział, na zniszczonej, skórzanej obroży świeciły metalowe, stylizowane na gotyk litery. Z niejakim trudem, z obrzydzeniem do psa i pcheł, Grzegorz złożył słowo: Borbus. „Borbus”, wymówił cicho, zaś pies podniósł na niego oczy, bursztynowe, niemal żółte, z zatopionymi w żywicy tęczówki wspomnieniami odległej przeszłości.

W bajkach zwierzęta nie są po prostu zwierzętami, są istotami trochę niższymi od ludzi, a jednocześnie znaczniej bardziej od nich klarownymi w swoich poczynaniach. Pies położył się na grzbiecie, teraz Grzegorz zauważył, że Borbus jest suką: „jestem Borbus, dwunasta suka o tym imieniu w linii prostej od Borbusa Pierwszego, zwanego Aryjskim, od ogromnego owczarka niemieckiego, który uratował mojej pani trzy razy życie: raz odpędził wilki podchodzące nocą pod okna, raz wywęszył kopiec z kartoflami, raz odwrócił uwagę żołnierzy: przeznaczone Soni kule zabiły Borbusa Pierwszego, mego ojca, a teraz ja, Borbus Dwunasta, zwana Ostatnią, opiekuję się moją panią, Sonią Białą, nie miałam szczeniąt i mój ród wygasa, tak jak wygasa ród Soni, ona też nie ma szczeniąt, zgaśniemy jednocześnie, mówię to ja, Borbus Dwunasta i Ostatnia; a anieli zstąpią i pokłonią jasne głowy przed moją panią, a ja wstąpię z nią do Nieba i będę ujadać na cześć Ojca”.

Grzegorz poczuł zawrót głowy. Nie jadł dziś obiadu, a na śniadanie tylko dwie kreski kokainy, o niskiej wartości kalorycznej i wątpliwej czystości. Powieka przysłoniła sucze oko, już nie bursztynowe, ale żółte, jak świeża jajecznica, jak kaczeńce i wstążki na procesyjnych chorągwiach. Jestem w bajce, pomyślał, w bajce o życiu. Może jednak zostanę uratowany.

Nim został uratowany, żar z papierosa sparzył go w palce, pies poderwał się na łapy, zamerdał smętnie i poczłapał w stronę budy. Sonia pojawiła się w drzwiach: „chadzi na małako, chadzi”, powiedziała.

Grzegorz powstał z ławki. Przed progiem zdjął zamszowe sandałki, tak bardzo nie na miejscu. Gołą stopą wkroczył do ciemnej, chłodnej sieni, pachnącej sfermentowanym mlekiem, słoniną i cebulą, sianem, kiszoną kapustą i dymem, potem, mydlinami i zbożem. Za kolejnym progiem kuchnia: malowany na niebiesko kredens, prosty stół, dwa krzesła, wielki kaflowy piec z leżajką, niski stolik z wiadrem wody, pomalowane olejnym brązem deski podłogi, w prawym kącie ikona, na pobielonych ścianach dwie makatki: „Świeża woda zdrowia doda” i „Jak gospodyni ugotuje, to wszystkim smakuje”.

Gdy Grzegorz przekraczał próg kuchni, Sonia spojrzała na niespodziewanego gościa i zrozumiała w błękitnym, jaskrawym olśnieniu, że tego gościa wypatrywała od wielu lat, od bardzo dawna, od końca wojny, który okazał się końcem jej życia. Zrozumiała, że patrzy nie na królewicza, lecz na anioła śmierci; że będzie mogła opowiedzieć swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważenie. Zrozumiała, że z ostatnim słowem zgaśnie w niej słabe, pełgające światełko: „i rozmawiali długo w noc, a potem nieżyli długo, długo i szczęśliwie”. Sonia zrozumiała, że dlatego tak bardzo się cieszyła; dlatego, że zstąpił w jej progi anioł, wysłannik, wieść kończąca.

Wskazała na krzesło, królewicz usiadł bez słowa, a ona, szczęśliwa, nalała do emaliowanego kubka mleka, na stole postawiła „ahłatki”, smażone rano mączne placki, z kredensu wyciągnęła swój największy skarb, zarezerwowany dla najważniejszych gości, takich jak „batiuszka”: metalowe pudełko z czekoladkami. Kupiła to pudełko trzy lata temu, w kształcie czerwonego serca, z pięknym, złotym napisem E. Wedel. Wcześniej chodziła dookoła tego pudełka chyba pół roku, było tak cudowne, tak drogie i nieosiągalne. Patrzyła na nie i wyobrażała sobie, że kiedyś czerwone serce znajdzie miejsce w jej kredensie, na szydełkowanej serwetce obok zębów. Marzyła o nim, śniło jej się po nocach, ślina ciekła na poduszkę: aż pewnego dnia poprosiła o czekoladki. Sklepowa, córka Irki z Mieleszek, zdębiała: „wy, Sońka, zdureli”, powiedziała. Może i zgłupiałam, zgodziła się Sonia, ale mam już swoje lata, mnie wolno być głupią, a tobie wstyd, boś młoda.

Sonia zdarła folię z serca, by serce otworzyć: najpierw to czerwone ze złotym napisem i czekoladkami, a później to suche, spomiędzy żeber i bez podpisu twórców, lecz za to z dedykacją: żebyś biło długo i miarowo. Sonia matki nie pamiętała dobrze. Zmarło się starej w połogu, a był to czas, kiedy kobiece ciało nie odpoczywało, tak jak pola – musiało rodzić co rok, z jajeczka wzrastał nowy człowiek, wydostawał się na świat i najczęściej chwilę potem pozwalał się zabrać do Nieba, o ile pop ochrzcił, a „Boh” przyjął. Sonia ojca pamiętała, choć przez długie lata wolałaby nie pamiętać. Pracowity on był, małomówny i skory kija używać. Tak, wolałaby nie pamiętać ojca.

Grzegorz rysował stopą kółka na wielobarwnym, szydełkiem zrobionym „szmatniku”, wypił łyk mleka, które przypominało to z kartonów jedynie kolorem, bo w smaku bardzo się różniło, bo smak jakiś dziwny miało, smak i zapach ciepłego zwierzęcia, a nie sterylnych ciągów produkcyjnych. Więc tak smakowało mleko, zdziwił się, nim weszliśmy do Unii? Wziął do ręki placek, placek smakował jak placek, brakowało glutaminianu sodu, jakbyśmy jednak jeszcze do tej Unii nie weszli. Sięgnął po czekoladkę. Nie wiedział, zzieleniała ze starości, czy to pistacje?

„Patom razpalu u pieczy”, powiedziała Sonia i zasiadła naprzeciw Grzegorza. Patom, powtórzył za nią Grzegorz; to echolalia, czy powrót do pierwszych lat życia? Albowiem Grzegorz skrzętnie ukrywał swoje dzieciństwo, konsekwentnie się go wstydził, skrupulatnie zapomniał, wyparł i pogrzebał. Dzieciństwo, które przepędził z dziadkami w nieodległej wsi. Nazywano ją Wysranka, bo tam, gdzie dziadkowie mieszkali, kończył się świat, może nie świat w ogóle, są końce świata z palmami, z górami lodu, z piaskiem pustyni, są końce w miasteczkach bez jednej knajpy i bez domu kultury, są końce bez zakotwiczenia na mapie, ale ten mały kawałek podlaskiego świata właśnie tam znalazł swój kres: na linii sosen i ostatniej chałupy, jeszcze sprzed generała Sławoja, który podniósł poziom higieny za pomocą ukazu o obowiązkach każdej dupy.

Otóż generał Sławoj uznał, że w demokratycznym państwie także dupa ma swoje niezbywalne prawa: do nich należało prawo spokojnego srania w wolnostojącym, skleconym z desek domku – w świątyni kupy, zwanej sławojką. Ale przed ukazem ludzie szli między drzewa, na granicy wsi, właśnie w Wysrance, hołdując zasadzie, że dupa ciągnie do cienia, jak wilk ciągnie do lasu.

„Smaczne placki”, powiedział z pełnymi ustami królewicz. Sonia uśmiechnęła się w odpowiedzi, a uśmiech miała kompletny, bo zęby z kredensu zawędrowały na właściwe miejsce. Jestem Grześ, powiedział, lecz nie wspomniał o swoim królestwie, o Warszawie i deskach sceny, o szklanych wieżach i narąbanych chemią oraz alko księżniczkach, o widzach i pustce dotkliwszej nad przytyki recenzentów.

Jestem Grześ, mam na koncie trzydzieści lat, sześć sztuk i złamane serce. Jestem Grześ, wielbiciele usuwają pył spod moich stóp, aktorzy są mi powolni, a noce długie i rozjarzone łuną miejskich świateł. Jestem Grześ, niczego tak naprawdę nie dokonałem, wszystko jest popiół, raz pokochałem i zostałem odtrącony. Mam drogie mieszkanie, mam w mieszkaniu antyki, a na antykach nie ma nawet śladu kurzu dzięki Ukraince, która przelatuje wszystko co tydzień ścierką, i jestem jedynym nieprzelecianym przez nią obiektem fizycznym w moim mieszkaniu.

Jestem Sonia, moja suka, Borbus Dwunasta i Ostatnia, nazywa mnie Białą, dla siwych włosów, tej resztki, co wetkana jest w skórę czaszki. Mam krowę Mućkę, psa, trochę kur i kota Jozika, nie mam bliskich, nie mam majątku, nie mam nic, ale mi to nie przeszkadza, bo przecież niczego ze sobą nie będę mogła zabrać w ostatnią podróż: ni Mućki, ni Borbusa, ni Jozika, na co mi inne, skoro tego, co mam, nie zabiorę ze sobą?

Właśnie tak mogliby przemówić do siebie – Grzegorz znad placków, Sonia z ostrożnie wybraną czekoladką w kościstych palcach – bo niewypowiedziane słowa nie przestają być słowami, jak niewystrzelone kule nie przestają być kulami, a niewysrane gówno gównem. Taka jest natura wszechrzeczy.

Ignacy Karpowicz
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas