poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
INGA IWASIÓW
Pamięć 1949
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

Zetknął się z tym ponownie w 1949. Czyli jeszcze w dzieciństwie. To w pewnym sensie dokładniej pozwoliło zakopać, czy raczej pogłębić, czy może.... W 1949 zabrali im ich kawałek wojny zza stodoły. Ten ciężki, przesiąknięty ich żyzną glebą kawałek. Tym razem Janek widział to już nie w prześwicie, widział prawie wszystko. Szedł za tym nawet jako delegacja ich gospodarstwa, jako odświętnie ubrany wnuk swego dziadka, potwierdzającego tym samym prawidłowe wychowanie wnuka.

Najpierw przychodzili do dziadka z gminy, co mogłoby wywołać lęk, w dorosłych, nie w Janku. On myślał o kolejnym dniu w szkole. I potem właśnie w szkole, nauczyciel, miał z nimi dłuższą pogadankę na temat bohaterstwa. Mówił o wyzwolicielach, nie pierwszy raz, tym razem o wyzwolicielach bliższych, bliskich, o tych, którym należy się szczególny szacunek. Jankowi nie przyszło do głowy, że to się może wiązać, myślał w tym czasie o obiecanej wyprawie na ryby, o wędce zmajstrowanej przez dziadka, rzadka rzecz, dziadek miał dla niego więcej czasu. Surowy, niemowny, częściej siadał z wnukiem, ręce czymś zajęte i więcej milczenia niż rozmowy. Niekiedy rozmowa. Obu im brakowało babci.

Dziadek milczał milczeniem bardziej zaciętym niż zwykle, w końcu powiedział do ciotki – Niechta bierom, bedziem mieć spokój – trudno było się domyślać, jaki spokój, od czego. Ciotka nie musiała pytać. Z półsłówek robiło się życie.

Janek dostał zadanie domowe, jedyny taki przypadek, kiedy nauczyciel kazał mu coś przygotować dla całej klasy. Opowieść o dzielnych, radzieckich żołnierzach, którzy bronili naszej wsi i tu polegli. I – mówił – są pochowani w ogrodzie u twojej rodziny, bo do tej pory nasze państwo i my musieliśmy zaleczać rany, ale czas, nadszedł czas oddania honorów, radzieccy żołnierze nie będą leżeć w ogrodzie, trzeba nareszcie zrobić im honorowy pogrzeb. W ogrodzie, fakt, leżą tylko stare grabie, niepozbierane śliwki i jabłka, czasem rozleniwione dzieci. Janek jeszcze nie rozumiał do końca, ale biegł skrótem do domu, powiedzieć jak najszybciej dziadkowi, jaki ważny jest ten ich zakopany w dole żołnierz, ten, tak, omijali to miejsce, tę niby-mogiłę dość szerokim łukiem, prawdę mówiąc, zbliżała się w jej stronę pryzma nawozu. Tak, właściwie to nie była jakaś porządna mogiła, brak krzyża, imienia, nazwiska, ledwie zaznaczona wypukłość gleby i wbity w ziemię gruby patyk. Dziadek chciał od razu po wojnie, rozmawiał z księdzem, bo nie godzi się, bo co Bóg by na to. Od tego jest cmentarz. Ksiądz nie chciał ruskiego na swoim cmentarzu, radził zostawić, ruski pewnie nie był, na pewno nie, katolikiem, kto wie, czy to w ogóle chrześcijanin. Ich wiara, ich wiara, psia wiara. W czerwoną książeczkę, pogańska. Do sierpa i młota się modlą, w mauzoleum jak faraonowi cześć składają... Ksiądz wpadał w swój żywioł, przed jednym słuchaczem mówił lepiej niż z ambony. Nad jednym niepodzielnie umiał zapanować. W końcu rady nie dał. Jeden słuchacz nie byle jaki, chociaż niemowny. Swoje wiedział. Lepiej głośno nie mówić, nie wspominać, niech to już tak zostanie, za stodołą. Więc dziadek udawał, że nie widzi, jak się przechyla na tamtą stronę coraz bardziej pryzma nawozu, jednak przed pierwszym listopada stał tam dłużej, wyrwał jakieś chwasty, poprawił patyk. W końcu wyrył na tabliczce napis, skoro nikt inny nie chciał: niech poczywa w pokoju. Tak było po chrześcijańsku.

I nagle coś takiego. Gdzieś o tym zdecydowali. Miasteczko chciało mieć, każdy by się bał, że ktoś to odkryje. Ważne, żeby mieć swojego bohatera. Front tędy nie szedł, cofał się, liznął obrzeże obecnej gminy, ale taki pomnik w centrum... Jasne, zawsze można go było postawić. Prawdziwa nobilitacja, miasteczka, wioseczki ustawiały się frontem do nowych czasów, zamiatały pod chodniki co trzeba. Jednak zwłoki, to znaczy szczątki, szacowne szczątki Wani, na pewno Wani. Młodego, dzielnego żołnierza, który musiał umieć grać na harmonijce ustnej, na pewno. Bardzo młodego żołnierza mającego dużo, dużo marzeń. Nie jakiegoś Kałmuka czy Kazaka. Najlepszy byłby martwy jasnowłosy, romantyczny sołdacik, którego matka czeka i płacze, oczy wypłakuje, a on tu dzielnie, z okrzykiem „urra”, oderwany od piersi ojczyzny, od matki-ojczyzny, przychodzi do nas na pomoc, wyzwala miasteczko, wieś, potem patrzy jasnym wzrokiem na zagrodę, w której mieszka chłopiec, Janek, z dziadkiem, babunią, ciociami i wujkami, i tę zagrodę pragnie natychmiast wyzwolić. Bo matka, jego własna matka, i Stalin, jego własny Stalin, chcą w nim widzieć gieroja, maładca. No i zobaczą. Jak chcą, wyzwoliciele i sojusznicy, przerobić czarnego na białego (bo czarnych za specjalnie nie lubią, Kozak to Kozak, ma swoje miejsce, póki siedzi cicho i lezie z frontem nie pchający się na pomniki, tak by można to streścić), żeby mieć przyzwoitego gieroja.

Nauczyciel galopuje tą opowieścią jakby na koniu, jakby siedząc na lufie czołgu wyjeżdżającego zza wału na odkrytą przestrzeń – wróg pierzcha, w tle sonata rewolucyjna, drzewa się chylą – całkiem zasłania Jankowi ten jakiś prześwit, w który nie zdążył zajrzeć, kiedy babcia przytuliła go do piersi. I w gminie też pędzą za swoją wizją, bo skoro nie ma dokładnych danych, trzeba rzecz całą zrekonstruować należycie, żeby Rusek najpierw miał pochodzenie i wygląd, potem zamienił się w żołnierza i mógł spocząć obok dwóch innych pozbieranych po zagrodach i dać temu miejscu jakąś przyzwoitą historię. – No właśnie, do cholery, towarzysze, musimy tu mieć wiarygodną historię, inaczej nie ruszymy do przodu. Za dużo mamy tu tych niemiecko brzmiących nazwisk, tych krewnych po tamtej stronie, tego chłamu z podejrzanych fabryk i fabryczek, tych napisów gotykiem na sprzęcie domowym. Iść do przodu, trzeba iść do przodu. Z bohaterami. – Tak, ten ich pierwszy sekretarz, przybysz i neofita, miał zapał.

Więc dziadek musiał poczuć ulgę. Tak. Porządny pochówek, mniejsza z tym, że też niechrześcijański, na tyle zasługuje każdy człowiek. W ziemi, niekoniecznie święconej, skoro poganin, ale jakoś uświęconej. Trudno, trzeba dać im wykopać, ale nie, dziadek się nie zgadza iść w kondukcie. Najpierw.

– Nie musicie przemawiać, chociaż wskazane byłoby wspomnieć, że jesteście temu tu maładcowi wdzięczni. Nie trzeba się wdawać. Szczegóły nikogo nie interesują. Ja bym jednak na waszym miejscu przyznał. W końcu ten oddział was wyzwalał. A my docenimy. Przyjdą żniwa, przydadzą się maszyny, macie w pierwszej kolejności. Chcecie się rozbudować? Będzie przydział – dziadek nie ulega perswazji tego z gminy, w garniturze, doglądającego ekshumacji na dzień przed główną uroczystością, z nadzieją jeszcze na urobienie czynnika lokalnego. Dobra, pójdzie w kondukcie, ale gadał nie będzie, nie umie. Urzędnik stara się w to uwierzyć, z całych sił się stara, bo nikomu nie jest potrzebna jakaś zasadnicza niewiara, odwrotnie – teraz trzeba starannie podtrzymać wiarę, żeby to świeckie nabożeństwo się udało. W interesie wszystkich. A prosty chłop, który miał zaszczyt mieć za stodołą zwłoki bohatera, wystarczy, że za nimi pójdzie, przemowy, tak, zostawmy ludziom do przemawiania stworzonym. I całe szczęście. Dobra. Niech tak będzie. Co tam dużo gadać.

Szacowne szczątki, o świcie, wyprowadzono z przyszpitalnej kostnicy. Bo przecież nie z przykościelnej, chociaż to nie było od razu oczywiste. W końcu miejsce u księdza najbardziej reprezentacyjne. Gościowi się należy najlepszy kąsek i najładniejszy widok z okna.

– Nie pierdolcie mi tu, towarzyszko! – skwitował tę uwagę pani Lucynki, całkiem niedorzeczną, baby jednak mają słabe wyczucie polityczne, naczelnik gminy. Porządne, dębowe, proste, bo żołnierski los jest bohaterski, wzniosły, lecz prosty, porządne trzy trumny otulone wstęgami. I wieńce, te mogą być nawet z fantazją, czerwone z jednej strony, z drugiej, lewej, niech będzie, że od serca, więc z lewej strony tego, co w środku trumny, a na wierzchu wieniec, biało-czerwony. Czerwony jak puchar wina, biały jak śnieżna lawina, chociaż żołnierz wolał, każdy z tych trzech poległych w walce wolał, biały samogon, biały chleb i biały smalec, czyli symbolika im bliższa to by musiały być goździki białe, krew, czerwień, skojarzenie z ich ranami, a może też z tym, co mogło dziewuchom spomiędzy nóg wypływać, kiedy oni, przynajmniej ten jeden na pewno, chcieli po prostu zbliżyć się do miejscowej ludności, co bywa niezwykle, jak się okazuje, niezwykle na linii frontu i na zapleczu niebezpieczne. Jak się jest młodym żołnierzem, jak się jest prawiczkiem, jak się cierpi od wszy i z głodu, jak się nie zna niczego poza własną wioską. Jak się opije krwią, smrodem i śmiercią, nie znając Boga, a tylko Wodza, który osobiście nie bywa obecny w tych okolicznościach. Jak się już wodza ani dowódcy, ani ojca nie ma jak bać, a nie ma się na ich miejsce zawsze obecnego Boga.

– Białe i biało-czerwone, bo takie są symbole narodowe, chociaż ja uważam, że w tym przypadku powinniśmy dać pierwszeństwo czerwieni, oddajemy hołd ludziom radzieckim, bohaterskim przedstawicielom tego narodu, któremu zawdzięczamy wszystko, i nawet takie pędraki jak wy – Jankowi wydawało się, że nauczyciel patrzy wyłącznie na niego – powinny nosić tę czerwień, tę mocną, robotniczą i internacjonalną czerwień na sztandarze. Do jasnej cholery, durniu, słuchaj uważnie, taka czerwień i taki sztandar jest honorem – z tym, że do kogo on to mówi właściwie? Durnie w ławkach siedzą grzecznie i nikt się mu nie sprzeciwia.

Więc wyszli z przyozdobionej na tę okazję kostnicy aleją w dół, w kondukcie przez całe miasteczko. W kondukcie powiększającym się zaraz, właściwie szedł w nim prawie każdy, plus ci ze wsi, w których odnaleziono bohaterów, czyli beneficjenci niezwykłej chwili. W ciszy, bo trudno było zdecydować, jaką pieśń zaśpiewać towarzyszom bohaterom, czym ich upieścić, ugościć. Pod ratusz na miniaturowym rynku, w którego centrum odwalono kamienne bloki, zachowane sprzed wojny, żeby tam wkopać nową tablicę z informacją, że te ziemie wyzwoliła bratnia armia i w tej ziemi, na cmentarzu nie opodal, leżą wojny tej bratni bohaterowie. Pierwszorzędni, powiedzmy sobie szczerze, bo gdzie, no gdzie w tym czasie byli miejscowi? Nawet jak któryś chodził z partyzantką, nie umiał wybrać ideologicznie słusznej. Tacy tu ludzie. Ciemnota, upór, oportunizm. Klechy słuchają, a swoje robią. Zakute pały, podatne dość, trzeba przyznać, na internacjonalną resocjalizację, bo skąd im chleb idzie, nieźle potrafią rozpoznać.

Na cmentarzu wykopano zawczasu trzy miejsca, trzy w jednym grobie połączonym ideą, trumna przy trumnie, dotykające się bokami. Mała Aleja Zasłużonych. To logiczne. Tam już zresztą były jakieś groby bez nazwisk, z wojny. Kto wie, Ruskich, czy naszych partyzantów. Może i Niemca. Między przedwojennymi, zmieszanymi z przed-przed wojennymi, z tamtej jeszcze wojny. Bałagan, niby normalny.

Przy tej, zrobionej przez miejscowego artystę, tablicy, i nad grobami przemówienia, wojskowe honory, wystrzały, strażacka orkiestra. Aż strach. Obrońcy miejscowej ludności z UB też, oczywiście. Ludzie, kobiety w chustkach i mężczyźni w czarnych garniturach. Tak, warto mieć bohaterów. A święto, zwłaszcza tak podniosłe, tak piękna liturgia, to świętość. Sam ksiądz proboszcz ludziom powiedział. Pochówek zostanie pochówkiem.

Janek nie wie, potem jeszcze mniej pamięta, czy to ten sam, który leżał u nich, prawie przykryty odchodami krów, świń i konia, tylko lekko odgarnianymi, żeby zachować szacunek dla śmierci, czy ten sam żołnierz jest teraz ich bohaterem. Bo jeśli tak, pisząc dla niego wypracowanie, list do matki poległego, z okazji rocznicy rewolucji, chciałby dodać, że z tłustszym jedzeniem to w wojnę u nich kiepsko było, więc prosi, żeby pani mama żołnierza to zrozumiała. Nie mieli się czym podzielić. A te inne sprawy, tych innych to on, mały, nie rozumiał. I babcia, ciocie też, pilnowały, żeby nie patrzył. A jego mama jest daleko, więc on rozumie, jak ciężko musi być mamie bohatera.

Inga Iwasiów

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas