poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BERNADETTA DARSKA
Kobieta opowiada. Próby udane i podrabiane
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

Chcąc przyglądać się literaturze wedle podziału na płeć, koniecznie muszę usprawiedliwić się, uprzedzając w ten sposób ewentualne zarzuty krytykujące ten nazbyt uproszczony podział. Usprawiedliwiam się zatem. Zajmowanie się opowiadaniami kobiet pozornie sprawia wrażenie problemu sztucznego i zupełnie niepotrzebnego. Bo przecież dziwne i podejrzane wydaje się od razu założenie, że kobiety piszą opowiadania inaczej i że kobiety piszą opowiadań więcej. Z pewnością tkwi w tym pewne uproszczenie, faktem jednak pozostaje, że współczesne pisarki chętnie sięgają po tę formę, a jeszcze chętniej uciekają od powieści. Tę ostatnią konstruują zwykle w konwencji narracji pokawałkowanej, fragmentarycznej, w czym także przejawia się upodobanie do krótszych form. Podobne obserwacje, bardzo powierzchowne, bo wstępne, dają powody, by zastanowić się nad tym, czy w kontekście funkcjonowania terminu „kobiece pisanie” można też mówić o „kobiecym opowiadaniu”, a jeśli tak, to czym różniłoby się ono od „opowiadania męskiego” lub „opowiadania uniwersalnego”.

Pokoleniowo?

„Dekadowe” myślenie o literaturze współczesnej zwykle trudno obronić czymś więcej niż tworzącą wspólny mianownik datą urodzenia. W przypadku pisarstwa kobiet istotne wydaje się, że ów podział na roczniki 60., 70. i 80. niesie też pewne zależności natury tekstowej. Manuela Gretkowska, Izabela Filipiak, Olga Tokarczuk świetnie czują się zarówno w dłuższych formach, jak i w opowiadaniu. Inga Iwasiów doskonale zaanektowała dla siebie opowiadanie.

W przypadku roczników 70. niełatwo oprzeć się wrażeniu, że autorkom trudniej jest zdecydować się na dłuższą opowieść, nie z braku przekonania, lecz z powodu trudności, jakie nastręcza zmierzenie się z gatunkiem powieści. Co więcej – Ewa Schilling, Monika Mostowik, Małgorzata Warda zdają się świadomie powielać wypracowane schematy pisania, nie szukają nowych wyzwań, zamykając się w sprawdzonym sposobie opisywania. Stąd też, nawet gdy sięgają po dłuższą formę, jest ona dość dyskusyjna, bo w rozpisaniu na głosy przypomina zbiór opowiadań (casus Wardy) lub po prostu rozbudowane opowiadanie (powieść Mostowik „Wyrzuty”). Pozytywnie wyróżnia się twórczość Miłki Malzahn, która gatunkami bawi się bardzo świadomie. Problem w tym, że coś, co na początku wydawało się świeże, nowe, inne, gdy po raz kolejny odsłania się w taki sam sposób, jedynie razi powtarzalnością. Trudności ze zdefiniowaniem gatunkowym, pojawiające się przy okazji tekstów autorek z roczników 70., dotyczą też przeniesienia siły ciężkości z konstrukcji fabuły na jej objętość. Definiując zjawisko w uproszczony sposób, można by powiedzieć, że autorki stosują strategie charakterystyczne dla opowiadania, decydują się na fragmentaryczność opowieści, nie konstruują zakrojonej na szeroką skalę fabuły, zamykają się w specyficznych mikroświatach, by jedynie objętością opowiedzianej historii potwierdzić jej powieściowy charakter (przykładem debiut Joanny Wilengowskiej – „Japońska wioska” przez jednych traktowana jako minipowieść, przez innych jako opowiadanie). Tym samym rozmyciu ulegają wyznaczniki gatunkowe, a czytelnik poddaje się złudzeniu, zasugerowanemu zwykle przez wydawcę, że ma do czynienia z powieścią.

W przypadku autorek z roczników 80. pojawia się problem z klasyfikacją. Marta Dzido, Agnieszka Drotkiewicz, Joanna Pawluśkiewicz napisały powieści. Czy jednak na pewno? Są to właściwie dłuższe opowiadania bądź zbiory luźnych impresji, do tego niezbyt interesujących, bo trudno nie przyglądać się temu pisaniu w kontekście promowania tematów modnych, a w efekcie założenia marketingowego, że podjęty temat powinien dobrze się sprzedać.

Dość często zdarza nam się też reagować na produkcje literatury najnowszej w następujący sposób: to byłoby dobre opowiadanie, ale powieść już niekoniecznie. Taka opinia z pewnością mogłaby dotyczyć „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej czy Wyrzutów Mostowik.

Tematycznie

Jeśli przyjrzeć się tematom podejmowanym przez autorki opowiadań, okazuje się, że linia podziału pokrywa się z wcześniejszym uporządkowaniem rocznikowym. Prozaiczki z roczników 60. Chętnie sięgają po tematy, które wiążą się z kobiecą egzystencją. Ich twórczość można określić jako zorientowaną feministycznie. Byt kobiety – próba jego zdefiniowania, przyjrzenia się mu od podszewki, sportretowania inności i osobności losu to tematyka, która u tych pisarek dominuje. Nie dotyczy to tylko cielesności, zmysłowości, seksualności, ale też duchowego reagowania na wyzwania dnia codziennego. Autorki te chętnie sięgają po tematy, które wydają się rewolucyjne i które przełamują stereotyp kobiecości uległej, sentymentalnej, uzależnionej od sankcjonującego oka mężczyzny. Mamy więc kobiety-masochistki, lesbijskie związki, kobiety na emigracji, te, które mają problem z nałogiem, kobiety uprzedmiotowione i wiele, wiele innych. Wyraźnie jednak widać, że upominanie się o podmiotowość kobiety, o jej portret bez podkoloryzowania i oszukiwania, o opis bez fałszu w tekstach tych dominuje.

U pisarek z roczników 70. przeważa konstruowanie opowieści z kręgu kobiecych historii dla kobiet. Oczywiście, nie wolno im odmówić prób przełamywania stereotypów, wyraźnie jednak da się zauważyć położenie nacisku na emocjonalność, historie napięcia pomiędzy dwojgiem ludzi i dążenia do konfrontacji zaprojektowanej właśnie dzięki rodzącemu się uczuciu. Z tego typu sytuacją mamy do czynienia w przypadku Schilling, Mostowik i Wardy. Często też można wskazać, niekoniecznie świadome, korzystanie z motywów literatury popularnej, co zazwyczaj przyczynia się do niejednoznaczności, jeśli chodzi o zdefiniowanie adresata. Ten, kto poszukuje czegoś więcej, niż tzw. literatury kobiecej, jest rozczarowany, z kolei miłośnik powieści dla kobiet także czuje niedosyt. Wystarczy przywołać w tym miejscu opowiadania Schilling z debiutanckiego zbioru „Lustro”. Z kolei Malzahn ponownie wykazuje się tutaj umiejętnością gry z konwencją. W zbiorze „Baronowa Późna Jesień” także nie ucieka od kobiecości. Jej bohaterka jednak, choć rozpisana w konwencji mocno poetyckiej, jednocześnie wie, czego chce, zdaje się też igrać ze schematem kobiecości i podchodzić do stereotypowego modelu ironicznie.

Wśród autorek z roczników 80. dominuje tematyka pozornie zaangażowana. Pozornie, bo dziwnym trafem ukazanie się książek na rynku pokrywa się z obecnością danego tematu w mediach. Tak z pewnością stało się w przypadku książek Dzido i Pawluśkiewicz. W ich opowiadaniach, niesłusznie nazwanych powieściami, pojawia się tematyka aborcji czy emigracji zarobkowej młodych ludzi.

Konstrukcyjnie

Triada dekadowa i tym razem zostanie zachowana. To ciekawe, że autorki pokoleniowo starsze proponują czytelnikom najbardziej wyraziste zbiory opowiadań. Czy to Gretkowska i jej „Namiętnik”, czy to Filipiak i „Niebieska menażeria” oraz „Śmierć i spirala”, czy Tokarczuk i „Szafa” oraz „Gra na wielu bębenkach”, czy wreszcie Iwasiów i jej dwa tomy „Miasto-ja-miasto” oraz „Smaki i dotyki” – we wszystkich książkach widać świadomość tego, czym jest opowiadanie, ile może dać możliwości i co chce się przy jego pomocy opowiedzieć. Nawet „Ostatnie historie” Tokarczuk, które można potraktować i jako powieść, i jako zbiór trzech opowiadań, potwierdzają tę tezę.

Prozaiczki z roczników 70. wydają się mieć jeden podstawowy problem. Błyskotliwy lub przynajmniej interesujący debiut ulega tu rozmyciu za sprawą kolejnych książek, które są wtórne w stosunku do książki pierwszej. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku Mostowik. Jej debiutancki zbiór opowiadań „Taka ładna” miał wszelkie znamiona pisarstwa interesującego, świeżego, proponującego inny od sentymentalnego typ emocjonalności i wrażliwości. Tymczasem drugi tom Mostowik, „Akrobatki”, okazał się powtórzeniem tomu debiutanckiego. Autorka opublikowała niemalże taką samą książkę, gdyż pomieszczone w obu zbiorach opowiadania można by, bez szkody dla całości, dowolnie wymieszać. Są bowiem bardzo podobne formalnie (maniera rezygnacji z wielkich liter) i fabularnie. Trzecią pozycją w dorobku autorki jest książka „Wyrzuty”. To powieść, która bardzo mało ma z powieści: jej fabułę dałoby się zmieścić w jednym przeciętnej objętości opowiadaniu, natomiast emocjonalność opisu jest powtórzeniem tego, co już doskonale znamy z poprzednich książek pisarki. Trudno także zaakceptować wtórność powieści „Głupiec” Schilling w stosunku do jej wcześniejszej książki „Akacja”. Ta ostatnia, składająca się z dwóch minipowieści/dłuższych opowiadań, pozwalała przypuszczać, że oto na naszych oczach rodzi się nowa propozycja kobiecego pisania. Niestety, „Głupcowi” bliżej już jest do harlequina, tyle że z miłością lesbijską w tle. Co więcej, Schilling w powieściowej formie rozpisała wątki znane już czytelnikowi z „Akacji”. Najbardziej „konsekwentna”, niestety, w swoich działaniach wydaje się Warda. Autorka ma na swoim koncie już trzy powieści: „Dłonie”, „Ominąć Paryż” i „Czarodziejka”. Problem w tym, że bardzo trudno byłoby obronić tezę, iż autorka świadomie konstruuje akcję powieści i panuje nad rozwojem wydarzeń. Lekturze wszystkich trzech książek towarzyszy wrażenie sztucznej konstrukcji, gdyż każda z nich rozpisana jest na wydzielone graficznie krótkie opowieści, przypisane do konkretnej osoby. Polifoniczność to jednak tylko pozorna, wszak wszyscy bohaterowie, którym oddaje się głos właśnie w ten sposób, mówią tym samym językiem, bez żadnych charakterystycznych dla siebie cech. Wydaje się więc, że autorki mają problemy ze świadomym korzystaniem z gatunków i w razie wątpliwości wybierają wersję uproszczoną, która imituje jedynie wersję stanowiącą punkt odniesienia.

O ile kobiety piszące z roczników 60. charakteryzuje pisarska świadomość, z roczników 70. – zagubienie w doborze formy i treści, o tyle pisarkom najmłodszym zdaje się przyświecać konieczność sprostania wymaganiom rynku i wygenerowania opowieści modnej, atrakcyjnej do sprzedaży. Z idei chętnie więc się robi ideologię, a z kolei słuszną ideologią usprawiedliwia się marne pisarstwo. Sztandarowym przykładem może być „Ślad po mamie” Dzido. Książka składa się z dwóch, wzajemnie wykluczających się, części. We wstępie autorka usprawiedliwia się z decyzji wydania książki słabej, ale słusznej ideowo, upomina się o prawo kobiet do decydowania o własnym ciele, wreszcie chciałaby swoją książką zapoczątkować rewolucję aborcyjnych coming outów. Z kolei sama opowieść to banalna historia, gdzie stereotyp goni stereotyp, a jej wydźwięk jest zdecydowanie antyaborcyjny i służyć może jako wsparcie argumentów wszystkich obrońców życia. Smaczku całej historii dodaje fakt, że zmiana klasyfikacji gatunkowej dokonała się tutaj jedynie dzięki etykietce wydawcy. Opowieść „Ślad po mamie” w gdańskiej antologii „Proza życia” z 2003 roku była opowiadaniem, wydana w 2006 roku jako książka stała się powieścią. Trudno też obronić tezę, że „Pani na domkach” Pawluśkiewicz jest powieścią. To raczej zbiór opowiadań, do tego bardzo luźno ze sobą powiązanych i nie wychodzących poza poziom banalnej refleksji nastolatki piszącej pamiętnik.

Tabu

Za najbardziej interesujące propozycje fabularne kobiet należałoby uznać te, w których autorka nie tylko jest świadoma gatunku, na który się zdecydowała, ale też wie, co chce czytelnikowi opowiedzieć. Dokonując klasyfikacji pod tym kątem, po raz kolejny dostrzegam, że najmniej pozytywnie prezentują się autorki z roczników 70. i 80. Te drugie, zapatrzone w modny temat, zdają się sądzić, że to wystarczy. Tymczasem znikoma fabuła, narracja prowadzona w konwencji zapisu zwierzeń nieszczęśliwej nastolatki, nieporadny zapis dyskwalifikują tę prozę. Drotkiewicz usiłowała ominąć powyższe meandry korzystając w swojej powieści z wzorca prozy Elfriede Jelinek. „Dla mnie to samo” młodej autorki nie stało się dzięki temu propozycją odkrywczą, a jedynie wtórnym przyswojeniem na grunt polski powieści „Pianistka” austriackiej pisarki. Te pierwsze nazbyt mocno przywiązują się do sprawdzonego tematu i zbliżają do pisania powieści/opowiadań wedle z góry przewidywalnego schematu. Receptą Mostowik na opowiadanie i powieść jest chorobliwa wręcz emocjonalność, napięcie, trudne relacje pomiędzy ludźmi. Receptą Schilling – lesbijski związek, w którym jedna z kobiet jest zwykle starsza, druga młodsza, a fabularne rozpisanie odbywa się zwykle przy pomocy sięgnięcia w przeszłość, gdzie poznajemy czyjąś traumę, i próby zmierzenia się z teraźniejszością na przekór wszystkiemu. Warda z kolei „produkuje” powieści „pozorne”, wszystkie bowiem konstruuje wedle sprawdzonego schematu rozpisania na głosy bez zróżnicowania języka postaci i lawirowania między powieścią popularną i trochę ambitną.

Autorki z roczników 60. wydają się najbardziej świadome swojego pisania. I to one najczęściej podejmują tzw. tematy tabu. Próba zmierzenia się z językiem dla opisania erotyki, zmysłowości, seksualności; kobieta osaczona; kobieta, która nie umie odnaleźć się w macierzyństwie, wreszcie kobieta-alkoholiczka czy miłość lesbijska. Takie motywy między innymi znajdziemy w „Smakach i dotykach” Iwasiów. Miłość kupowana przez dojrzałe kobiety, wyzwolona seksualność w „Namiętniku” Gretkowskiej. Codzienność, która odsłania przed nami wiele prawd egzystencjalnych, ukłon w stronę zwyczajności u Tokarczuk w „Szafie” czy „Grze na wielu bębenkach”. Rozprawianie się z polskością, patriarchalnymi uproszczeniami, mocne, często brutalne teksty, emigracja jako stan, w którym funkcjonuje kobieta – takie tematy m.in. pojawiają się w „Śmierci i spirali” oraz w „Niebieskiej menażerii” Filipiak. Podstawowym wyróżnikiem tych opowiadań jest z pewnością uwrażliwienie na los kobiet i oddanie im głosu. Doświadczenie kobiece wysuwa się tutaj na plan pierwszy i staje się fundamentalnym elementem nie tylko losu jednostkowego, ale też uniwersalnego.

W efekcie

Trudno oprzeć się wrażeniu, że młodsze pisarki nazbyt chętnie podążają za modą, w temacie aktualnym i społecznie dyskutowanym dostrzegając szansę na zaistnienie książki. Ich twórczość jest jakby nieco mniej przemyślana, jak gdyby pisarki (lub ich wydawcy) uważały, że niezależnie od tego, co napiszą, muszą iść za ciosem i jak najszybciej opublikować kolejną książkę. Przykładowo: Warda swoje trzy powieści, każda ponad 250 stron gęstym drukiem, opublikowała w ciągu dwóch lat [sic!]. Dzido rok po wydaniu książki „Małża” pokazała światu opowiadanie sprzed trzech lat, tym razem w formie niezależnej książki, a nie części antologii.

Pisarki z roczników 60. zdają się proponować czytelnikowi wersje bardziej przemyślane. Mam tutaj na myśli nie tylko dobór tematów, ale też formę. Mniej tutaj przypadkowości, wtórności w stosunku do samej siebie, za to więcej stawiania wyzwań własnemu pisarstwu. Być może wynika to z faktu, że jako starsze mają na swoim koncie więcej doświadczeń, a do reguł rynku umieją podejść z większym dystansem i niezależnością.

Można by więc powiedzieć, że z jednej strony mamy przemyślane sięganie po krótsze formy, pisanie fragmentaryczne, które oddać ma rozedrgany, pełen napięcia rytm fabuły, z drugiej zaś uciekanie od powieści w opowiadanie, bo forma ta wydaje się niektórym łatwiejsza do opanowania. Z jednej strony zetkniemy się z podejmowaniem tematów nowych, z drugiej z powtarzalnością w stosunku do własnego pisarstwa. Tym sposobem podział na roczniki 60. i młodsze pokoleniowo zostaje usankcjonowany jakością i pisarską świadomością. Ci młodsi albo raczej te młodsze muszą się jeszcze wiele nauczyć, a z wydawaniem niektórych pozycji może po prostu poczekać

Bernadetta Darska

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas