poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
INGA IWASIÓW
Opowiadanie opowiadania opowiadania…
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)

Nie będzie to systematyczny wykład na temat, bo musiałabym przywołać sporo książek teoretycznych i sporządzić pokaźny spis lektur, bowiem literatura najnowsza wydała na świat wiele zasługujących na uwagę zbiorów opowiadań. Gustaw Herling-Grudziński niewątpliwie przejął miejsce w sztafecie po Jarosławie Iwaszkiewiczu, gdyby mówić o arcydziełach gatunku. Przyjęte od Redakcji zadanie rozumiem jednak jako pytanie o obserwacje czytelniczki-krytyczki, podyktowane przeświadczeniem, że wśród prozy prym wiedzie powieść, inne, „mniejsze” gatunki być może straciły dziś na znaczeniu. Zarazem jednak sporo tomów opowiadań czytujemy co roku, trudno byłoby o wiarygodną statystykę, zaryzykuję jednak twierdzenie, że na każdą powieść przypadają co najmniej dwa wybory tychże. Czy można wobec tego je marginalizować? W dyskusjach mówimy jednak o „powieści współczesnej’, niekoniecznie zresztą mając na myśli powieść, w miejscu której pojawić się może cokolwiek, jako że bezustannie poszerzamy jej formułę. Spróbuję wobec tego dokonać remanentu we własnej świadomości. Najpierw obserwacje ogólne.

Wydawcy nie lubią zbiorów opowiadań. Kierują się doświadczeniem – to czytelnicy chętniej kupują powieści. Naturalnym środowiskiem krótkich form zdają się pisma literackie, które z kolei niechętnie przycinają dłuższe prozy do rozmiarów swych łamów i wolą, żeby rzecz miała od razu właściwe proporcje. Nie wiadomo jednak, czy niechęć czytelników i wydawców jest ściśle genologiczna, czy też empiria czytelnicza podpowiada, że coś, co opatrzone zostało podtytułem wskazującym na rozpatrywany tu gatunek, prawdopodobnie słabo nadaje się do czytania. Czy w psychologię odbioru wpisana jest jakaś „naturalna” predylekcja do formy dłuższej, na dłużej wystarczającej, oswajającej z sobą, czy te krótkie rozczarowują, blokując w konsekwencji chęć lektury? Jest jeszcze i ta możliwość, że czytelnicy mają odruch wyniesiony ze szkoły, ponieważ dydaktyka chętnie korzysta z kanonu arcydzieł opowiadań i nowel, co może skutkować trwałym skojarzeniem z czymś nieprzyjemnym. Bo arcydzieł w tradycji mamy sporo i jest na czym odruch odwrotu wypracowywać.

Rozumiem, że zakupiona za kilkadziesiąt złotych książka powinna wystarczyć przynajmniej na kilka wieczorów, dobrze byłoby przywiązać się do bohaterów, pobyć w świecie wykreowanym przez pisarza. Ale dlaczego nie obdzielić uwagą więcej niż jednego ze światów możliwych, czytając zbiór próz, przynajmniej uczciwie podzielony na całostki, nie zaś – z czym mamy często do czynienia – sztucznie przepisany z kilkudziesięciu stron komputeropisu do sto-iluś książki i w ogóle, pod żadnym względem nie trzymający się kupy? Wybierając między powieścią a zbiorem opowiadań, chcę wybrać między dobrą powieścią a dobrze skomponowanym zbiorem opowiadań. Nie ma bowiem nic gorszego niż przypadkowy zlepek tekstów pisanych wcześniej do wspomnianych pism literackich, chaotycznie zestawionych, nie składających się w choćby cień całości. Sądzę, że na tym rzecz polega: czytelnicy nie lubią zbiorów opowiadań, bo pod tym hasłem znajdują chaos. Chaos razy kilka lub kilkanaście to zwielokrotnienie tego, na co narażony bywa odbiorca złej powieści.

Mam tezę brzmiącą dla mnie samej pesymistycznie, więc nie będę się do niej przywiązywać, w dalszej części szkicu zajmując się przypadkami ważnych dla mnie książek. Sądzę, że intuicji wydawców pomaga statystyka sprzedaży, w której widać przede wszystkim zwycięstwo literatury popularnej. Koronnym gatunkiem tejże jest powieść, od romansu po fantastykę. Trudno wyobrazić sobie zbiór opowiadań o życiu kobiety w średnim wieku dążącej do poznania kolejnego księcia z bajki. Konwencjonalność takich narracji uniemożliwia opowiadanie w cyklu, nieuniknione podobieństwo na granicy plagiatu między tekstami wielu autorów/autorek daje pojęcie o tym, co by się stało, gdyby „Nigdy w życiu!” zamienić na „Zawsze w życiach” lub „Jestem nudziarą” na „Jesteśmy nudziarami!” Te rewelacje muszą występować pojedynczo. Styl lektury kształtowany przez zatarcie granicy rozrywki i sztuki odbierany jest coraz powszechniej jako oczywisty, obowiązujący, wzorcowy. Model czytelnika/czytelniczki, do którego dopasowuje się ofertę, jest statystycznie czytelniczką/czytelnikiem popularnego romansu.

Wracam jednak do półki z książkami, które ja sama czytam.

W praktyce często bywa tak, że pisarze przeplatają tomy dłuższych form zbiorami krótkich próz (rozmaitość tych narracji jest taka, że o klasycznych odmianach „short story” można mówić tylko niekiedy). W przypadku wielu autorów dopiero sąsiedztwo różnych odmian próz pozwala wyrazić najpełniej ideę pisarskiego projektu. Warto też podkreślić, że wielu autorów średniego i młodszego pokolenia istnieje w świadomości krytycznej i czytelniczej właśnie za sprawą opowiadań. Idzie więc o to, żeby zdefiniować pisarski projekt, gatunek będzie wobec niego pełnił funkcję wehikułu. Ergo: wydawcy powinni bać się zlepków, skrawków, zmiotków – nie opowiadań jako takich.

Przykładem pisarstwa realizującego z powodzeniem prozatorski płodozmian jest dorobek Włodzimierza Odojewskiego. Centralny tekst to „Zasypie wszystko, zawieje…”, powieść epicka w rozmachu, awangardowa w formie, psychologiczna w rysunkach postaci, polityczna w recepcji. Utwór, który zapewne dałby spełnienie każdemu prozaikowi. I w jakimś sensie wzór autozwrotny, wokół którego pisarz oscyluje, obudowując go mniejszymi „przybudówkami”, krótszymi powieściami (głównie napisanymi przed opus magnum), a przede wszystkim właśnie zbiorami opowiadań. Można tę dynamikę uważać za rodzaj „zwijania” narracji – tym bardziej, że opublikowana w ostatnich latach „Oksana” nie należy do dzieł najbardziej udanych – ale można też uznać, że koronną formą autora „Wyspy ocalenia” okazuje się opowiadanie.

Zbiory Odojewskiego – „Jedźmy, wracajmy…”; „Bez tchu; …” i „poniosły konie…” – składają się z opowiadań starszych, „przepisywanych” zawsze starannie oraz uzupełnianych o teksty nowe. Te starsze najczęściej dotyczą przeszłości, są powrotem do czasu wojny i świata Kresów. Sprawę ich autobiograficzności rozważano wielokrotnie, tu chcę zwrócić uwagę na fakt, że teksty pisane w sprawie polsko-ukraińsko-niemieckiej przeszłości wojennej są przede wszystkim literackimi obrazami polityki, historii, egzystencji. Nowsze utwory, często nawiązujące do sytuacji emigranta, można potraktować jako notatnik biograficzny pisarza. Gdy tak na to spojrzeć, właśnie w zbiorze opowiadań ogniskują się najważniejsze cechy dynamiki życiopisania Odojewskiego. Wielki temat, wybrany raz na zawsze i podlegający niewielkim korektom z upływem czasu i zmianami historycznymi (nowe redakcje i repetycje tematyczne pozwalają otwarcie opisać to, co wcześniej bywało zaledwie sugerowane), a z drugiej strony znaki biografii: śmierć bliskich osób, podróże, powroty do Polski. Zbiór opowiadań daje się w tym przypadku odczytywać na różnych poziomach, w kontekście całego dorobku, w przekroju dominant stylistycznych, ideowych, tematycznych, w perspektywie biograficznej. Recenzje ostatniego tomu pokazują, iż krytycy zaniechali żalów nad nienapisanym ciągiem dalszym powieściowego „Cyklu podolskiego” (w skład którego wchodził zresztą zbiór opowiadań „Zmierzch świata”) i zaczęli rozpoznawać Odojewskiego jako autora zbiorów krótkich form. Właśnie, zbiorów. Rzecz w tym, że teksty pomieszczone we wspomnianych wyborach układają się w cykle opowieści, chociaż niektóre mają wyraźnie okazjonalny, impresyjny styl. Scala je, moim zdaniem (co nie unieważnia wynalazków systematyzacyjnych innych krytyków, jak „powieść w opowiadaniach” czy „powieść mozaikowa”), nieustannie czujny narrator, którym jest pisarz opowiadający różne wycinki tego samego, bo przefiltrowanego przez siebie świata. Tak więc nie tylko wybór tematów, także ogniskowa nastawiana przez pisarza, jego silna narracyjna osobowość decydują o powodzeniu.

Opowiadanie u Odojewskiego okazuje się koronnym gatunkiem egzystencji, co zbieżne byłoby oczywiście z perspektywą wyznaczaną przez teorie narracji i tożsamości oraz przywoływało źródłosłów gatunku. Opowiadanie jest bowiem tym, co opowiadane, na jakimś pierwotnym zgromadzeniu, w skończonym czasie i skonkretyzowanej, przynajmniej punktowo, przestrzeni. „Opowiadać” nie znaczy w tym przypadku snuć nici bez końca, „opowiadać dalej”, aż ku wielkiej formie epickiej lub intertekstualnej repetycji, lecz zamknąć egzystencję (a zarazem otworzyć się na kolejne doświadczenia) w ponawianym wysiłku narracyjnym, dającym nadzieję zakorzenienia i kontaktu. Mam wrażenie, że w najciekawszych przypadkach właśnie tak sprawy się mają: pisarze obdarzają nas opowiadaniami jako ułamkami egzystencji.

Nie mam oczywiście na tę tezę żadnego dowodu. Można spróbować dowodu z natury, odwołując się do doświadczeń autorów, o których pośrednio była już mowa. Tych, którzy zestawiają zbiorki z publikowanych w pismach literackich fragmentów. Ten moment, decyzja o konieczności wejścia do obiegu poza niszą pism kulturalnych, sam w sobie ma wzniosłość nadziei i potencjał upadku. Jest momentem przełomu, wyłomu z niemal niebytu ku czemuś, co niedookreślone, lecz chyba jakoś cenne. Taki wybór mówi do mnie jako decyzja, widzę w nim niepewność pułapki bytu, kruchość. Innym dowodem byłyby zbiory dokumentujące ważne etapy życia pisarzy, zuniwersalizowane kategoriami literaturoznawczymi czy stylami komunikacji w obrębie życia literackiego. Przykładem mogłyby być tomy pisarek debiutujących po 1989 roku, zwłaszcza na styku emigracji i powrotu do Polski. Na przykład „Śmierć i spirala”, „Niebieska menażeria” Izabeli Filipiak, „Namiętnik” Manueli Gretkowskiej.

Co ciekawe, obie pisarki wybierają formy, które dalekie są od powieści w jej odmianie „klasycznej”, a więc powiedzmy realistycznej, z domieszką psychologizmu. Oczywiście, można to wyjaśnić, odwołując się do historii pisarstwa kobiecego lub do tez o przełomie postmodernistycznym (lub wyczerpaniu modernizmu) w latach 80. XX wieku. Niezależnie od motywacji, pozostaje faktem, że „Absolutna amnezja” Filipiak ma formę wielogłosowej sylwy, a „Tarot paryski” da się rekonstruować jako forma narracyjna, nie zaś twór fabularny. W opowiadaniach obu pisarek widać przede wszystkim linię demarkacyjną pomiędzy tu i tam – w Polsce i na emigracji – która przebiega także przez ich biografie. U obu opowiadanie wydaje się udanym kompromisem pomiędzy poszukiwaniami formalnymi a pracą tożsamościową. Oczywiście, dynamika u każdej z nich jest inna: Filipiak od zbioru opowiadań zaczyna, Gretkowska czyni z opowiadań pomost między kilkoma niepowieściowymi powieściami a narracjami autobiograficznymi i felietonowymi, by skończyć (tymczasem) powieścią obyczajową „Kobieta i mężczyźni”. Oba przypadki – zbiór opowiadań jako pierwszy lub publikowanie po sukcesie powieści tego, co do pewnego stopnia może łatwiej zebrać, a więc krótkich próz – obserwujemy w codzienności literackiej. Andrzej Stasiuk, Wojciech Kuczok, Jerzy Pilch, Mariusz Sieniewicz – wymieniam dla równowagi męskie postacie literatury – temu dwuogniskowemu opisowi podlegają. Sądzę, że w każdym przypadku opowiadania można potraktować nie jako przerywnik lub niedojrzałą formę ekspresji dążącej do rozkwitu w czymś większym, lecz właśnie jako soczewkę, podstawową formę egzystencjalno-tożsamościową literatury.

Ta wizja, częściowo utopijna, pozostaje w oczywistym związku z moim doświadczeniem pisarskim. Muszę bronić opowiadań jako autorka dwóch ich wyborów. Nie napiszę, czemu/czy wybrałam świadomie ten gatunek, za to zawsze mogę we wcieleniu czytelniczki dowodzić, że stanowi ono centrum literackiego wszechświata. I tylko trochę ironizuję. Także w tym ostatnim zdaniu, w którym chcę powiedzieć, że być może narracja historycznoliteracka prowadząca przez opowiadania o opowiadaniach zmieniłaby nasze opowieści o literaturze i świecie.

Inga Iwasiów
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas