poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Opowiadanie – marginesowy gatunek
Dekada Literacka 2007, nr 1 (221)
 
Tak już ze mną jest: lubię wkładać kij w mrowisko nawet wtedy, gdy przewiduję, że – jak to już nieraz bywało – mrówki go zupełnie zignorują. Dlatego między innymi postanowiłem namówić kilka osób, aby napisały, jaka jest „tu i teraz” kondycja jednego z gatunków literackich – opowiadania. A cóż to za temat, cóż to za wątpliwa rewelacja – może ktoś zapytać, wzruszając ramionami. Na pozór z opowiadaniami wszystko jest w porządku, a przynajmniej – nie gorzej, niż kiedyś. Wystarczy otworzyć jakiekolwiek czasopismo literackie, a na pewno trafi się w nim na opowiadanie, lepsze, gorsze, albo i całkiem beznadziejne, jak to w pismach. Na rynku wydawniczym pojawiają się kolejne tomy opowiadań, niektóre z nich – ostatnio choćby zbiory Jerzego Pilcha „Moje pierwsze samobójstwo” czy Ingi Iwasiów „Smaki i dotyki” – zyskują uznanie zarówno krytyków, jak i czytelników. Co jakiś czas wydawane są rozmaicie sprofilowane antologie opowiadań, dla przykładu: „PL+50. „Historie przyszłości” (Wydawnictwo Literackie, 2004 – zbiór zawierający teksty kreślące wizje Polski za lat pięćdziesiąt) czy „Trupy polskie. Antologia opowiadań kryminalnych i sensacyjnych” (EMG, 2005). Wciąż aktywni są mistrzowie tej formy, chociażby Marek Nowakowski, którym młodzi pisarze próbują dorównać, jak umieją. Niby wszystko jest świetnie, więc nie ma tematu. Będę się upierał, że jednak jest, bo nie trzeba być od razu wybitnym znawcą bieżącej twórczości prozatorskiej czy mechanizmów rządzących rynkiem książki, aby zauważyć, że opowiadania stają się z roku na rok gatunkiem coraz bardziej marginesowym.

Trudno sobie wyobrazić, aby dzisiaj autor, który chce pisać wyłącznie opowiadania, mógł zyskać popularność, nie mówiąc już o statusie gwiazdy. W prozie bezsprzecznie dominującym gatunkiem jest powieść, i to właśnie powieści domagają się wydawcy od pisarzy. „Parcie na powieść” prowadzi często do nazewniczych manipulacji, kiedy to tekst, który ma kilkadziesiąt stron czy ledwie przekracza ich setkę, i który należałoby nazwać po prostu dłuższym opowiadaniem, „sprzedaje się” czytelnikowi jako powieść (to zresztą wycinek szerszego zjawiska, czyli stopniowej dewaluacji pojęcia „pisarz”; dziś wielu autorów, którzy mają na koncie zaledwie jedną, cieniutką książczynę, uważa się za pisarzy pełną gębą). Zbiór opowiadań może być jeszcze potraktowany jako niezły materiał na debiut, choć i tak na tego rodzaju publikacje, obarczone sporym ryzykiem, decydują się zazwyczaj mniejsze, niszowe oficyny, zmuszone do poszukiwania nowych nazwisk. Wiodący na rynku literackim gracze wydają tomy opowiadań zwykle w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy przedłuża się czas oczekiwania na kolejną powieść danego pisarza; w ten sposób wydawca podtrzymuje obecność autora na rynku, sprawia, że jego nazwisko nie wypada z obiegu medialno-promocyjnego. Po drugie, gdy prozaik odnosi znaczący sukces, zdobywając na przykład Nagrodę NIKE czy Paszport „Polityki”, i istnieje spora szansa, że bez trudu uda się sprzedać szybko wprowadzoną na rynek następną książkę pisarza, choćby była ona jedynie zlepkiem przypadkowych tekstów albo „powtórką z rozrywki”, czyli kolejnym wydaniem zbioru.

Oczywiście, nie twierdzę, że za spychanie opowiadań na margines odpowiedzialni są jedynie wydawcy; w końcu reagują oni jedynie na takie a nie inne potrzeby rynku, zaspokajają czytelnicze potrzeby. A te bywają zaskakujące. Wydawać by się mogło, że obecnie to właśnie krótkie formy prozatorskie powinny cieszyć się największą popularnością. Dlaczego? Lawinowy rozwój nowych mediów wpływa na zmiany mechanizmów percepcji ludzi, którzy zmuszeni są radzić sobie z nadmiarem impulsów, informacyjnym szumem. Aby jako tako nad nim zapanować, muszą skakać po tematach i dziedzinach wiedzy, ślizgając się ledwie po powierzchni wzburzonej informacyjnej fali; czyli – by porzucić poetycką metaforykę – zachowywać się jak internauta, który bez żalu porzuca oglądaną stronę, aby jednym kliknięciem wejść na następną, i jeszcze następną, i kolejną, w poszukiwaniu potrzebnych informacji albo choćby rozrywki. Lektura opowiadań nie zabiera zbyt wiele czasu, pozwala na szybkie przerzucanie się z jednego wykreowanego świata w drugi, poznawanie coraz to nowych bohaterów, porzucanie jednego tematu w poszukiwaniu następnego, więc teoretycznie powinna odpowiadać ludziom „sformatowanym” przez nowe media. Tak jednak nie jest, i – przyznam – nie mam dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego. Być może wynika to z faktu, iż nasi czytelnicy, jak sugeruje Krzysztof Uniłowski w tekście „Mit powieści mieszczańskiej”, mają zachowawcze gusta; albo też powodem jest to, że literatura, jako medium staroświeckie, nie poddaje się łatwo przemianom przeorującym współczesność.

I na koniec jeszcze jedna kwestia, być może najbardziej bolesna. Z tego, co do tej pory napisałem, mogłoby wynikać, że wszystko sprzysięgło się przeciwko biednym autorom opowiadań, którzy nie mają odpowiednich warunków, aby w pełni rozwinąć skrzydła. Problem w tym, że sami pisarze w dużym stopniu przyczyniają się do dewaluacji gatunku. Wbrew pozorom napisanie dobrego opowiadania jest prawdziwą sztuką; bez warsztatu, dyscypliny i klarownych pomysłów niemożliwe jest stworzenie takiego tekstu, tym bardziej że w krótkich formach prozatorskich trudno ukryć błędy i tekstowe mielizny, które często maskuje się w powieściach nieokiełznanym gadulstwem. Tymczasem dominuje chyba przekonanie, że opowiadanie to forma lekka, łatwa i przyjemna, że wystarczy mieć ćwierć pomysłu i kilka wolnych godzin, aby „skrobnąć” opowiadanko. Efekt jest taki, że teksty tego rodzaju przypominają raczej wprawki, swobodne – i zazwyczaj nudne, dodam – impresje prozą, a tomy opowiadań komponuje się bez ładu i składu. Widać to wyraźnie w przypadkach antologii zawierających teksty pisane na zadany temat. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu autorowi takie zadania pisarskie „leżą”, ale z drugiej strony - są one przecież sprawdzianem rzemieślniczej sprawności. Jako przykład wymienię zbiór „Trafieni. Siedem opowiadań o AIDS”, w którym prozaicy, skądinąd wyborni, w większości spektakularnie wyłożyli się na formie opowiadania.

Ktoś może powie: nie ma problemu, bo jeżeli nie podoba się nam bieżąca twórczość, to zawsze można sięgnąć po książki klasyków gatunku. Oczywiście, jestem jednak zdania, że dopóki powstają opowiadania, to trzeba się starać, aby były one jak najlepsze.

Robert Ostaszewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas