poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2006, nr 6 (220)]
 
Przez prasę przetoczyła się lawina tekstów poświęconych zmarłemu niedawno wybitnemu reporterowi i pisarzowi Ryszardowi Kapuścińskiemu. Chciałbym przywołać tylko dwa. Tak się składa, że obydwa z „Gazety Wyborczej”. Najpierw krótkie wspomnienie o Kapuścińskim, podpisane „Przyjaciele z  >>Gazety Wyborczej<<”, które ukazało się 24 stycznia br. („Ryszard Kapuściński nie żyje”). Zacytuję tylko ostatnie zdania z tego tekstu: „Kochany Ryśku – stamtąd, gdzie poszedłeś, jeszcze nikt nie napisał reportażu. Wierzymy, że znów będziesz pierwszy i – jak wiele razy wcześniej – pomożesz nam zrozumieć, jak tam jest.”

Drugi tekst, który trzeba przeczytać, jest właściwie nie o samym Kapuścińskim, a o jego żonie: „Alicja – godna partnerka Kapuścińskiego” („GW” z 30 stycznia br.). Wiktor Osiatyński pisze, że Kapuściński nie musiał wyszukiwać połączeń lotniczych, głowić się nad przepisami podatkowymi i wykonywać wielu innych prozaicznych czynności życiowych, których nauczenie się przyszłoby mu z ogromnym trudem. Tę niewdzięczną rolę wzięła na siebie żona. „Czasem jednak rozmawialiśmy w mieszkaniu, razem z Alicją. I wtedy stawało się widoczne, że nie była ona tylko asystentką i agentką wielkiego pisarza, ale jego równorzędną partnerką – w rozmowie o świecie, w komentowaniu wydarzeń, w stawianiu pytań, w dzieleniu się lekturami i przemyśleniami. I było oczywiste, że jego talent znalazł środowisko życiowe, w którym mógł kwitnąć.”

Rzadko już czytam „Gazetę Krakowską”, która przecież przed laty słynęła z dobrego dziennikarstwa i pisania (na tyle, na ile to było możliwe) dalekiego od peerelowskiego bełkotu medialnego. Z przyjemnością i pewnym zaskoczeniem przeczytałem czterokolumnowy tekst, który ukazał się w „GK” z 29 grudnia 2006 r. Chodzi o tekst „Bajki z buszu, czyli o czym szumi wierzba”. To zabawna i odważna szopka noworoczna, czy jak chce jej autor, Paweł Szumiwierzbicki, „dobranocka noworoczna dla dorosłych o mocnych nerwach, szerokich plecach i trzeźwym spojrzeniu (niepotrzebne skreślić)”. Oprócz wierzby, w dobranocce występują m.in. bracia (dwaj, czyli Lech i Brat), Janusz z Onyszkiewiczów, Kazimierz krzywousty, Maciek z Giertychowa, Kopciuszek z kurwikami w oczach, Jędrzej Śniady, Mały Książę (od stacyjki we Włoszczowie), Donald i diabeł Rokita. Dialogi są inteligentne i cięte, więc warto i teraz wrócić do tego tekstu, póki zestaw postaci na prawdziwej scenie (politycznej) jest podobny.

Grudniowy „Dialog” (12/2006) ukazał się pod przewrotnym tytułem „Tacierzyństwo”. Zwraca uwagę na rolę ojca w rodzinie i w kształtowaniu innych ludzi – swoich dzieci. Drukuje teksty temu poświęcone. Numer otwiera dramat Nasz syn autorstwa Marka Pruchniewskiego i Marka Wortmana. Historia pozornie taka, jakich wiele: rodzina dotknięta bezrobociem, ojciec i syn pracują, czyszcząc cegły z rozbieranego zakładu, w którym ojciec pracował, syn ma dziewczynę i jakieś marzenia, na ich realizację chce pożyczyć pieniądze od znajomego cukiernika, wstydzi się prosić, chce ukraść, w końcu zabija. Policja nie wpada na jego trop dzięki żonie cukiernika, która przekonuje: przecież pomagał, był jak syn. Jednak matka się domyśla. Syn pije. Matka chce zmusić go do przyznania się do winy i odpokutowania za nią. Wydaje się, że syn pójdzie na policję, on idzie do łazienki i wiesza się. Jednak krótkie, urywane zdania, napięcie, domysły, przemoc – powodują, że źle się to czyta. Źle w tym sensie, że zbrodnia przeraża i nie daje spokoju, że na naszych oczach rozsypuje się zwykła rodzina. Co się stało? Czego zabrakło? Może tego, co w motcie przywołali autorzy sztuki: „A jak nam się urodzi / ten chłopiec to mu powiem / tu jest światło tu ciemność / tu jest prawda tu fałsz / tu lewa strona tu prawa // I będzie żył w jasności” (Tadeusz Różewicz, „Gałązka oliwna”).

Tacierzyństwo to także tytuł tekstu Katarzyny Taras, która opisuje ojcostwo w polskich filmach z ostatnich lat, twierdząc, że ono mężczyzn przede wszystkim uwiera. Przywołuje bohaterów z filmów: „Portret podwójny” Mariusza Fronta, „Patrzę na ciebie, Marysiu” Łukasza Barczyka, „Pręgi” Magdy Piekorz i konstatuje, że „dla żadnego z nich rodzicielstwo nie jest wyborem, ale niespodziewaną i kłopotliwą konsekwencją związku z kobietą, co zupełnie nie licuje z ich wiekiem i jest kolejnym argumentem przekonującym o ich niedojrzałości.” Ale pojawiają się też ojcowie odpowiedzialni i radzący sobie ze strachem przed miłością, strachem przed odsłonięciem siebie, jak w „Historiach miłosnych” Jerzego Stuhra. Taras, żeby opisać syndrom syna zdradzonego przez ojca (określenie Wojciecha Eichelbergera), przypomina film „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego. „Ojciec pije, bo (…) został zdradzony przez ojca, który również pił. Mały Adaś Miauczyński obiecywał sobie wprawdzie, że nigdy nie będzie taki jak jego ojciec, ale historia się powtarza. Sylwuś ćpa, bo i jego zdradził ojciec.” W najnowszym polskim kinie najlepiej sprawdzają się ojcowie nie biologiczni, a z wyboru. Jak tytułowy bohater w filmie „Edi” Piotra Trzaskalskiego, który zaopiekował się cudzym dzieckiem, wiedząc, że trzeba chronić najsłabszych. Jak Matuszek w „Żurku” Ryszarda Brylskiego, który za własne uznał dziecko nieletniej dziewczyny i zakończył w ten sposób upokarzające dla niej poszukiwania ojca. Jak Jasiek ze „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego, którego wybrała dwunastoletnia uciekinierka z domu zamożnych rodziców.

Po lekturze dwóch omówionych tekstów nie należy odkładać grudniowego „Dialogu”. Ciekawie o rolach i zadaniach współczesnego ojca pisze Ewa Woydyłło, która zajmuje się terapią grupową w placówkach odwykowych („Dobry ojciec”). Esej ten jest fragmentem książki „Poradnik dla zmartwionych rodziców”. Choć jest nieco przesłodzona, warto też przeczytać sztukę Eduardo Rovnera „Ziemia moja daleka”. Justyna Kozłowska krótko omawia twórczość tego argentyńskiego dramatopisarza; swemu artykułowi dała wiele mówiący tytuł: „Absurd w wersji light”.

Jeśli ktoś ma trochę wolnego czasu i chciałby usiąść nad lekturą do przemyślenia, to polecam esej Richarda Rorty’ego „Etyka bez zasad” („Odra” 9/2006). Rorty w swoim dość trudnym i kontrowersyjnym wywodzie (z którego przywołam tylko niektóre wątki) wychodzi od rozróżnienia moralności i roztropności. Przywołuje Deweya, według którego roztropność jest pewnym naturalnym działaniem, takim jak ufanie członkom swojej rodziny bardziej niż obcym. Natomiast moralność wkracza tam, gdzie w relacjach między ludźmi pojawiają się kontrowersje, gdy rutyna i roztropność w działaniu zawodzą. Jednak dla Deweya moralność i roztropność różnią się nie rodzajem, a tylko stopniem. Oczywiście, z kantowskiego punktu widzenia „utożsamianie obowiązku moralnego z koniecznością dostosowania własnego zachowania do potrzeb innych ludzi jest (…) albo czymś nikczemnym, albo lekkomyślnym.” Rorty, oprócz Deweya, przywołuje też innych „skrajnie antykantowskich filozofów”: Annette Baier i Davida Hume’a. Tę trójkę łączy nieufność do pojęcia obowiązku moralnego. „(…) Hume, starający się przedstawić postęp moralności jako postęp uczuć, nie potrafi wyjaśnić, czym jest obowiązek moralny. Jednak zdaniem Baier – i Deweya – nie ma tu nic do wyjaśniania: obowiązek moralny nie ma żadnej natury albo źródła innych od tradycji, nawyku i zwyczaju. Moralność jest po prostu nowym, kontrowersyjnym, zwyczajem. Poczucie, że roztropność jest czymś nieheroicznym, a moralność heroicznym, polega po prostu na spostrzeżeniu, że wypróbowanie tego, co względnie niesprawdzone, jest bardziej ryzykowne, niż robienie tego, co przychodzi naturalnie.” Koncepcji zimnego i psychopatycznego „ja”, które musi sobie narzucić moralność i kary za zachowania niemoralne, Rorty przeciwstawia (za Baier) koncepcję świeckiej wiary, kształtującej się w relacjach rodzinnych. Zaspokaja się potrzeby swoich bliskich, traktując to jako rzecz najbardziej naturalną na świecie, nie jako obowiązek moralny. Pojęcia „moralny” i „obowiązek” służą uzasadnianiu działań, które nie przychodzą w sposób naturalny. Pojęcia te przydatne są szczególnie wtedy, gdy „w grę wchodzi pozbawienie własnych dzieci czegoś, czego pragną, po to, aby wysłać pieniądze ofiarom głodu w kraju, którego nigdy nie widzieliśmy na oczy, ludziom, do których moglibyśmy czuć silna odrazę, gdybyśmy ich kiedykolwiek spotkali (…).” Rorty przypomina, że za takie sądy pragmatyści są oskarżani o stawianie człowieka na równi ze zwierzętami. Jednak postęp moralny jest możliwy także w ujęciu pragmatycznym: „(…) najlepiej myśleć o postępie moralnym jako o zwiększaniu zdolności odczuwania, zwiększaniu umiejętności odpowiadania na potrzeby coraz większej liczby osób i rzeczy.” Zdaniem pragmatystów tak, jak postęp nauki polega na zwiększaniu liczby danych (a nie zdzieraniu jakiejś zasłony i docieraniu do prawdy), tak postęp moralny jest zwiększaniem współczucia. „Chociaż nie możemy spodziewać się osiągnięcia pełni, możemy dążyć do wyjaśnienia jeszcze większej liczby danych albo do troski o jeszcze większą liczbę ludzi. Nie możemy spodziewać się dotarcia do kresu dociekania ani w dziedzinie fizyki, ani w dziedzinie etyki.” Pragmatyści – dowodzi Rorty – zachęcają, żeby zaprzestać poszukiwań tego, co jest nam wszystkim wspólne, a skoncentrować się na czynieniu nieistotnymi tych drobiazgów, które nas dzielą.

„Odra” zamieszcza też zapis ciekawej rozmowy Henryka Grynberga z Jerzym Kosińskim, która odbyła się w pierwszej połowie lat 80. ubiegłego wieku, po rozpętaniu nagonki na Kosińskiego przez lewicowy „Village Voice” („Skrajny indywidualizm”). I jeszcze kilka tekstów poświęconych Tymoteuszowi Karpowiczowi: „Karpowicz – o spełnianiu się mitu” (z Czesławem Karkowskim rozmawia Joanna Roszak), „Norwid na motocyklu” (rozmowa J. Roszak ze Stanem Borysem), „Tymoteusz Karpowicz do Jana Waszkiewicza” (ciekawy list Karpowicza i krótki komentarz adresata).

Robert Kozela

 
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas