poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Obietnica poranka
Dekada Literacka 2006, nr 6 (220)
„Wielka cisza” („Die Große Stille”), Niemcy-Szwajcaria-Francja (2005), reżyseria, scenariusz, montaż, zdjęcia – Philip Gröning, 169 min. Dystrybucja w Polsce: Gutek Film.


Lato, zima, znowu lato. Zmienność pór roku kontra duchowy constans. Philip Gröning w filmie Wielka cisza wsłuchuje się w dźwięki, których nie słyszymy; przygląda się twarzom, których nie dostrzegamy. Wizualizuje ciszę. Jest piękna.

Bohaterami „Wielkiej ciszy” są zakonnicy z klasztoru Grande Chartreuse w Alpach Francuskich, gdzieś pomiędzy Grenoble i Chambéry. Żadnych fajerwerków: widzimy wielki podwórzec dookoła którego rozmieszczone zostały skromne eremy – trzydzieści małych, pustelniczych siedzib. Stronami słońce, stronami deszcz. Pory roku i pory życia. Są niezmienne: klęcznik, brewiarz, praca fizyczna, wspólne modlitwy, psalmy, spacery. Rytuały powtarzane od lat, dekad; od stuleci. Ale modlitwa to nie tylko słowa – to także sens życia. I sposób na życie.

Asceza wnętrz mnisich cel umieszczonych w otoczonych ogrodem, parterowych budynkach została skontrastowana z feerię kolorów, których nie zdominowała cywilizacja. Wysoko – niemal w chmurach – widać Alpy, a poniżej, obok klasztoru: lasy, strumyki, rośliny i ptaki. Sielanka jak z dziecięcej bajki. Tak musi chyba wyglądać raj… Z jednej strony zachwycające rozpasanie (natura), z drugiej powściągliwość i spokój zakonników (kultura). Krojenie pomarańczy z nalepką wielkiej sieci handlowej i rozmodlone chorały gregoriańskie. Świat materii i ducha. Dopiero stop tych dwóch rzeczywistości, dwóch wizji, daje szansę na pełnię. A raczej przeczucie pełni. Bo widz ma wrażenie, że dotyka egzystencji, która jest spełnieniem. I – na czas seansu – sam w tym spełnieniu przeciwieństw uczestniczy.

„Wielka cisza” to film medytacyjny, wymaga skupienia, czyli przełamania grubego osadu codzienności, złamania szantażu przyzwyczajeń: żeby się spieszyć, żeby zdążyć na czas. O „Wielkiej ciszy” nie wolno myśleć w pośpiechu. To obraz, który udowadnia, że czas (i pośpiech) mają także inne znaczenie. Pojemniejsze, głębsze. Zegar jest tylko zewnętrznym rekwizytem. Według Heideggera „czas” czemuś służy – zaczynamy go mierzyć, odliczać i przeliczać ciągle od nowa. Ale chwila obecna, łapana w locie aktualność jest już skomplikowana. Heideggerowskie trzy ekstazy czasu to nie tylko „obecność”, także – przeszłość i przyszłość. Oglądając film Gröninga uświadamiamy sobie, że rozwibrowana, trójdzielna ekstaza może być także monolitem. A nawet więcej: powinna nim być.

Ulokowany w Alpach klasztor kartuzów, jeden z dziewiętnastu tego zakonu, jest zamknięty dla zwiedzających. Gröningowi – po dziewiętnastu latach starań – udało się po raz pierwszy sfilmować ten świat. Na kilka miesięcy, w kilku porach roku, reżyser stał się jego częścią. Zamieszkał w klasztorze, przyjął jego reguły, pewnie także milczał – jak bracia. Zakon został założony w 1084 roku. Mnisi przypominają dawnych pustelników. Całe życie poświęcili służbie Bogu i rozwojowi duchowemu. Decydują się na niemal zupełne odizolowanie od świata i ludzi, na samotnicze życie w przydzielonej celi, oraz na – jak to określają – „samotność serca”. Czyli samotności z wyboru: zakonnicy nie przyjmują odwiedzin, nie czytają gazet, nie mają telefonów, radia i telewizji. O tym, co dzieje się na świecie, dowiadują się od przeora. Raz w tygodniu opuszczają mury klasztorne. Wtedy, w trakcie długiego, niedzielnego spaceru, mogą rozmawiać. Spotykają się także podczas mszy oraz niedzielnego posiłku. Większość dnia spędzają jednak na modlitwie i medytacji, pozostałą – na pracy fizycznej. Klasztor jest samodzielny i finansowo niezależny (największy dochód kartuzi czerpią ze sławnego ziołowego likieru preparowanego według średniowiecznej receptury). Są rolnikami, rzemieślnikami, filozofami. Wszystko razem, równolegle.

Od XI wieku niewiele się tutaj zmieniło. Podobne modlitwy i obyczaje. Kiedy podczas niedzielnej mszy zakonnicy, pomiędzy długimi pauzami, niespiesznie, a capella, zaczynają śpiewać gregoriańskie chorały, każde słowo psalmodii, liturgiczny adres sławiący imię Pana brzmi tak, jakbyśmy słyszeli to po raz pierwszy. Podobnie jak pojawiające się co jakiś czas na ekranie biblijne napisy. Kontemplacyjny charakter słów o oddaniu się woli Bożej wiąże się z kontemplacyjnym modelem życia zakonników, w którym każda fraza Pisma Świętego czytana jest setki, tysiące razy. Od lat, wieków. Nabiera głębi (być może nadanej lub wymyślonej), albo tę głębię także traci. Ale za miesiąc, za rok, za dekadę zakonnik znowu – w myślach, lub w trakcie liturgii – powtórzy, że „Pan jest moim zbawieniem”. I tak aż do końca.

Na pierwszym planie kaplica, nieco dalej refektarz, kuchnia, pralnia, dyspensarium… Starzy zakonnicy umierają, ale ciągle zgłaszają się nowicjusze. Czas się zatrzymał. Trwa. Jakby przeczył tezie Edmunda Husserla o wiecznym, subiektywnym „przepływie” czasu, który „wtryskuje” się w teraźniejszość. Husserl pisał: „Dla tego wszystkiego brak mi słów”. Kto wie, może właśnie słowa są zbędne? Eremici kartuskiego monastyru milczą. I nie czują „przepływu” czasu. Milcząc, raz po raz, w długich ujęciach, po prostu patrzą w wizjer kamery Gröninga. Uśmiechają się, lub udają powagę. Głośne życie mija obok. „Wtryskuje” się w teraźniejszość. Ich egzystencja nie ma tego rozwibrowania. Ciągłość, trwanie, modlitwa i spokój. Święty?

No właśnie: filmowa medytacja Gröninga tak jest silna, że całkowicie zawłaszcza emocje widza na czas seansu, ale potem – po dniu, albo tygodniu pojawiają się pytania. Pierwsze, nie naiwne. Pytania o metafizykę i codzienność. Czy wiara, tak silna wiara w Boga, dla którego rezygnujemy ze wszystkiego, jest możliwa? Czy wybór takiego życia nie jest także rejteradą z bólu istnienia, którego Heideggerowskie ekstazy były kwintesencją? Bo życie, nieważne – religijne czy ateistyczne – przede wszystkim boli. Jest ciągłym wyzwaniem, bez szansy na odpoczynek. W tej perspektywie kartuzi mają łatwiej. O nic nie walczą, o nikogo się nie troszczą. Są, żyją, modlą się, trwają. Ale co właściwie myślą? W filmie są skupieni, pogodni, uśmiechnięci, ale czy mają także chwile zwątpienia, czy myślą o ucieczce, o samobójstwie? Na pewno niektórzy myślą także o tym. Są ludźmi, prostymi, ale nie „jurodiwymi”. Skądinąd najsławniejszy „święty idiota” Alosza Karamazow dotknął przecież bólu istnienia. Spotkał Gruszeńkę, rozpoznał Iwana, naprawdę kochał swojego złego ojca. Tymczasem zakonnicy z „Wielkiej ciszy” milczą na temat młodości, przeszłości. Nie mogą nic powiedzieć, ale pewnie niektórzy także nie chcą. Zakon jest dla nich schronieniem. Od wspomnień. Jest haremem. Dla duszy. Jest także mieszkaniem. Dla ciała...

Nieuczesane, nieprawomyślne pytania przychodzą do głowy poniewczasie, albo nie przychodzą wcale. Tymczasem Gröning szczęśliwie niczego nie przesądza, nikogo nie ocenia. Tylko jest. Tam, z kamerą. Przypatruje się codzienności zakonników. Trwa jak oni i milczy jak oni. Wnioski i ocenę – nawet niejednoznaczną – pozostawiając widzowi. Wielka cisza nagrodzona w tym roku Europejską Nagrodą Filmową – a wcześniej co najmniej tuzinem innych wyróżnień – jest, co trzeba podkreślić, dokumentem wizualnie pięknym. Malarskim i wyrafinowanym. Gröning nawiązuje wprost do malarstwa Rembrandta: twarze zakonników są także postaciami wyjętymi z płócien mistrza van Rijn. Wędrówka światła po podłodze, kopcący języczek świecy, wreszcie gonitwa chmur nad monastyrem przywodzą z kolei malarstwo De la Toura, a przesuwane artretycznymi palcami paciorki różańca są jakby z Veermeera.

* * *

Człowiek: kiedy długi cień staje się postacią? Świeca: jak długo się pali? Jak wygląda – kiedy jej ubywa? Kiedy „maleje”? I jak pachnie? Gröning pokazuje niewidzialną codzienność. Może jednak wreszcie trzeba docenić serce świecy, brzydko nazywane knotem, żeby rozumieć serce własne – równie brzydko nazywane pompą ssąco-tłoczącą. Ten dokument trwa 164 minuty. To bardzo długo. Bez muzyki (tylko śpiewy), bez wywiadów (Gröning rozmawia tylko z jednym braciszkiem – niewidomym), bez sztucznego światła, bez komentarza. Jest niemal afilmowy, a jednak zupełnie się tego nie czuje. Golenie włosów nowoprzybyłych nowicjuszy, wyprawa starego zakonnika nad rwący strumyk, przygotowanie posiłków. Czas na medytację, ale i na zabawę. Kiedy spadnie pierwszy śnieg, braciszkowie na cotygodniowy, „rozgadany” spacer wyruszą na niewielki stok. Przyglądamy się im dyskretnie, z bezpiecznej oddali. Ale dobrze słychać okrzyki radości: bo jest biało i jest pięknie. Bo są szczęśliwi. Nie ma sanek? Trudno, zachwyceni zakonnicy zjeżdżają z górki na pupach. Nic wielkiego, samo życie. Przyglądamy się jednak temu światu z tą samą radością, z którą prawdopodobnie Josif Brodski pisał o przeszkadzającym mu robaczku, albo Czesław Miłosz, kiedy medytował nad pająkiem, zasmucony, że będzie trzeba utopić go w wannie. Mały robaczek, skromny posiłek. Litery wielkie stają się małymi. Słowa pierwsze – ostatnimi. Trzeba odnaleźć w sobie tylko odwagę na wyrównanie hierarchii wartości. Zaburzonej przez inne robaczki i inne dania. Do ciszy zaburzonej przez słowa. Wielkiej ciszy. I małych słów.

Łukasz Maciejewski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas