poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
STANISŁAW PISKOR
Komu szkodzi patriotyzm?
Dekada Literacka 2006, nr 6 (220)
 
W jakim stopniu patriotyzm jest dziś wartością przeżywaną i co to pojęcie dokładniej oznacza, poza ogólnikową miłością do ojczyzny?

Wsłuchując się w język mediów, natrafiamy na charakterystyczne zbitki słowne, na przykład „w tym kraju”, kiedy mowa jest o naszym kraju, albo podczas prezentacji danych badań marketingowych na formułę: „Polacy preferują”. „Polacy... w tym kraju” – to jest punkt widzenia obcokrajowca w kraju tubylców. Inne spostrzeżenie: w sytuacjach dyskusyjnych przypisujemy szczególne znaczenie opinii mediów zagranicznych, zamiast rzeczowo wymieniać argumenty. Symptomatyczny wreszcie przypadek miał miejsce w Sejmie, kiedy to przewidywany rok wejścia RP do Unii Europejskiej ogłoszono również rokiem Witolda Gombrowicza. W ten sposób powstało swoiste iunctim: akces na rzecz europejskości powiązano z Gombrowiczowskim krytycyzmem wobec polskości, z jego koncepcją „niedojrzałości” kultury polskiej, powierzchownej religijności, aintelektualizmu itd.

Ten kierunek myślenia zyskał afirmację wielu felczerów wyspecjalizowanych w „rozdrapywaniu ran” i byłaby to akcja godna pochwały, gdyby nie efekty raczej przeciwne zamierzeniom, jeśli spojrzeć na przykład na stan korupcji, jakość sądownictwa czy wreszcie stopień poczucia odpowiedzialności za państwo w skali całej klasy politycznej III RP.

Zatem czym jest patriotyzm? W moim rozumieniu źródłowo odwołuje się do uwarunkowań kulturowej tożsamości, natomiast w zakresie odpowiedzialności – do aspektów deontologicznych wyrażanych w praktycznym działaniu, między innymi gospodarczym i politycznym.

W siatce podstawowych odniesień patriotyzm lokuje się na przecięciu dwu antynomii: kosmopolityzm – nacjonalizm oraz etnocentryzm – uniwersalizm. Kosmopolityzm jest zwykłą negacją cech własnej źródłowej tożsamości kulturowej, natomiast nacjonalizm zasadza się na nadwartościowaniu własnej kultury w stosunku do innych kultur. W rezultacie kosmopolityzm wytwarza „człowieka bez właściwości”, natomiast nacjonalizm – nienawiść do innych i agresję. W tej relacji patriotyzm oznacza umiłowanie własnej kultury, ale z uznaniem równoprawnej wartości innych kultur. Jego efektem jest tolerancja.

W drugim odniesieniu patriotyzm mieści się pomiędzy etnocentryzmem, który nawiązuje do greckiej etymologii (ziomek, rodak – dziś: „mała ojczyzna”, regionalizm), a uniwersalizmem (na przykład specyfiki kultury środkowoeuropejskiej). W przeciwieństwie do pierwszej pary przeciwieństw – tu mamy potencjalną możliwość transformacji i sublimacji (na przykład od mazurków zespołu folklorystycznego do mazurków Chopina), co oznacza potencjał w postaci uniwersalizacji lokalnego. Taki sens patriotyzmu uważam za wartość, która posiada potencjał twórczej przemiany, a tolerancja warunkuje łagodną formę współżycia z innymi narodami.

Warunkiem tak rozumianego patriotyzmu jest odwołanie do żywotnych wątków tradycji; to znaczy takich, które w jakimś stopniu korespondują z dylematami współczesności. W tym sensie odwołanie do Gombrowiczowskiego krytycyzmu ma wartość higieniczną, pod jednym wszak warunkiem, że celem nie jest koncentracja uwagi na skamielinach do odrzucenia, lecz na głębszej treści tego, co znajduje się pod skorupą. Dla przykładu: zalecając protestancką (intelektualną) terapię dla naszego katolicyzmu, Gombrowicz nie chciał – jak się wydaje – dostrzec fundamentalnego znaczenia roli więziotwórczej tej „powierzchownej”, ekstrawertywnej, barokowej religijności, co w czasach zniewolenia było jedynym warunkiem przetrwania, a przecież swoje diagnozy ogłaszał już po wojnie. Podobny błąd popełniają dzisiejsi prześmiewcy sarmatyzmu, ponieważ nie chcą dostrzec w tym micie funkcji politycznego spoiwa Rzeczpospolitej sześciu narodów (notabene pod tym względem prekursorki UE), patrząc wyłącznie na sarmatyzm w fazie rozkładu przez okulary oświeceniowego „Monitora”. W tej kwestii sam Gombrowicz miał dość ambiwalentne uczucia wobec sarmatyzmu, nie pozbawione akcentów fascynacji, mimo że nie potrafił oderwać się od dziewiętnastowiecznych koncepcji historiozoficznych, mówiących między innymi o naszej „młodszości” i konieczności naśladowania faz rozwojowych Zachodu.

Rzecz zdumiewająca: innym narodom współczesnej Unii Europejskiej, na przykład Niemcom, nie przeszkadza w poczuciu europejskości pielęgnacja dorobku Wagnera nawiązującego do pierwotnych źródeł nordyzmu (obok gallizmu – analogii polskiego sarmatyzmu); my – odwrotnie: europejskość koniecznie chcemy poświadczyć aktem autokastracji.

Zawiodła też elementarna logika: zamiast po roku 1989, w warunkach odzyskanej niepodległości, odwołać się do analogicznie niepodległej tradycji I Rzeczpospolitej (przy uwzględnieniu wszystkich zróżnicowań w stosunku do współczesności) – nie potrafimy bez żalu pożegnać porozbiorowych, dziewiętnastowiecznych resentymentów. W konsekwencji kompensacyjnym kołem ratunkowym w rejsie do Unii Europejskiej stała się postmodernistyczna alternatywa dowolności i eklektyzmu, a w szczytach nonsensu przekonanie, że tożsamość może być kwestią wyboru lub arbitralnej decyzji, na wzór „człowieka radzieckiego”. Jakby cały dorobek choćby C. G. Junga, M. Eliadego czy nawet E. Fromma można było unieważnić jednym nonszalanckim gestem. Podstawowe pożywienie duchowe zawarte w pytaniach naszego regionu Europy: skąd przychodzimy?, kim jesteśmy? i dokąd zmierzamy? chcemy zastąpić ciasteczkami gospodarczo stabilnej, politycznie bezpiecznej, a kulturowo lekko znudzonej sobą „starej Europy”, w rodzaju podkołdernych dylematów mniejszości seksualnych czy problematyką feministyczną.

W drugim aspekcie, mianowicie odpowiedzialności, zwłaszcza wobec przyszłych pokoleń, za to, jak wykorzystaliśmy historyczną szansę „jesieni ludów” roku 1989 obiegowy sposób rozumienia patriotyzmu pozostawia równie dużo do życzenia, jak w aspekcie kulturowym. Wygląda na to, że daliśmy sobie wmówić złudzenie, że wchodząc do solidarnej Unii Europejskiej, jesteśmy bezpieczni. Tymczasem wystarczyły dwa niewielkie szantaże naftowe Rosji wobec jej „bliskiej zagranicy”, a już kolejne kraje „starej Europy” – wbrew niedawnym teoretycznym fascynacjom liberalnym – po kolei przystępują do nacjonalizacji swoich urządzeń petrochemicznych. Tak wygląda mit globalizacji w zderzeniu z konkretem przeczuwanego zagrożenia. Czy to jest nacjonalizm? Niekoniecznie. To jest patriotyczna forma obrony własnych interesów poprzez działania prewencyjne. My natomiast do niedawna faszerowaliśmy się nieuchronnością globalizacji i liberalną ortodoksją, pozbywając się tak podstawowych sterowników państwa jak na przykład banki lub media. Czy to była działalność patriotyczna?

Wreszcie na szerszym planie warto zapytać, co jest najważniejszą intencją zmian traktatu konstytucyjnego UE, w stosunku do traktatu nicejskiego? Czy poza dążeniem do rzeczywistych usprawnień UE nie kryje się i taka zmiana (na przykład w zakresie kryteriów reprezentowalności poszczególnych państw), która zmierza do dominacji Niemiec? A jeśli te intencje powiązać z grą polityczną wobec Polski, na dwóch fortepianach: uspokajających deklaracji rządu niemieckiego (niezobowiązujących prawnie), z pragmatyką Powiernictwa Pruskiego i relatywizacją winy za rezultaty II wojny światowej – to czy można z całą pewnością wykluczyć istnienie takiego celu jak dążenie do realizacji wizji Mitteleuropy z rolą Polski sprowadzonej do rangi Królestwa Polskiego?

Oczywiście można pokochać i małe państwo, ale pod warunkiem, że jest wyspą na Oceanie Spokojnym albo Szwajcarią. Degradacja państwa w naszym tranzytowym położeniu geograficznym nieuchronnie musiałaby skończyć się degradacją społeczeństwa, także w skali osobistej, co przecież dobrze znamy z naszej historii. Czy o to chodzi?

Takie myślenie uchodzi dziś za niepoprawne politycznie, natomiast na granicy poprawności jest taka sytuacja, kiedy przywódca sąsiedniego państwa rozgrywa swoje interesy w UE przez zabiegi w środowisku opozycyjnym wobec legalnego rządu sąsiedniego państwa. Czy nie świadczy to o atrofii patriotyzmu? I czy nie koliduje to z wizją budowy wspólnej Europy?

Jeśli celem politycznym jest budowanie wspólnoty europejskiej na partnerskich zasadach – to współ-podmiotowość polska w obrębie Unii Europejskiej, choćby z racji położenia i powodów demograficznych, powinna być czynnikiem kreatywnym. Zatem motywowane patriotyzmem wzmocnienie roli państwa prawa i reguł demokracji, wraz poszanowaniem własnej tożsamości kulturowej i ukazaniem jej – nieantagonistycznych przecież – perspektyw rozwojowych w kontekście europejskim; z politycznie trzeźwym analitycznym stosunkiem do otaczającej rzeczywistości i wyprzedzającymi działaniami wobec potencjalnych zagrożeń – to mógłby być wkład we wspólne dzieło. I odwrotnie, jeśli z bagażem resentymentów, jako neoficcy nabywcy efektownych utopii sprzedawanych nam na wynos, będziemy – świadomie lub nie – pracować na status degradacji Polski – to wcześniej czy później skończy się to taką przygodą, z jaką spotkał się traktat konstytucyjny UE we Francji i Holandii. Nie wzmocniło to Unii Europejskiej, podobnie jak nie byłoby to wzmocnieniem Polski. Jaka jest więc alternatywa dla rozumnego patriotyzmu? A jeśli napotykamy na tak wyraźny dystans, jeśli nie źle tłumioną agresję wobec tej postawy – to pojawia się pytanie: komu to szkodzi? „Polakom… w tym kraju”?

Stanisław Piskor
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas