poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALEKSANDER FIUT
Korzyści z bycia „gdzie indziej”
Dekada Literacka 2006, nr 6 (220)

Polak czy Litwin? Tego rodzaju pytanie ciągle jest stawiane Czesławowi Miłoszowi. Raz w dobrej wierze, w rezultacie trudności, jakie sprawia określenie jego tożsamości, a także z potrzeby uporania się z jego swoistością i wyłamywaniem się, także pod tym względem, z utartych schematów czy gotowych klisz. Innym razem – napastliwie, w poczuciu urażonej dumy narodowej, z ukrytą intencją zakwestionowania uczuć patriotycznych poety. Bo jakiż to Polak, skoro podkreślał stale, że miejscem jego urodzenia była Litwa, a w swoich wierszach i esejach kreślił z nostalgią pejzaże tamtej właśnie ziemi? I jakiż to Litwin, co nie zna litewskiego, nie tylko pisał swoje utwory literackie wyłącznie po polsku, ale też każdą niemal linią, bezpośrednio i pośrednio świadczył o głębokiej więzi, jaką zadzierzgnął i z polską literaturą, i z całą tradycją polskiej kultury?

Miłosz doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że i jego przynależność narodowa, i osadzenie w tradycji są węzłem, który zaiste niełatwo rozplątać. Zwykle powtarzał, że jego sytuacja przypomina sytuację poety fińskiego, który pisze po szwedzku, lub irlandzkiego, który urodził się w Irlandii, ale pisze wyłącznie po angielsku oraz czerpie wzory z tradycji kulturalnej Albionu. Tego rodzaju paralela jest bez wątpienia użyteczna, trochę wspomniany węzeł objaśnia, jednakże do końca go nie rozwiązuje. Warto w tym miejscu wspomnieć Adama Mickiewicza. Miłosz całą swoją twórczością składał mu nieustanny hołd, powiadał nawet, że każdy wers zawdzięcza swojemu wielkiemu romantycznemu poprzednikowi. Podziwiał go, wielbił, uznał za najwybitniejszego poetę polskiego, a równocześnie wiódł z nim poważny spór, krytykując za mesjaniczne urojenia czy bluźniercze zrównanie narodu z Chrystusem. Mickiewicz nie był przy tym dla Miłosza postacią z historii literatury. Urodzili się wszak na tej samej ziemi, wzrastali w tym samym pejzażu i podobnej tradycji, uczęszczali nawet do tego samego uniwersytetu. Sto lat różnicy w czasie, dzielących życie obydwu poetów, nie ma tutaj większego znaczenia. Tym bardziej, że przedwojenne Wilno troskliwie podtrzymywało kult autora „Grażyny”, lecząc się z kompleksu prowincjonalności ustawicznym przypominaniem o własnej chlubnej tradycji. Jednakże, przy wszystkich podobieństwach, próby opisania tożsamości Mickiewicza z użyciem nowożytnych kategorii narodowych muszą nieuchronnie prowadzić do nieporozumień i dosyć humorystycznych rezultatów. Bo jak wyjaśnić fakt, że poeta, urodzony na terenie obecnej Białorusi, przebywając na emigracji w Paryżu, zaczyna poemat – uznany za polską epopeję narodową! – słowami: „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie”? Tego rodzaju prezentystyczne ujęcia, nadal u naszych sąsiadów, zwłaszcza w ich nacjonalistycznych kręgach, podejmowane, prowadzą do absurdalnych stwierdzeń, że Mickiewicz wprawdzie pisał po polsku, ale był bądź to poetą litewskim, bądź poetą białoruskim.

Wypada zacząć od przypomnienia kilku faktów, wprawdzie powszechnie znanych, ale posiadających przecież ogromne znaczenie. Miłosz może być uznany za typowego przedstawiciela tej części europejskiego kontynentu. Co więcej, swoim życiem objął najważniejsze doświadczenia całej epoki. „Urodzony w niewoli, okuty w powiciu”, wczesne dzieciństwo i młodość spędził w regionie cywilizacyjnie i gospodarczo tkwiącym jeszcze w XIX wieku, ponad dwadzieścia lat przebywał w Kalifornii, która już wówczas, poprzez rozwój wysokiej technologii, wkraczała w wiek XXI, wreszcie – doczekał się rozpadu Związku Sowieckiego. W te ramy wpisują się przeżyte bezpośrednio: I wojna światowa, Rewolucja Październikowa oraz wojna polsko-bolszewicka, rodzenie się i ekspansja dwóch odmian totalitaryzmu, II wojna światowa, wreszcie – załamanie się systemu komunistycznego.

Miłosz studiował i debiutował w Wilnie. Atmosfera miasta, w którym, nawet na głównej jego ulicy, sąsiadowały ze sobą synagoga, cerkiew i kościół katolicki, a na ulicach rozbrzmiewał język polski, litewski, białoruski, rosyjski i jidisz, miasta, które równocześnie troskliwie kultywowało swoje romantyczne tradycje – w sposób zasadniczy kształtowała wyobraźnię i światopogląd przyszłego poety. Jak pisał w „Rodzinnej Europie”: „W pewnym sensie mogę siebie uważać za typowego wschodniego Europejczyka. Jak się zdaje jest prawdą, że jego >>differentia specifica<< dałaby się sprowadzić do braku formy – zewnętrznej i wewnętrznej. Jego zalety: łapczywość umysłowa, namiętność w dyskusji, zmysł ironii, świeżość uczuć, wyobraźnia przestrzenna czy geograficzna pochodzą z zasadniczej wady: pozostaje zawsze niedorostkiem, rządzi nim nagły przypływ i odpływ wewnętrznego chaosu. Ale formę zdobywa się w społeczeństwach ustabilizowanych. Mój przykład wystarczy, żeby stwierdzić, jak wielkiego wysiłku wymaga przyswojenie sobie sprzecznych tradycji, norm i zbyt obfitych wrażeń, czyli ułożenie ich w jakim takim porządku”. Bez wątpienia właśnie to zanurzenie w wielokulturowym tyglu, w społeczności o formach płynnych i jakby nieostygłych wykształciło w Miłoszu tolerancję dla cudzej odmienności i swoistości, a zarazem – uczulenie na wszelkie, najmniejsze nawet przejawy partykularyzmu, ksenofobii oraz szowinizmu.

A przecież to nie Wilno lat 30., rozrywane przez narodowe waśnie, będące świadkiem antysemickich rozruchów, jest prawdziwą, wewnętrzną ojczyzną poety. Pamięcią i wyobraźnią powraca on stale w złoty wiek Rzeczpospolitej Obojga Narodów, szczególnie zaś do Wielkiego Księstwa Litewskiego, czasów, kiedy to wzór międzyludzkich stosunków stanowiła tolerancja religijna i obyczajowa, zaś rozmaite narody, żyjąc w pokojowej symbiozie, wzbogacały się nawzajem. Okres ten stał się dla autora Ocalenia mitologicznym i formotwórczym zarazem wzorem współistnienia dla narodów i grup etnicznych całej współczesnej Europy. Stąd brała źródło jego sympatia dla koncepcji Unii Europejskiej w postaci związku „małych ojczyzn”, nie zaś silnych państw narodowych.

Nostalgia za zamierzchłą i nieco legendarną przeszłością wskazuje na społeczny i kulturowy rodowód Miłosza. Należy on do ostatnich przedstawicieli zupełnie już wygasłej formacji. Potomek starego szlacheckiego rodu urodził się i jako dziecko wychowywał – co plastycznie przedstawia „Dolina Issy” – nad Niewiażą, w szlacheckim dworze, od wieków przywiązanym do języka i kultury polskiej, podczas gdy okoliczna ludność mówiła po litewsku. Trwały tam niezmącenie obyczaje i tradycje przodków, zaś wyobrażenia chrześcijańskie przenikały się swobodnie z pogańskimi wierzeniami i archaicznymi przesądami. Podobnie jak Witold Gombrowicz, Miłosz zachował w swej postawie wiele cech szlacheckich. Zatem głębokie przywiązanie do rodzinnego gniazda i troskliwą pamięć o swoim pochodzeniu. Przekonanie, że prawdziwe wartości mogą się rodzić, kwitnąć i przetrwać jedynie w małej grupie społecznej – w kręgu rodziny oraz najbliższych sąsiadów. Intymny związek z naturą, a za jej pośrednictwem – z całym wszechświatem. Wewnętrzną swobodę, która pozwala patrzeć na cudzoziemców z pobłażliwym, nie pozbawionym ironii dystansem oraz sprawia, iż można się czuć mieszkańcem zarówno swojego zaścianka, jak i całego świata. Poczucie swoistego humoru, który nawet w najtrudniejszych chwilach chroni przed rozpaczą. Wyniosłą dumę, godność i obronę indywidualnej wolności przed jakimikolwiek formami zniewolenia. Wreszcie – wrodzoną religijność i spontaniczną wiarę w metafizyczny ład istnienia. Wiele z tych przekonań ulegnie modyfikacji pod naciskiem dwudziestowiecznych doświadczeń historycznych, część zostanie poddana rewizji przez samego poetę, ale ich rdzeń pozostanie do końca nietknięty.

Miejsce urodzenia, genealogia społeczna i kulturowa oraz historyczne doświadczenia sprawiały, że Miłosz czuł się stale "gdzie indziej". W Polsce podkreślał swoje litewskie zakorzenienie, a na Litwie przywiązanie do polskiej literatury i kultury – we Francji przedstawiał się jako Słowianin, ale Amerykę oglądał oczyma mieszkańca Europy. Dystans, także wobec własnych ograniczeń i uwikłań, obdarzył go przenikliwością w interpretacji rozmaitych zjawisk społeczno-kulturowych. Świadectwem tego Rodzinna Europa czy „Widzenia nad Zatoką San Francisco”, w których poprzez opis Francji lat 30. i 50. oraz Kalifornii w czasie studenckiej rewolty 1968 roku autor dociera do źródeł zasadniczych przemian naszej cywilizacji. Socjologiczna intuicja pozwala nadać własnym przypadkom życiowym sens ogólny. Odbywa się to przecież za cenę poczucia niezadomowienia, obcości, osamotnienia. Wydziedziczenie, objawiające się nie tylko w egzystencjalnej samotności jednostki, ale i w całej współczesnej cywilizacji, która zasypuje swoje chrześcijańskie źródła, uzna też poeta za fundamentalne zjawisko XX wieku.

Jednocześnie jednakże, całym swoim życiem i pisarstwem Miłosz dowodził, że świadomość bycia „gdzie indziej” może przynieść niemałe korzyści. Chroni przede wszystkim przed uleganiem stadnym reakcjom. Szczególnie niebezpiecznym w kulturze polskiej, którą przez wieki kształtowały wzory szlacheckie. Miłosz całkowicie godził się z Gombrowiczem, który zwykł powtarzać, że w Polsce zbiorowość jest silna, natomiast jednostka słaba i krucha. Szczególnie to niebezpieczne tam, gdzie pojawia się zrost nacjonalizmu z religią. Obronny w okresie zaborów charakter polskiego katolicyzmu sprawił, że patriotyzm był i jest nierzadko mierzony nad Wisłą stopniem wierności Kościołowi i jego tradycjom, że sprowadza się głównie do zbiorowego rytuału oraz wyraża lekceważącym stosunkiem wobec zgłębiania problemów wiary. „Polak-katolik” to postać, którą Miłosz – poeta w najgłębszym sensie religijny, przyznający się przy tym otwarcie do przynależności do Kościoła rzymskokatolickiego oraz darzący ogromnym podziwem Jana Pawła II, któremu poświęcił jeden ze swoich piękniejszych wierszy – ze szczególną pasją zwalczał, dostrzegając w niej przejawy zarówno szowinizmu i braku tolerancji dla odmiennie myślących, jak też intelektualnego ubóstwa i lekceważenia okazywanego poważnemu traktowaniu zagadnień teologicznych.

Bycie „gdzie indziej” prowokuje Miłosza do innego spojrzenia na mieszkańców tych zwłaszcza regionów Ziemi, które odznaczają się wieloetnicznością, wielokulturowością i rozmaitością wyznawanych religii. Zawiera się w tym położeniu nie tylko postulat szacunku wobec obcych, czy potrzeba samookreślenia nie poprzez język, kulturę czy rasę, ale poczucie przynależenia do tej samej ziemi. Równie ważne staje się przesłanie chronienia nawet najmniejszej zbiorowości ludzkiej oraz podtrzymywanie swoistości kultury heterogenicznej, mogącej dzięki swojemu bogactwu i różnorodności śmiało konkurować z kulturami homogenicznymi. Przykład Miłosza uzmysławia ponadto, jak istotną rolę odgrywa refleksja nad społeczno-politycznymi ramami, które dla tego rodzaju regionów Europy, czy nawet świata, mogłyby gwarantować zarówno zachowanie ich odrębności, jak też, wewnątrz nich, bezkonfliktowy rozwój każdej, składającej się na wielonarodową mozaikę, grupy etnicznej. Jak to choćby miało miejsce w Rzeczpospolitej Obojga Narodów w dobie renesansu.

Miłosz może być patronem tych wszystkich, dla których patriotyzm nie oznacza wyłącznie odwracania się w przeszłość, przyjmowania w każdej sytuacji postawy obronnej, kurczowego trzymania się zetlałych pamiątek i podejrzliwego stosunku do sąsiadów. Jego twórczość jest wzorem otwarcia na rozmaite wpływy, zainteresowania kulturą europejską i amerykańską w rozmaitych ich przejawach. Trudno przecenić rolę jaką odegrał, przyswajając polszczyźnie poezje m.in. Whitmana, Eliota, Audena, Jeffersa, Levertov, ale nie sposób także bagatelizować faktu, że zajmując zdecydowanie antysowiecką postawę, traktował z zainteresowaniem i sympatią literaturę i filozofię rosyjską. Studia Miłosza o Dostojewskim, Szestowie i Sołowiowie należą z pewnością do klasycznych już pozycji w światowej rusycystyce, zaś jego przyjaźń z Josifem Brodskim, który nazwał go „jednym z największych – a być może – największym poetą dwudziestego wieku”, nabiera tutaj znaczenia symbolicznego.

Dystans, jakim obdarza bycie „gdzie indziej”, jest dotkliwy, a przecież skłania do przewartościowania samego pojęcia domu i sposobów samookreślenia. Zwłaszcza mieszkańca z takich, jak Miłosz, okolic, kogoś, kto doświadczył nikczemności rasowych i klasowych podziałów oraz unicestwiającej potęgi Państwa. Czy nie jest tak, zdaje się pouczać Miłosz, że samoidentyfikacja winna mieć charakter wielowarstwowy? Że można być równocześnie poetą polskim i przywiązanym do ziemi litewskiej obywatelem małego powiatu w zapomnianym zakątku Europy i pełnoprawnym obywatelem całego kontynentu, Środkowoeuropejczykiem, a zarazem mieszkańcem globalnej wioski.

Innymi słowy, może warto przypomnieć, że patriotyzm, podobnie jak tożsamość – etniczna, narodowa, kulturowa – nie jest nam raz na zawsze dany, lecz zadany; nie został z góry określony, lecz nade wszystko stanowi etyczny postulat do wypełnienia. W tym także sensie pozostaje Miłosz, jak go kiedyś nazwał Stanisław Barańczak, „patriotą krytycznym (...) Jego widzenie spraw narodowych oddaje sprawiedliwość zarówno cieniom, jak i blaskom naszej historii i naszego charakteru zbiorowego, kładąc nacisk na głębokie sprzeczności, jakie wytworzyło w tej dziedzinie ciśnienie zbiorowych katastrof”. Ma Miłosz zresztą znakomitych poprzedników: Kochanowskiego i Skargę, Mickiewicza, Słowackiego i Norwida, Brzozowskiego i Witkacego. Bezlitośnie nas nieraz chłoszczących, ale czyniących to z głębokiej troski i niekłamanego przywiązania.

Warto w tym kontekście przypomnieć, jakże aktualną i godną namysłu, notę zapisaną w „Piesku przydrożnym”: „Dlaczego Polacy są skłonni wszędzie dopatrywać się zdrady i szafują słowem „zdrajca” wobec każdego, kto – tak czy inaczej – się wychyli? A dlatego, że noszą w sobie świadomość własnej pogardy dla swojej nacji i świadomość własnej tęsknoty do oderwania się od tej, nazwanej przez nich niższą, zbiorowości”. Tak przenikliwy w swoich diagnozach i surowy w ocenach, Miłosz zna jednak miarę krytyki. Bo obok cytowanej noty umieścił inną, w której nieoczekiwanie okazał się bardziej pobłażliwy od Gombrowicza oraz jego następców: „Zaczyna się od myślenia elitarnego, zrozumiałego jedynie dla wtajemniczonych, a następnie rozszerza się ono coraz bardziej, ogarniając jeżeli nie masy, to w każdym razie czytających książki. To zdarzyło się Gombrowiczowi z jego buntem przeciwko ojczyźnie. Można podejrzewać, że swoją sławę w Polsce zawdzięcza temu buntowi, który nagle stał się oczywisty, a nie innym składnikom swego dzieła. Ten bunt przeciwko ojczyźnie (ale czy w imię synczyzny?) tak się upowszechnił, że nawet ktoś tak mało hurrapatriotyczny jak ja czuje niestosowność bezustannego narzekania i drwienia z samych siebie”.

Wszystkim tym, którzy nadal wytykają Miłoszowi pracę w ambasadzie Polski Ludowej, którzy, zwłaszcza ostatnio, oskarżają go o antypolskość i odmawiają mu prawa spoczywania w kościele Na Skałce, warto przypomnieć choćby niepełną listę jego wielkich zasług. Prawdziwe zażenowanie budzi potrzeba ciągłego przypominania, że to właśnie Miłosz jest autorem wierszy, które już na stałe weszły do patriotycznego polskiego kanonu, by wymienić tylko: „Warszawie”, „W praojcach swoich pogrzebani”, „Do Lecha Wałęsy”, „Dlaczego?” Sarkał, że ulega czasami w swoich utworach presji emocji zbiorowych, ale przecież towarzyszył nam w najtrudniejszych chwilach historycznych. Napisał o Tadeuszu Różewiczu: „Szczęśliwy naród, który ma poetę
 I w swoich trudach nie kroczy w milczeniu”. – ale te słowa można wprost odnieść do niego. Nie jest przypadkiem, że słowa Psalmu w jego przekładzie oraz cytat z wiersza „Który skrzywdziłeś” zostały wyryte na Pomniku Stoczniowców. Trudne także do przecenienia są zasługi Miłosza w propagowaniu naszej kultury i literatury za granicą. Amerykańską Polonię leczył z kompleksu niższości i przybliżał do dziedzictwa narodowego, publikując „Historię literatury polskiej” po angielsku. Czytelnikom anglosaskim przyswajał polską poezję we własnych przekładach – na długo przedtem zanim sam stał się poetą o światowej renomie. Jego antologia „Post-war Polish Poetry” kształtowała wrażliwość i znajomość problemów polskich w kilku generacjach amerykańskich poetów. Głównie jego przekładom zawdzięczają międzynarodową sławę Zbigniew Herbert, Aleksander Wat i Anna Świrszczyńska. Dzięki niemu prawo obywatelstwa zdobyło sobie za oceanem pojęcie „Polska szkoła poezji”. Krótko mówiąc, całym swoim życiem Czesław Miłosz uzmysławiał korzyści płynące z bycia „gdzie indziej” i dawał godny naśladowania wzór patriotyzmu krytycznego i patriotyzmu czynu, nie zaś quasi-patriotyzmu ograniczającego się do dętej, bogoojczyźnianej retoryki.

Aleksander Fiut

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas