poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MACIEJ URBANOWSKI
Patriotyzm Bobkowskiego
Dekada Literacka 2006, nr 6 (220)

Pisanie o patriotyzmie Andrzeja Bobkowskiego wydaje się zadaniem paradoksalnym, zuchwałym i – na pierwszy rzut oka przynajmniej – karkołomnym, zważywszy na ilość skrajnie krytycznych uwag, jakie autor „Szkiców piórkiem” wypowiedział na temat patriotyzmu w ogóle i patriotyzmu Polaków w szczególności. Dodać też do tego trzeba liczne „antypatriotyczne” deklaracje samego pisarza, który – jak pamiętamy – w pewnym momencie wymyślił nawet termin „Kosmopolak”, który posłużył mu nie tylko do określenia postawy bliskiego sobie Conrada, ale też – jak się łatwo domyślić – był lapidarną i szczęśliwą autodefinicją własnych przekonań w interesującej nas materii. Czy jednak pozwala to stwierdzić, że Bobkowski nie był „patriotą”? Czy raczej, odrzucając jeden model patriotyzmu, proponował on jakiś inny?

Zacznijmy może od rzeczy elementarnych. Patriotyzm to – jak chcą Wolniewicz i Musiał – „[...] uczucie przywiązania do własnej wspólnoty narodowej i płynąca zeń gotowość do ofiar na jej rzecz. Jej interes jest bowiem odczuwany jako własny”(1). Problem zaczyna się oczywiście wtedy, gdy zaczynamy definiować poszczególne elementy cytowanej definicji, na przykład czym jest wspólnota narodowa, kiedy jest ona „własna”, jak rozumieć ową gotowość do ofiary na jej rzecz etc. Wtedy okaże się, iż – co świetnie opisał choćby Karol Ludwik Koniński – patriotyzm narodowy „jest tylko jednym z kształtów patriotyzmu w ogóle” i że można go różnicować na przykład na patriotyzm bierny i czynny, albo naturalny, moralny i ideologiczny (2). Co więcej – dowiemy się, iż w danej kulturze narodowej istnieją, a nawet współistnieją, rozmaite, często konkurencyjne, a nawet wykluczające się, modele patriotyzmu. Tak było (i jest) w przypadku polskim, w którym – że przypomnę teksty klasyczne – wyróżniano dwa (na przykład Koniński, Jan Józef Lipski), a nawet trzy patriotyzmy (Andrzej Walicki) (3). Polska specyfika polegałaby również na tym, że patriotyzm przeciwstawiamy zwykle nacjonalizmowi, temu ostatniemu przypisując uczucia takie jak megalomania, szowinizm czy ksenofobia. Ale z „duchem” patriotyzmu kłóci się w naszej tradycji rozumienia patriotyzmu jako pewnej pożądanej cnoty obywatelskiej nie tylko nienawiść wobec „obcych” (4), ale także wobec „swoich”. Ta ostatnia, oikofobia (5), nie jest równoznaczna z krytyką „swoich”, bo wiemy doskonale, że wielcy Polacy bardzo często surowo wytykali rozmaite wady swym rodakom (Norwid, Brzozowski), ale z pogardą dla polskości połączoną często z manifestacyjną ucieczką od ojczyzny i patriotyzmu. Swoisty „gest dezercji” będzie się zresztą powtarzać często w literaturze polskiej po 1939 roku, można by się nawet pokusić o wytyczenie w niej swego rodzaju nurtu „dezerterskiego”, od – powiedzmy – „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza do „Warunku” Eustachego Rylskiego (6).

Wspominam o tym wszystkim, bo postawa Andrzeja Bobkowskiego w o b e c patriotyzmu jest na pierwszy rzut oka dość typowa dla tego, co nazwałem gestem dezercji. Był tego świadom sam pisarz, nazywając się nie bez dumy w jednym z listów do Jerzego Giedroycia polskim Szwejkiem. (7) Potem, już po wydaniu „Szkiców piórkiem”, wyznawał redaktorowi „Kultury”: „Strasznie mnie bawi to podejrzewanie o dezercję. Jak człowiek otwarcie napisze, że wojska nie lubi, że nie ma ochoty ginąć nawet za Polskę i wszelkie tego rodzaju obowiązki traktuje jak zwykły, nieprzyjemny obowiązek, a nie jak zaszczyt i przywilej, to U NAS nawet już to jest dezercją” [LG 522]. I odbijał zarzut, twierdząc, że „chorobliwy patriotyzm” Polaków został stworzony przez „chorych poetów-dezerterów powstania listopadowego”.8 Ale też on sam swoje życiowe decyzje opisuje w kategoriach ucieczki właśnie, pisząc na przykład, iż jego emigracja to „ucieczka OD Polski, od grobów, od nieszczęść, od ciągłych próżnych wysiłków. Ucieczka od ciągłego kłopotu, od ciągłej pracy bez wynagrodzenia, od entuzjastycznej śmierci” (9). Oczywiście, Bobkowski nie był dezerterem sensu stricto. Chodzi raczej o manifestacyjnie cywilny charakter jego stosunku wobec polskości, patriotyzmu, ojczyzny i narodu. Ową cywilność należy rozumieć najpierw jako zanegowanie patriotyzmu w jego wersji żołnierskiej, która militaryzuje stosunek jednostki wobec ojczyzny, każąc zrzec się własnej indywidualnej niepodległości na rzecz wolności ojczyzny, przy czym chodzi tu o niepodległość bardzo szeroko rozumianą, bo zakładającą w sytuacji granicznej nawet gotowość do rezygnacji z własnego życia w służbie ojczyzny, w imię jej aktualnych lub przyszłych interesów. Dla takiego rozumienia patriotyzmu charakterystyczne są metafory szeregu albo rafy koralowej, za pomocą których opisywał naród Koniński.

Taki patriotyzm Bobkowski zdecydowanie odrzucał, a drastyczność tego odrzucenia polegała nie tylko na skrajności i apodyktyczności formułowanych przezeń sądów, ale też i na tym, że padały one w sytuacji szczególnego zagrożenia narodowego istnienia, bo tym było najpierw doświadczenie II wojny, potem komunizmu. Dodajmy też – co nadawało dodatkowej ostrości „antypatriotycznym” tyradom Bobkowskiego – iż pisarz formułował je niejako z zewnątrz, bo z emigracji, przez co jednak jego „dezercja” miała rys egzystencjalnej konkretności i wiarygodności. Podkreślmy także od razu, że autor „Szkiców piórkiem” nie odróżniał „dobrego” patriotyzmu od „złego” nacjonalizmu. W istocie oba traktował z równą wrogością, w obu widząc przejaw fatalnej dla XX-wiecznej Europy skłonności do ulegania ideologicznym, abstrakcyjnym, kolektywnym mitologiom, w czym bliski był Józefowi Mackiewiczowi. Niekiedy zauważał jeszcze, że kwestia narodowa ma w XX stuleciu coraz mniejsze znaczenie, że znacznie większym problemem od sprawy wyzwolenia narodów staje się kwestia walki z komunizmem, a szerzej – ze zniewoleniem jednostek przez nieludzkie fikcje. „Tylko człowiek nie jest fikcją – wszystko inne jest fikcją. Cały świat może być ojczyzną i każdy człowiek bratem. Bo świat, to człowiek, przede wszystkim człowiek” – pisał z pasją w „Szkicach piórkiem” (SzP II, 415).

Dlatego – inaczej niż większość XX-wiecznych krytyków polskiego patriotyzmu – z równą podejrzliwością traktował narodowe uniesienia Polaków, jak Francuzów, Niemców, Rosjan, Gwatemalczyków, a nawet Europejczyków, bo zdarzyło mu się ze zdumieniem konstatować istnienie zjawiska „patriotyzmu kontynentalnego”! Najwięcej jednak krytycznej uwagi poświęcił patriotyzmowi Polaków. (10) Polska nie była dlań ani wielkim zbiorowym obowiązkiem (Norwid), ani cudem, zadaniem czy zobowiązaniem (na przykład Koniński), ani wreszcie swoistą misją (Trzebiński, Wojtyła) (11). Nie była też pięknym motylem, jak dla bohaterów prozy Eugeniusza Małaczewskiego, którzy wierzyli, że: „Jej [Polski] wizję niesiemy wszyscy na bagnetach naszych, jak cudnego motyla. A bardzo ostrożnie tego motyla niesiemy, aby się nie spłoszył i nie odleciał” (12). Jeżeli u Bobkowskiego pojawi się porównanie Polski do motyla, to tylko po to, by podkreślić fatalną tymczasowość, pozorność i kruchość polskiego życia, któremu autor Szkiców piórkiem przeciwstawi żywot mrówki. W retorycznym pytaniu Bobkowskiego: „jakim cudem mamy być mrówkami?” [SzP II, 15], brzmi tęsknota za cnotami cywilnego patriotyzmu: pracowitością, solidnością, ciągłością. Pozwala to widzieć w pisarzu późnego, acz nie tak niezwykłego po 1945 roku, wnuka pozytywistów i galicyjskich stańczyków, sarkającego na romantyczną, irracjonalną „bohaterszczyznę” oraz „liberum conspiro” i domagającego się od Polaków trzeźwego stąpania po ziemi. Nie dziwi więc, gdy w którymś z listów do Giedroycia Bobkowski będzie się domagać „dobrej porcji pozytywizmu emigracyjnego”, a potem – już w „Szkicach piórkiem” – formułuje coś w rodzaju programu pracy u podstaw, odsyłając rodaków do lektury Bolesława Prusa, który „[...] uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu. [...] Te fundamenty, o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne, jak wszystkie fundamenty na świecie. Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej. Jestem <grudniak> i <ziemniak> i nic z tego koncertu nie rozumiem. I nic nigdy nie napawało mnie większym strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie od pustych brzuchów i szczęście tak zwanych <przyszłych pokoleń> „(SzP II, 236).

Gdy w rzadkich chwilach Bobkowski przyzna się, że robi coś dla Polski, to podkreśli, że jego Polska to rzecz sumienia (duszy) i pracy. Dlatego napisze Giedroyciowi: „[...] ja chcę zachować w duszy prawdziwie wolny kawałek. Gdyby to nie brzmiało pretensjonalnie, to nawet powiedziałbym <czysty, naprawdę wolny kawałek Polski> zbudowany moją pracą i cholernym zdzieraniem się do szwów”[LG 335]. Czytając te słowa, rozumiemy irytację, jaką budzi w Bobkowskim „romantyczna”, a więc „nie-materialna” i niezakorzeniona w indywidualnej pracy koncepcja ojczyzny. Taka ojczyzna (a taką zwykle widzi) to dla autora „Coco de oro” jest ciężar, kłopot, a nawet choroba, która grozi „zdrowiu” jednostki, a pamiętajmy, że tylko jednostka jest dla Bobkowskiego konkretem, a więc wartością. Patriotyzm „zakaża” Polaka brakiem szacunku dla samego siebie i swego życia, poczuciem klęski, losem ofiary, grzechem prowincjonalizmu i drugorzędności wreszcie. Nic tak nie oburza autora „Szkiców piórkiem „jak romantyczno-sentymentalny dyskurs martyrologiczny polskiego romantyzmu, ale też równie mocno go razi ton protekcjonalnej litości, z jaką traktują Polaka obcy. Polskość, o jakiej skrycie marzy Bobkowski, to polskość normalna, czyli niepodległa wolnością jednostek ją tworzących, nowoczesnych konkwistadorów, ludzi zadowolonych z siebie, zakorzenionych w rzeczywistości i w kulturze. Polskość, od jakiej się dystansuje, to polskość słaba, żyjąca na pokaz, zniewolona i z tego zniewolenia czyniąca cnotę. Mowa tu nie tylko o zniewoleniu politycznym, ale gorszym jeszcze zniewoleniu duchowym, tłumiącym energię Polaków, pozwalającym im usprawiedliwiać własną bierność, niczym alkohol oszałamiającą umysły. O tym, że patriotyzm może odurzać i oślepiać, pisarz pisał często, na przykład w 1958 roku narzekał: „[...] zamiast trzeźwieć zachlewamy się dziś bardziej niż kiedykolwiek tą Polską, romantyzmem, chujami mujami patriotycznymi” (LG, 528). Bobkowski z widoczną odrazą i gniewem krytykuje narodowe wady „polactwa” i „życie na niby” II Rzeczypospolitej. Czasem czyni to w sposób niezwykle drastyczny, pisząc choćby: „Polak to mieszanina denaturatu, szampana i rzadkiej – politury obyczajowo-kulturalnej” (SzP I, 161). Równocześnie jednak wierzy, że Polacy są „pierwszorzędnym surowcem”, który – gdy tylko wyzwolony z pęt frazesu patriotycznego – ujawni niezwykłe zalety: „Jesteśmy narodem stworzonym do życia na emigracji, bo tylko na emigracji potrafimy dokazać cudów. U siebie tracimy jakoś cały rozpęd i każdy marzy tylko, aby być urzędnikiem państwowym. Gdy tylko Polska i ojczyzna nasza święta przestaje nam trochę ujeżdżać mózg, stajemy się jednym z najwspanialszych materiałów ludzkich, ruszamy się, kwitniemy, dorabiamy. Nawet myślimy, co jest raczej rzadka cechą naszego charakteru” [SzP II, 337].

Bobkowski wierzy więc, że wyzwolenie z ojczyzny wyzwoli w Polaku nie tylko człowieka, ale przede wszystkim... Polaka? Dlatego jego esej-manifest „Biografia wielkiego Kosmopolaka” otwierają słowa Conrada „Ani jest synem własnej ojczyzny, ani żadnej innej”, w jednym z listów do Terleckiego wyznaje: „i ciałem, i d..., i sercem jestem w Gwatemali, a w Polsce trochę głową” (13), a Giedroyciowi dowodzi: „Jestem Polakiem, nigdy być nim nie przestanę, ale te wszystkie ojczyzny, więzy nierozerwania, łkania i patriotyczne rzępolenia to nie dla mnie. Polska jest dziś dla mnie takim samym krajem jak inne za żelazną kurtyną, krzywda Polaka w Krakowie boli mnie tak samo jak Czecha w Pradze czy Litwina lub Estończyka. Nie rozdzielam niczego, sprawy poszły już znacznie dalej poza pojęcia ojczyzny, kraju, „mojej ziemi”, to pojęcia z lamusa, naftalina” [LG, 293]. Stąd ów słynny projekt Kosmopolaka, którym był wedle Bobkowskiego Conrad, Chopina, i Pietrkiewicz. Kim miał być ów Kosmopolak? Polską odmianą kosmopolityzmu, czy jakąś syntezą polskości i kosmopolityzmu? Z pewnością kimś, kto uciekał od Polski w sensie nie tylko geograficznym, ale i kulturowym, kto wyrywając się z „pszeniczno-skowronkowej” ojczyzny, stawał się umysłem uniwersalnym, a przez to najlepszym reprezentantem polskości wobec obcych. Kosmopolak – o czym świadczy przykład przywoływanego przezeń Conrada – był wyznawcą patriotyzmu cywilizacyjnego, a nawet globalnego, uformowanego na mocnym fundamencie etycznym. Jego kosmopolityzm oznaczał solidarność ze sprawami większymi niż narodowe,
a status obywatela świata kazał mu troszczyć się, jak już wiemy, o krzywdę całej cywilizacji, zwłaszcza tej, której przedstawicielem Bobkowski czuł się najmocniej – Zachodu. Co tłumaczy zaskakujące nieraz rysy „antypatriotyzmu” Bobkowskiego, na przykład jego krytyczny, a nawet nieco ksenofobiczny, nieco kolonialny dystans wobec kolorowej ludności Gwatemali, czy znaną dobrze atawistyczną niechęć, a nawet nienawiść do Rosji. Dodać do tego trzeba i to, że złoszcząc się na patriotyczne zaślepienie Polaków, Bobkowski nie oszczędza naszych elit intelektualnych, z biegiem czasu to na nich koncentrując swój krytycyzm, tym bardziej, iż obca mu jest droga wyzwalania się z romantycznego nacjonalizmu Polaków z pomocą kolb sowieckich karabinów (14). Nie tylko też zdrowy rozsądek pozwala pisarzowi dostrzec wśród „polactwa” wartościowe jednostki. Po spotkaniu z kapitanem transatlantyku „Jagiełło” zauważy z zachwytem, że „jesteśmy narodem o głupich, irytujących wadach, przywarach i narowach, ale produkujemy ludzi w gatunku naprawdę rzadko spotykanym wśród innych” (15).

Takich patriotyczno-miłosnych „pęknięć” znajdziemy zresztą w pisarstwie Bobkowskiego więcej. Zwykle przytacza się w tym kontekście utrzymany w tonacji hass-liebe paralelny opis powstania w Paryżu i Warszawie w sierpniu 1944 roku ze Szkiców piórkiem, ale można dodać tu relacje z lektur Sienkiewicza, czy opis wrażeń z koncertu Chopina, w którego muzyce pisarz odkrywał „całą bezkompromisowość polskiego serca i polskiej wrażliwości” (SzP I, 276).

Polskość jest bowiem dla Bobkowskiego ciężarem, ale też powracającą od czasu do czasu pokusą, co może tłumaczy gwałtowność i uporczywość, z jaką prowadził on walkę z prześladującą go patriotyczną „chorobą”, co świetnie uchwycił Gombrowicz, notując na marginesie „Szkiców piórkiem”: „[...] Polskę odpycha [Bobkowski] od siebie, ale, odpychając, rani sobie ręce do krwi. Ja chcę się wyzwolić! – krzyczy. [...]... ale krzyk właśnie, tak namiętny, świadczy, że pępowina nie została przecięta [...]” (16). Nie została przecięta chyba do końca życia, o czym świadczyły głosy wielu czytelników Bobkowskiego, którzy dostrzegali w jego pisarstwie ekspresję ducha nie tylko jak najbardziej polskiego, ale nawet... sarmackiego! Z przekąsem pisał o tym już Czesław Miłosz (17), z pewnym zaskoczeniem Aleksander Fiut (18), z zachwytem Tymon Terlecki. Ten ostatni trafnie zauważył, iż: „Namiętny fanatyzm wolności wydaje się u Bobkowskiego organicznie, atawistycznie polski. W ogóle czytając go [....], trudno się oprzeć intuicyjnemu odczuciu polskości. Polska jest zawadiackość, zaczepność, brawura jego postawy i jego stylu, jakby tradycyjna skłonność <do wybitki i do wypitki> z ludźmi i z losem” (19). Potwierdzałoby to tezę samego pisarza, że całkowite uwolnienie się od Polski jest dla Polaka niemożliwe? Być może, choć można by powiedzieć, że Bobkowskiemu udała się ucieczka od Polski cierpiętniczej, co oznaczało zarazem wyzwolenie owej polskości sarmackiej. Odrzucając nowoczesny patriotyzm nacjonalistyczny, Bobkowski uczył swoim pisarstwem i swoim życiem patriotyzmu innego, plebejskiego, nieco antyinteligenckiego, może rzeczywiście przez swą materialność „szwejkowskiego”, ale też – historycznie rzecz biorąc – archaicznego, republikańskiego, który był charakterystyczny dla dawnych, „zdrowych” jeszcze Polaków, tych nie dotkniętych traumą rozbiorów i nieudanych powstań, nacjonalizmów i komunizmów, nie naznaczonych resentymentem, kompleksem niższości i pogardą dla samych siebie, niepodległych duchowo indywidualistów pragnących znać raczej smak zwycięstwa niż klęski (20).

Historycznie „gest dezercji” Bobkowskiego był w pewnym stopniu typowy dla jego pokolenia, które w ten sposób odreagowywało traumę utraty niepodległego państwa i które z podejrzliwością traktowało ojczyźniany „frazes”, bo tym zdawać się mógł w świetle gorzkich doświadczeń dziejowych dyskurs patriotyczny. Czy znaczy to, że dzisiaj, gdy znowu żyjemy w niepodległej Polsce, „antypatriotyzm” autora Szkiców piórkiem stracił na aktualności? Przyznam, że niełatwo mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi na takie pytanie. Z jednej strony „gest dezercji” stał się w dzisiejszym świecie, w tym także Polsce, czymś powszechnym, przez co stracił swą obrazoburczą siłę. Dzisiaj, gdy zgodzić się z rozpoznaniem Zdzisława Krasnodębskiego, żyjemy raczej w czasach „postpatriotycznych”, gdy patriotyzm traktowany jest jako coś albo staroświeckiego, albo niebezpiecznego i dlatego przeciwstawia mu się pragmatyzm (21). Ale też w reakcji na to rodzą się próby „rewitalizacji” patriotyzmu, ukazania go jako postawy nie tylko pożądanej, ale też atrakcyjnej dla obywateli naszego kraju. Przykładem kampania Patriotyzm jutra, której patronuje Rząd RP. W tym kontekście, jak sądzę, warto byłoby podjąć zaproponowaną przed laty przez Bobkowskiego debatę o Kosmopolaku właśnie jako pewnym modelu patriotyzmu jutra, patriotyzmu cywilnego, trzeźwego, mającego w sobie coś z pozytywistycznego dłubactwa, ale z solidną domieszką sarmackiego ducha anarchii, dumy i przekory, opartego na „kilku niewzruszonych przekonaniach” moralnych i religijnych, europejskiego i zachodniego w sposobie postrzegania spraw polskich, sceptycznego wobec wszelkiego frazesu tak narodowego, jak i „oifkofobicznego”, wreszcie globalnego w tym może sensie, że uczącego nas, iż polskość nie jest sprawą terytorium, ale także, a nawet bardziej: pewnej postawy, co znaczy, że być Polakiem można wszędzie. Na przykład wycinając modele samolotów w małym sklepiku gdzieś w Gwatemali.

Maciej Urbanowski

PRZYPISY:

(1) Z. Musiał, B. Wolniewicz, „Ksenofobia i wspólnota”, Kraków 2003, s. 86.

(2) Zob. K. L. Koniński, „Człowiek i naród”, [w:] tenże, „Kartki z brulionów”, oprac. B. Mamoń, Kraków 2007, s. 55–66.

(3) Zob. K. L. Koniński, „Dwie postaci konkretywizmu (patriotyzm liberalny i nacjonalistyczny)”, „Myśl Narodowa” 1927, nr 34, 35, 36; J. J. Lipski, „Dwie ojczyzny – dwa patriotyzmy. (Uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków)”, Warszawa 1981; A. Walicki, „Trzy patriotyzmy. Trzy tradycje polskiego patriotyzmu i ich znaczenie współczesne”, Warszawa 1991. Zob. także szkic Z. Krasnodębskiego, „O czasach postpatriotycznych” w jego zbiorze „Drzemka rozsądnych” (Kraków 2006).

(4) Musiał i Wolniewicz w swym doskonałym, tytułowym eseju z pracy „Ksenofobia i wspólnota” wyróżniają i opisują cztery poziomy ksenofobii: ostrożność wobec obcego, niechęć, wrogość i nienawiść.

(5) Termin Rogera Scrutona, szerzej na ten temat zob. wspomnianą pracę Musiała i Wolniewicza.

(6) Nieco szerzej na ten temat pisałem w szkicach: „RP dezerterzy”, „Dodatek Literacki <Czasu Krakowskiego>” 1994 nr 13; „Ciężar legendy”, „Europa” 2006, nr 23 (114).

(7) Por.: „Ja jestem polskim Szwejkiem, z czego niesłychanie się cieszę” [list do J. Giedroycia z 10.3.1959, w: J. Giedroyc, A. Bobkowski, „Listy 1946–1961”, oprac. J. Zieliński, Warszawa 1997, s. 575, dalej LG].

(8) List z 6 stycznia 1960, cyt. za: M. Kopczyk, „Arkadia i Apokalipsa. Refleksja nad kulturą w pisarstwie Andrzeja Bobkowskiego”, Katowice-Warszawa 2003, s. 144.

(9) A. Bobkowski, „Szkice piórkiem”, Londyn 1985, t. II, s. 420, dalej SzP.

(10) Na temat stosunku Bobkowskiego do Polski i polskości pisali m. in. S. Stabro, M. Kopczyk, K. Ćwikliński, T. Terlecki, zob. także krótką antologię myśli pisarza o Polsce w wyborze J. Podolskiej „Potłuczona mozaika. A. Bobkowskiego myśli o epoce”, Lublin 2003.

(11) Zob. szerzej na ten temat: J. Prokop, „Universum polskie, Literatura. Wyobraźnia zbiorowa, Mity polityczne”, Kraków 1993; A. Nowak, „Powrót do Polski. Szkice o patriotyzmie po >>końcu historii<<” 1989–2005, Kraków 2005.

(12) E. Małaczewski, „Koń na wzgórzu”, Warszawa 1921, s. 173.

(13) List do Terleckiego, 10 I 1958, s. 89-90.

(14) Por. np.: „Naprawdę, jeżeli Polska przetrzyma tę próbę jako tako, to będzie cud, nie z powodu Rosjan, a z powodu naszych własnych, rodzimych kurw elitarnych i intelektualnych.” [LG, 310] To oczywiście znacząco różni postawę Bobkowskiego od antyromantycznego i antypatriotycznego dyskursu powojennych kolaborantów i „realistów” w rodzaju Krońskiego, Bocheńskiego czy Koźniewskiego.

(15) A. Bobkowski, „Z dziennika podróży”, Warszawa 2006, s. 99.

(16) W. Gombrowicz, „Dziennik 1957–1961”, Kraków 1988, s. 102.

(17) Cz. Miłosz, „Uwagi do uwag Gombrowicza”, „Kultura” 1962, nr 12.

(18) Fiut, „Ucieczka z Europy (o Andrzeju Bobkowskim i Witoldzie Gombrowiczu)”, [w:] tegoż, „Pytanie o tożsamość”, Kraków 1995, s. 48.

(19) T. Terlecki, „Andrzej Bobkowski”, [w:] A. Bobkowski, „Listy do Tymona Terleckiego 1956–1961”, oprac. N. Taylor-Terlecka, Warszawa 2006, s. 18.

(20) E. Thompson, „Sarmatyzm i postkolonializm”, „Europa” 2006, nr 46 (137).

(21) Z. Krasnodębski, op. cit., s. 58.

 

 
mrogilla@gmail.com     2013-02-19 22:14:59
czytam właśnie "Szkice piórkiem" po raz pierwszy. Skomplikowany dość był to człowiek, właśnie człowiek, a dopiero później może Polak, może patriota itp. Wolność całkowita wyklucza patriotyzm jako loka

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas