poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY JARZĘBSKI
Gombrowicz – patriota?
Dekada Literacka 2006, nr 6 (220)

Bez tego pisarza numer czasopisma literackiego poświęconego patriotyzmowi nie mógłby się oczywiście ukazać, mam więc przekonanie, że wypełniam tu puste miejsce, które tak czy inaczej na mnie czeka i już nawet z góry wiadomo, czym je wypełnię. Wiemy bowiem, że Gombrowicza „patriotyzm”, jeśli nawet istniał, to był bez wątpienia dziwaczny, niepodobny do tego, co zazwyczaj z tym pojęciem łączymy, tzn. jakiejś spontanicznej afirmacji tego, co „nasze”, i bezwarunkowego poczucia przynależności do masy rodaków, do wspólnej historii, kultury, języka i obyczaju. Więcej: Gombrowicz wielokrotnie odcinał się od tradycyjnego polskiego patriotyzmu, deklarował, że „Polski nie kochał”, prowadził spory z polskimi emigrantami politycznymi, dla których patriotyzm był centralnym punktem wychodźczego światopoglądu, wreszcie w latach 50. opublikował „Trans-Atlantyk”, który uważano powszechnie za „antypatriotyczną” prowokację – z jego apologią dezercji, kpiną z formy polskiej i narodowego frazesu.

Nie ma zatem większego sensu powtarzać tego wszystkiego, co o protestach Gombrowicza przeciw narodowym stereotypom powiedziano, tak samo jak nie widzę powodu, aby kolejny raz udowadniać, że proponowany przezeń krytycyzm i dystans wobec imperatywów patriotycznych pomyślany był w samej rzeczy „konstruktywnie”: Polak po Gombrowiczowskiej szkole (anty)patriotyzmu w samej rzeczy lepiej czuje się ze swoją polskością, wyzbywa się kompleksów i maskowanego pompatycznym, autoafirmatywnym frazesem poczucia niższości wobec przedstawicieli starszych kultur; staje się po prostu silniejszy i bardziej pewien siebie, bo na sobie tylko musi polegać, zamiast na cokolwiek dziurawym transatlantyku, którym próbuje pływać po oceanie świata polska zbiorowość. W miejsce tych rzeczy ogólnie znanych chciałbym zająć się patriotyzmem w optyce Gombrowicza na nieco inny sposób.

Pojęcie patriotyzmu zawiera w sobie dwa składniki: jeden z nich nazwałbym „tożsamościowym”, bo patriotyzm zakłada w pierwszym rzędzie identyfikację jednostki z jakąś narodową zbiorowością, drugi – „emocjonalnym”, bo nie ma patriotyzmu bez silnej uczuciowej afirmacji narodu, do którego się przynależy, jego symboli, kulturowej tradycji, dorobku. To ostatnie nie wyklucza krytycznej postawy wobec ziomków, ale w każdym razie krytyka narodu praktykowana z pozycji „patriotycznych” podszyta jest troską, jest dla tego, kto ją uprawia, bolesna, bo zakłada w nim tak czy inaczej zawiedzioną miłość. Obydwa te składniki były w myśleniu Gombrowicza kwestionowane, a w każdym razie podlegały krytycznej refleksji.

Najpierw tożsamość: nie jest czymś człowiekowi danym ani raz na zawsze określonym. Pytanie: „kim jestem?”, bądź wręcz: „w jakim stopniu w ogóle jestem?”, powtarza się wciąż u Gombrowicza, w tonie raz swawolnym, innym razem pełnym powagi. Ileż razy przyjdzie mi podkreślać, że czterokrotne „ja” z początku Dziennika jest słabsze i mniej określone, niż gdyby raz tylko się pojawiło. Bo i któż nam zaręczy, że „ja” z czwartku to wciąż jeszcze to samo „ja” z poniedziałku? Tożsamość nie jest bytem, a procesem, tworzy się we współdziałaniu niezliczonych czynników działających w czasie.

„Biedny, biedny chłopcze!” – powiada Gombrowicz do siebie-trzydziestolatka, upokorzonego nieprzychylną recenzją Kadena wobec ciotek, kuzynów i ukochanej. – „Dlaczego mnie wtedy nie było przy tobie, dlaczego nie mogłem wejść wtedy do tego salonu i stanąć tuż za tobą abyś poczuł się uzupełniony późniejszym sensem twego życia” (1). Aksjomatem Gombrowiczowskim jest więc zmienność „ja”, jego charakter dramatyczny i w jakimś sensie fabularny – bo każdy jest bohaterem jakiejś fabuły-życia, której sens zmienia się w miarę upływu czasu i pojawiania się nowych kontekstów. W różnych kontekstach pojawiają się zresztą różne wersje „ja”-roli, realizowane jednocześnie lub sukcesywnie. Tak więc można być człowiekiem (wobec zwierząt), Polakiem (wobec innych narodów), pisarzem (wobec przedstawicieli innych zawodów), Europejczykiem (wobec Amerykanów czy Azjatów), mieszkańcem wsi (wobec mieszczuchów), mężczyzną (wobec kobiet) itd., itd. Jest się też kimś wobec aktualnego rozmówcy, który „narzuca nam gębę”. Każda z tych ról pojawia się na tle innych, tożsamość jest więc zawsze niejednorodna i uwikłana w relacje, w pewnej mierze narzucona z zewnątrz, w pewnej zaś – będąca wynikiem świadomego zamiaru, „zagrana” na społecznej scenie, co nie oznacza wcale – „fałszywa”, bo żadnej „prawdy” w tej dziedzinie nie ma. Gombrowicz jest zdecydowanym antyesencjalistą.

„Przyjąwszy, że się urodziłem (co nie jest pewne)” – powiada Gombrowicz – „urodziłem się, aby zdemaskować waszą grę. Książki moje nie mają wam powiedzieć: bądź, kim jesteś, ale – udajesz, że jesteś, kim jesteś. Chciałbym, aby stało się w was płodne to właśnie, co uważaliście za całkowicie jałowe i nawet zawstydzające. Jeśli tak nienawidzicie aktorstwa, to dlatego, że ono w was tkwi – ale dla mnie aktorstwo staje się kluczem do życia i rzeczywistości. Jeżeli brzydzicie się niedojrzałością, to ponieważ macie ją w sobie – ale we mnie niedojrzałość polska wyznacza cały mój stosunek do kultury. Moimi ustami odzywa się młodość wasza, wasze pragnienie zabawy, wasza uchylająca się giętkość i nieokreślenie – tego właśnie nienawidzicie, to z siebie wypieracie – we mnie wyzwala się Polak ukryty, wasze alter ego, odwrotna strona waszego medalu, część księżyca waszego, dotąd niewidzialna. Ach, chciałbym abyście stali się aktorami świadomymi gry!” (2).

Gdzie indziej w „Dzienniku” polskość kojarzy się Gombrowiczowi z „klatką”, „niewolą”, najbardziej dojmującym ucieleśnieniem idei „formy” – i nic dziwnego. Tożsamość polska w jej wersji oficjalnej jest bowiem przyciężkawym kostiumem, krępującym ruchy, jest zbiorem cech i reguł zachowania przyjmowanych raz na zawsze, wraz z patriotyczną lekturą i wychowaniem. Tak pojmowana polskość jest cała po stronie Freudowskiego „super-ego”, przyjmuje się ją w trakcie domowej i szkolnej edukacji; cnotą jej jest trwałość i stabilność, a także powszechność – bo każdy Polak winien otrzymać ją po przodkach w stanie nienaruszonym. Trudno wyobrazić sobie coś mniej pasującego do poglądów Gombrowicza na tożsamość od tej tradycyjnej patriotycznej cnoty. Nic dziwnego tedy, że patriotyzm w tej wersji zostaje przez pisarza zdecydowanie odrzucony. Ale nie polskość!

Gombrowicz akceptuje polskość w wersji „niedojrzałej”, a zatem nie w pełni ukształtowanej, podatnej na przemiany, wybieranej w swoim kształcie wciąż od nowa, niczym teatralna rola do odegrania, co więcej – sugeruje czytelnikom „Dziennika”, że taka właśnie polskość zgodna jest z naszym charakterem narodowym, wyraża bowiem to wszystko, co w Polakach niedojrzałe, młode, „zielone”, a zatem niepodobne do ukształtowanej w sposób trwały tożsamości, którą mogą się wylegitymować przedstawiciele nacji przewodzących od wieków światowej kulturze: Włosi, Francuzi, Niemcy czy Anglicy. Tym samym, w sposób bardzo dla Gombrowicza charakterystyczny, wartościowania niejako stają na głowie, a nowego typu tożsamość polska staje się bardziej atrakcyjna niż ta, którą się mogą pochwalić dojrzali konkurenci do narodowej dumy. I już nie tylko Gombrowicz może być „Mojżeszem”, wyprowadzającym Polaków z niewoli Mickiewiczowskiego kształtu ducha, ale też Polska może stać się przykładem dla innych kultur niedojrzałych, których w świecie legion, bo wszak prowincjonalność, niedokształtowanie i płynące stąd kompleksy czy defekty tożsamości bardziej są na kuli ziemskiej rozpowszechnione niż duma płynąca z dobrego określenia i umieszczenia w centrum wartości. Byłżeby to wciąż jeszcze „antypatriotyzm”, czy może już jakaś odmiana patriotyzmu jutra, w którym akceptowana przez jednostkę tożsamość jest przedmiotem (i terenem) gry?

Przyjrzyjmy się teraz drugiemu, emocjonalnemu składnikowi pojęcia patriotyzmu. Gombrowicz akcentował w nim element przymusu. Polak powinien kochać swój kraj; w przeciwnym wypadku sprzeniewierzy się obowiązkom, wpajanym młodzieży od najwcześniejszych lat. Siłę tej zbiorowej powinności odczuł młody Witold na sobie najsilniej w czasie wojny polsko-bolszewickiej. I cóż stąd, że jako szesnastolatek nie miał obowiązku iść do wojska i walczyć z wrogiem? Powinien, w zgodzie z patriotycznym imperatywem, sfałszować metrykę urodzenia i zgłosić się do armii, powinien „rwać się do boju”, choćby tego uczucia wcale nie doznawał. Ten przymus, terror zbiorowości wywierany na jednostce opisuje dobrze w „Pamiętniku Jakuba Czarnieckiego”, gdzie zbiorowość przemawia „językiem tajemnicy”, tzn. nie słuchającym rozumu czy logiki językiem symbolicznym, który jednostka musi opanować i zaakceptować pod rygorem usunięcia ze wspólnoty.

Ale przyglądając się perypetiom młodego Gombrowicza, dostrzeżemy, iż walczy on z przymusem emocjonalnym właściwie od samego dzieciństwa: tu pojawia się imperatyw miłości do matki czy ojca, potem nakaz zalecania się do pięknych panien (właśnie przeciw temu ostatniemu kieruje się bunt Filipa z „Iwony”), wreszcie różne odmiany obowiązkowej miłości do ojczystego kraju (jego krajobrazu, tradycji, literatury, niepodległego bytu itd.). Chodzi tu wciąż o to samo, to znaczy o narzucanie przez zbiorowość jednostce czegoś tak intymnego, jak emocje, za czym idzie pewnego rodzaju zawłaszczanie osobowości czy wręcz ubezwłasnowolnienie. Gombrowicz reagował na to alergicznie – stąd demonstracyjne podkreślanie braku miłości do matki (którą jednak zajmował się wiernie zza oceanu aż do jej śmierci), braku lojalności wobec przyjaciół-pisarzy (nielitościwie ostre oceny polskiej literatury międzywojennej, „niesymetryczność” relacji z Schulzem (3)), wreszcie wielokrotne bluźnierstwa przeciw patriotycznym nakazom i deklaracje miłości do Argentyny (bo tego uczucia nikt odeń nie żądał).

Najciekawiej w tym kontekście wygląda sytuacja erotyzmu, bo jest w nim rozdwojenie na pracę emocji i czysto fizyczne pożądanie. Miłość – z reguły wartościowana dodatnio – budzi w Gombrowiczu liczne podejrzenia. Podkreśla w niej nade wszystko chęć zawłaszczenia partnera, zmuszenia go do uczuciowej wzajemności (męki z tej przyczyny cierpi zarówno Józio z „Ferdydurke” w relacji z Zosią, jak i Filip, którego „pożera” Iwona), a także skłonność do wykorzystywania w celu tego zawłaszczania społecznych instytucji służących kojarzeniu par i zapędzaniu ich do stereotypowych małżeńskich ról w interesie wspólnoty (zakładanie rodziny, płodzenie dzieci). Na tym tle naga fizyczna żądza prezentuje się u Gombrowicza znacznie lepiej, niczego bowiem nie udaje i nie wikła partnerów w emocjonalne szantaże.

Odrzucenie imperatywów patriotycznych nie jest więc jakimś lokalnym schorzeniem charakteryzującym relacje Gombrowicza z ojczyzną, ale gestem o znacznie bardziej uniwersalnej wymowie. Pisarz wypiera się nie tyle Polski, ile wszystkiego, co społeczeństwo każe mu kochać, nie bacząc na jego indywidualne gusty czy emocje. Czy jednak ten gest ogólny wyklucza pojawienie się uczuć wobec kraju rodzinnego pozytywnych? Spytajmy wpierw ostrożnie, czym jest dla pisarza „Polska”, bo odpowiedź na to nie jest wcale oczywista. Wszystko wskazuje na to, że nazwa ta kojarzy się Gombrowiczowi przede wszystkim z dziwacznym dość stopem elementów symbolicznych, z jakimś rozbudowanym i wielowarstwowym tekstem sformułowanym w „języku tajemnicy”. Wszędzie tam, gdzie w miejsce konkretnego, fizycznego doświadczenia świata wdziera się tekst, autonomia jednostki staje się zagrożona, a właśnie tekstowy charakter mają wpuszczone w koryto języka emocje erotyczne czy patriotyczne. Wprawdzie przytoczone przeze mnie uprzednio przykłady erotycznego zawłaszczania zdają się być pod tym względem dokładnie przeciwstawne: Zosia gada jak najęta, „miłośnie szczebioce”, Iwona natomiast uparcie milczy. Ale Iwona, chowając włos księcia, nadaje mu charakter symboliczny, więc właśnie tekstowy, usuwając na drugi plan jego materialność. Symboliczna mowa skryta jest wewnątrz niej, a w każdym razie podejrzewają to Filip i dworacy. Podobnie symboliczne są manifestacje patriotyzmu w „Trans-Atlantyku”, frazesy Lechonia przytaczane w „Dzienniku” (4) itd. Rzeczywisty stosunek emocjonalny Gombrowicza do Polski jest więc, jak sądzę, ambiwalentny: nie znosząc „języka tajemnicy”, przywiązany jest jednocześnie ponad miarę do miejsc, ludzi i krajobrazów, z którymi wiążą go relacje zmysłowe i niejako fizyczne. Cóż dziwnego, że do końca życia na obczyźnie wciąż akcję swych utworów lokował w Polsce. Drugą rzeczywistością, z którą nie potrafił się rozstać, była polszczyzna: nie kusiło go nigdy, by pisać teksty literackie w obcym języku. Ta fantastycznie giętka, pełna słownych ekscesów i wynalazków polszczyzna Gombrowicza tym się jednak różni od patriotycznego „języka tajemnicy”, czym, mutatis mutandis, ów nowy typ plastycznej, wiecznie niegotowej tożsamości, jaką pisarz proponuje w „Dzienniku”, od tradycyjnej „formy polskiej”. Byłże więc Gombrowicz w ostateczności „patriotą”? Pewnie nie, a przynajmniej nie w tym rozumieniu, jakim obrosło to czcigodne słowo. Ale może był nim na jakiś nowy sposób, domagający się na swe określenie innego wyrazu lub wręcz wymykający się językowi – zawsze skłonnemu do definiowania, a zatem unieruchamiania sensu, zbytnio też skłonnemu do emocjonalnych szantaży.

Czy doświadczenie Gombrowicza z patriotyzmem może się nam dziś przydać? Bez wątpienia, patriotyzm w dzisiejszej polityce polskiej służy na powrót do manipulacji emocjami, a widok polityków skądinąd skorumpowanych i prących do władzy za wszelką cenę, którzy posługują się chętnie bogoojczyźnianą retoryką, może budzić głęboki niesmak. Z drugiej strony jednak potrzeba wyrazistej identyfikacji staje się jedną z obsesji ludzi mieszkających w globalnym społeczeństwie, a droga na przykład Richardowi Rorty’emu nadzieja, że dalszy rozwój społecznej świadomości doprowadzi do tego, że poczniemy utożsamiać się wszyscy z coraz większymi, ponadnarodowymi organizmami społecznymi, a w końcu z „człowieczeństwem”, przechodząc do porządku nad niegdysiejszymi podziałami, wydaje się czystą utopią. Tego typu „makroidentyfikacja” wymaga od jednostek ogromnego intelektualnego wysiłku i często kończy się klęską, swoistą zapaścią, podczas której utożsamienie z wielkim organizmem politycznym zmienia się raptownie w szereg identyfikacji lokalnych, a połączone jest to zazwyczaj z wybuchem wzajemnej nienawiści. Najlepszym przykładem tego typu procesu może być rozpad Jugosławii. Patriotyzm lubi w tej sytuacji zmieniać się w agresywny nacjonalizm, który wspierają konflikty religijne lub etniczne.

Co nam w takiej sytuacji daje Gombrowiczowska wersja relacji jednostka-naród? Przede wszystkim wszczepia ludziom zbawczy krytycyzm wobec narodowej mitologii i dystans wobec przenoszącego ją języka. Bo prawdziwie groźny w początkowej fazie narastania konfliktów narodowych jest właśnie język projektujący rzeczywistość w taki sposób, by „nasze” jawiło się jako dobre i naturalne, „obce” zaś – jako złe i sprzeczne z przyrodzonym porządkiem świata (5). Dlatego jeśli istnieje coś takiego, jak „patriotyzm” Gombrowicza, to musi on pozostać niewypowiedziany, obecny jedynie w instynktownych aktach utożsamienia z krajobrazem czy obyczajem, z którego pisarz się wywodzi, a przede wszystkim z ojczystą mową jako wciąż żywym, zmieniającym się dynamicznie strumieniem znaczeń i sensów. Każdy objaw kostnienia języka, ustalania się patriotyzmu rozumianego jako zbiór frazesów służących politykom do doraźnych celów, jest objawem schorzenia, które może powodować deformację obrazu świata, a w ostatecznych konsekwencjach – wybuch agresji. Polityk mieszający hasła patriotyczne ze skierowaną przeciw wszystkim „obcym” ksenofobią i wykorzystujący do własnych celów (co się w dzisiejszej Polsce zdarza) najbardziej tępy i prymitywny rodzaj szowinizmu, jakim jest szowinizm kibiców sportowych, musi wiedzieć, że igra z ogniem. Jak krótka może być droga od tego nacjonalizmu w karykaturze do wojny, pokazuje słynny reportaż Ryszarda Kapuścińskiego (6). I jeśli nawet taki scenariusz nie grozi dziś Polakom, to zagrożeni są przynajmniej zatruciem nienawiścią, którą przenosi mowa. Gombrowicz był jednym z tych pisarzy, którzy niebezpieczeństwa takiego schorzenia języka pokazali i wykpili szybciej od innych, można więc go zażywać niczym szczepionkę skutkującą przeciw różnorodnym chorobom nawiedzającym patriotyzm – rozumiany jako tekst, który może ulec zwyrodnieniu. To nienajmniejsza z zasług autora „Ferdydurke” – nie tylko dla Polaków.

Jerzy Jarzębski

PRZYPISY:

(1) W. Gombrowicz, „Dziennik 1953–1956”, Kraków 1997, s. 120–121.

(2) Tamże, s. 60–61.

(3) „Chcę od razu wywalić moją nieprzyzwoitość drażniącą i w złym guście: Bruno mnie wielbił, a ja jego nie wielbiłem”. (W. Gombrowicz, „Dziennik 1961–1969”, Kraków 1997, s. 8).

(4) W. Gombrowicz, „Dziennik 1953–1956”, s. 11–12.

(5) O tym traktuje między innymi (w groteskowej formie) „Pamiętnik Jakuba Czarnieckiego” w jego części „szkolnej”. Niezwykle to celny utwór! Patriotyzm wszczepiany uczniom w międzywojennej szkole sprawdził się wspaniale w sytuacji II wojny światowej, ale mogło też być inaczej – gdyby agresja sąsiadów nie przerwała narastającej w kraju nacjonalistycznej choroby, kto wie, w jakiej Polsce żyłyby dzieci uczniów z klasy Jakuba Czarnieckiego. Zapewne więcej łączyłoby ją z Włochami Mussoliniego niż z zachodnimi demokracjami.

(6) R. Kapuściński, „Wojna futbolowa”, w: tenże, „Wojna futbolowa”, Warszawa 1978, s. 173–195.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas