poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)]


Zamieszczona w wakacyjnej „Odrze” (7–8/2006) dyskusja redakcyjna „Cóż po elitach w czasie marnym…” to kolejny tekst w polskiej prasie kulturalnej i społecznej dotyczący kryzysu inteligencji czy elit właśnie (o kilku tekstach poruszających tę problematykę pisałem w poprzednich przeglądach prasy). W dyskusji wzięli udział: prof. Karol Modzelewski (historyk, działacz opozycji w czasach PRL), Tomasz Łubieński (pisarz, redaktor naczelny „Nowych Książek”), prof. Wojciech Sitek (socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego), prof. Klaus Bachmann (kiedyś korespondent prasy niemieckiej w Polsce, obecnie pracownik naukowy Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy Brandta we Wrocławiu). Dyskusję prowadził Andrzej Więckowski. Stwierdził, że społeczeństwo woli populistycznych polityków i nie słucha elit w tej mierze, co dawniej. Elity wciąż diagnozują i opisują tę sytuację, a społeczeństwo znowu dokonuje wyborów nie po ich myśli. „Cóż po elitach w czasie marnym? – nie powinno być zatem pytaniem elit obrażonych na społeczeństwo, lecz bardziej pytaniem o to, dlaczego z krytycznych opisów stanu rzeczy w Polsce, z mądrych i wnikliwych analiz głębokiego kryzysu, w jakim według powszechnego poczucia się znajdujemy, nic nie wynika” – przytomnie zauważył A. Więckowski. Zdaniem K. Modzelewskiego w Polsce doszło do pęknięcia komunikacyjnego między elitami a ludem. I to właśnie wykorzystują rządzący obecnie politycy. „Siła populizmu opiera się właśnie na rozłamie polskiego społeczeństwa na dwie niemające ze sobą wiele wspólnego części. I właśnie to, że te dwie części nie mają nic wspólnego, jest prawdziwym zagrożeniem dla kraju” – ostrzegał K. Modzelewski. Dla T. Łubieńskiego czas nie jest marny, a trudny. Daje jednak elitom ponowną szansę na sprawdzenie się, na wyciągnięcie wniosków ze swoich zaniedbań. Odzyskiwanie wpływu na społeczeństwo jest żmudne i wymaga powrotu etosu służby. Elity powinny stać się bardziej elitarne. „Z chwilą pojawienia się wolnej prasy i wolnego rynku tzw. autorytety nie mają już tej samej siły. Także z oczywistego powodu, że nie może być autorytetem ktoś, kto codziennie występuje w telewizji” – mówił T. Łubieński. W. Sitek podkreślił, że elity nie istnieją same przez się, ktoś (społeczeństwo) określoną grupę osób uznaje za elitę na jakiejś podstawie. Jeśli jest inaczej, to należałoby mówić o kanapie, a nie o elicie. Poza tym elity mają skłonność do myślenia, że wiedzą lepiej od reszty społeczeństwa, z którą nie trzeba się liczyć. To błąd, za który w demokracji płaci się marginalizacją. Członkowie elit powinni zabierać głos w publicznych dysputach pod warunkiem, że mają rzetelną wiedzę o historii, socjologii, gospodarce itd. Będą mogli polemizować z półprawdami głoszonymi przez polityków. „Pojawił się oto pewien pomysł na uzyskanie poparcia społecznego, który polega na tym, że kreujemy problem, nieważne, czy rzeczywisty, czy wymyślony, a następnie podejmujemy aktywne działania dla jego rozwiązania i na tej fali uzyskujemy poparcie. Czytałem ostatnio publicystykę faszystów włoskich z okresu poprzedzającego marsz na Rzym. I tam pojawiła się konstrukcja następująca: należy wykreować zagrożenie, krzycząc o zepsuciu obyczajów, elitach reprezentujących obce interesy, parlamencie będącym siedliskiem zgnilizny, grożącej na każdym kroku przestępczości, trzeba o tym pisać, mówić, przestrzegać. To przygotuje grunt dla akceptacji społecznej dla tego, kto przyjdzie i powie, że trzeba zło wyplenić” – W. Sitek krótko scharakteryzował zagrożenia, z którymi trzeba się zmierzyć. Z wypowiedzi K. Bachmanna wynika, że rozterki elity intelektualnej to raczej polska specyfika. „Mam przede wszystkim problem z definicją elity. Występuję czasem w telewizji, ale za członka elity się nie uważam. W Niemczech praktycznie w ogóle nie używa się tego pojęcia. Choć mamy z pewnością elitę polityczną, i do niej chciałbym się ograniczyć, bo elitę intelektualną określić jeszcze trudniej” – powiedział K. Bachmann. Obserwując zjawiska w Niemczech nieznane (np. ktoś zupełnie anonimowy zostaje ministrem, żeby po kilku miesiącach znowu być bezrobotnym), ma on wątpliwości, czy u nas w ogóle jest elita polityczna. W Niemczech, żeby dostać się do Bundestagu trzeba pracować politycznie co najmniej dwadzieścia lat. W tym, że silną pozycję w polskim parlamencie mają partie populistyczne K. Bachmann widzi nie tylko zagrożenie. Udział takich partii w rządzeniu zmniejsza ryzyko niekontrolowanych wybuchów ksenofobii. W Niemczech, gdzie dostęp takich partii do parlamentu jest skutecznie ograniczony, narasta problem przemocy wobec obcych. W Polsce, choć rządzą partie ksenofobiczne, jest dość niski poziom przemocy wobec obcych (innych).

Po pierwszej lekturze, opublikowanego także w tej „Odrze”, artykułu Krzysztofa Uścińskiego „Głupia bajka o złych komunistach i dobrych katolikach” byłem zirytowany i skłonny napisać kilka niepochlebnych zdań. Jednak po ponownym przeczytaniu tekstu doszedłem do wniosku, że w wielu miejscach można zgodzić się z autorem, który ostro diagnozuje polskie społeczeństwo. I nawet nie jest to tekst wspomagający wysiłki twórców IV Rzeczpospolitej, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Zdaniem publicysty, II Rzeczpospolita była tworem niejednorodnym i niedoskonałym, ale nie brakowało jej na pewno jednego – obywateli. „Natomiast nasza III Rzeczpospolita – choć już tamtej Rzeczypospolitej niemal rówieśnica i choć jej nierównie szczęśliwsze siedemnastolecie przypadło na okres zupełnie dobrej koniunktury gospodarczej i najlepszej ponoć od kilkuset lat koniunktury politycznej – jest dzisiaj społeczną strukturą do remontu, żałosnym państwem bez obywateli.” PRL produkował ludzi bez kośćca moralnego, bez zasad i wbrew pozorom – zdaniem Uścińskiego – rodzina i Kościół wiele tu nie zdziałały. Podział na złych komunistów i dobrych Polaków-katolików to szkodliwy i głupi mit. Nie tylko obcy komuniści zniszczyli nasz naród po wojnie, w tym procederze brało udział wielu Polaków. Podział ten, choć dzisiaj przywoływany, niewiele ma wspólnego z prawdą, „bo dzisiaj nie ma ani komunistów (opozycja już w latach siedemdziesiątych odkryła, że to zwykli karierowicze, a nie ideowcy), ani dobrych Polaków-katolików (tego, niestety, jeszcze sobie nie uświadomiliśmy).”

I jeszcze „Odra”, a w niej rarytas, którego nie wolno przegapić. Artykuł Paula de Mana „Współczesny Mistrz: Jorge Luis Borges” ukazał się ponad czterdzieści lat temu, w roku 1964, w „The New York Review of Books”. „Odra” przypomina go w tłumaczeniu Arkadiusza Żychlińskiego. Jest to błyskotliwa recenzja tomów „Dreamtigers” i „Labyrinths”. Potwierdza ona fakt, że Paul de Man był wielkim admiratorem dzieł Borgesa, choć w twórczości filozofa nie znajdziemy bezpośrednich odniesień do tego pisarstwa. W redakcyjnym wprowadzeniu czytamy też, że ta recenzja jest jedną „z pierwszych poważnych anglojęzycznych prób ujęcia swoistości argentyńskiego twórcy, a ponadto zawiera już „in nuce”projekt filozoficzny samego de Mana.” Następny tekst w miesięczniku także dotyczy twórczości Borgesa, również napisał go wielki myśliciel, a przetłumaczył A. Żychliński. Chodzi o „Unitas oppositorum” Stanisława Lema, czyli kilka subiektywnych uwag na temat prozy Borgesa. Tylko kilka zdań: „Jest jednym z wielkich, będąc jednak równocześnie epigonem. Sprawił, być może po raz ostatni, że na krótko rozbłysły, zmartwychwstały ofiarowane nam przez przeszłość skarby. Nie udało mu się jednak utrzymać ich przy życiu na stałe. Nie to, żeby był drugorzędnym umysłem, po prostu tego rodzaju rezurekcja minionego jest w naszym wieku, jak sądzę, czystym niepodobieństwem.” Reszta w „Odrze”.

Warto przeczytać rozmowę Jana Topolskiego z prof. Maciejem Gołąbem o Józefie Kofflerze. Zapomnianym kompozytorze, o którym prof. Gołąb tak pisze w – przywołanym przez „Odrę” – fragmencie poświęconej mu książki: „Nie ma drugiego kompozytora w dziejach polskiej muzyki współczesnej, którego losy jak w zwierciadle odbijałyby zawikłane sploty przestrzeni kulturowej, którą w jej estetycznej warstwie charakteryzowała alternatywa – dodekafonia lub neoklasycyzm, a na której kształcie miały ostatecznie zaważyć wydarzenia polityczne.”

Do lipcowej „Twórczości” (7/2006) trzeba sięgnąć ze względu na esej Olgi Tokarczuk o Jakubie Franku („Notatki o Franku”). O. Tokarczuk zaczyna tekst od przypomnienia podstawowych założeń gnozy i kabały, co pozwala lepiej zrozumieć poglądy i działania Franka. Przypomina też krótko zrodzony w połowie XVII wieku żydowski ruch mesjanistyczny, któremu patronował Sabbataj Cwi ze Smyrny. Postulował on m.in. porzucenie judaizmu (sam w 1666 r. przeszedł na islam), gdyż uważał, że boskie objawienie można znaleźć we wszystkich religiach opartych na Biblii. Szokował współczesnych, uważał, „że Prawo Mojżeszowe zostało narzucone Żydom przez siły demoniczne, nie tylko nie powinno ono obowiązywać, ale należy je intencjonalnie łamać. W Stambule obwieścił zniesienie Tory (…).” Było to wszystko, a szczególnie postulaty o zmianie wiary, obrazoburcze i odszczepieńcze. Nauki Sabbataja Cwi padły na dobry grunt na Podolu, gdzie okrutne pogromy Chmielnickiego kojarzono z końcem świata – momentem zawieszenia starych praw, gdy trzeba najintensywniej jak to tylko możliwe zastanowić się, co robić. „Nagle okazuje się, że od zawsze, odwiecznie, ludzie są zaangażowani w wątłą kosmiczną równowagę świata, że przez ich sklepiki, podwórka i rynsztoki przebiegają strategiczne linie boskich sił, że w każdej chwili grzech Adama może zostać naprawiony (…). Zbawienie jest czymś tak konkretnym jak dotknięcie i Bóg jest konkretny (…). Takiego Boga można zapytać, złożyć mu ofertę, sprowokować objadaniem się w dzień postu, szarpać za rękaw, żeby wreszcie zwrócić na siebie uwagę.” Jakub Lejbowicz Frank urodził się w małej podolskiej wsi Kolorówka w 1726 r. Studiował w Smyrnie, ale bardziej niż algebra interesowała go kabała. Jego życie miało odmienić się w dniu ślubu z Chaną, córką uczonego kabalisty i sabbatyjczyka, gdy pod weselnym baldachimem został wtajemniczony w sekretną doktrynę. Od tego momentu, zdaniem autorki eseju, stał się jakby marionetką. Już jako dwudziestokilkuletni mężczyzna założył w Salonikach własną szkołę i zaczął realizować, znany sabbatyjczykom, program zbliżenia do Boga: łamał nakazy religijne i obyczaje, prowokował. W 1775 r. poselstwo szacownych Żydów z Polski znalazło go w Smyrnie. Udało im się przekonać Franka, żeby swoją misję podjął na Podolu. Pierwszy pobyt Franka w Polsce obfituje w wydarzenia, będące konsekwencją jego nauki, tak opisanej przez O. Tokarczuk: „należy uwolnić się od szkodliwych i fałszywych praw tego świata, należy odrzucić wszystkie możliwe obyczaje i religie; trzeba poznać każdą możliwą drogę tylko w jednym celu – aby jej zaprzeczyć, trzeba podążać za przywódcą krok w krok, w otchłań.” We Lwowie dopuszczał się skandali obyczajowych i łamał przepisy religijne. Polskie władze przyłapały go na orgiastycznych tańcach z wyznawcami i wydaliły za granicę. Z Chocimia obserwował efekty swoich poczynań. A były one zaskakujące. Jak można się było spodziewać, sąd rabinacki rzucił klątwę na sabbatyjczyków. Jednak zainteresował się nimi biskup kamieniecki, dzięki jego protekcji Frank mógł wrócić do Polski i głosić swoje nauki. Prawdopodobnie biskup uznał ten ruch za bliski chrześcijaństwu i chciał wspomóc „nawracających się” Żydów. W „Księdze Słów Pańskich” – zbiorze przypowieści, bajek i sentencji Franka – znajdziemy wezwanie do praktykowania czynów zakazanych przez Torę. Olga Tokarczuk pisze: „Frank mówi: grzech popełniony dla grzechu jest czymś wielkim. Zatem obalenie Tory może stać się prawdziwym jej spełnieniem. (…) Zejście na sam dół, na najniższy szczebel Jakubowej drabiny, wymaga popełniania cudzych uczynków, jak je nazywa Frank, uroczystych, dokonywanych ze zbawczą intencją łamań religijnych i obyczajowych przepisów; żeby ich dokonywać, trzeba się dobrowolnie przemóc, skazać na odrzucenie przez innych, na upokorzenie. Trzeba się rzucić w to, co dotychczas wydawało się odrażające i bezwstydne.” W 1758 r., na mocy listu żelaznego króla Augusta III, Frank znowu pojawił się na Podolu, żeby we Lwowie wraz ze swoimi wyznawcami przyjąć chrzest. Uroczystościom towarzyszyła radosna atmosfera, gdyż Frank tym, którzy przyjmą chrzest obiecał nieśmiertelność, ale nie po śmierci, a od razu, tu i teraz. Przekonanie wiernych mu konwertytów, że będą żyli wiecznie bardzo szybko zostało brutalnie zakwestionowane. Cholera ich zdziesiątkowała, wielu ludzi umierało na ulicach, gdyż zabrakło miejsc w szpitalach. Zmarli też najbliżsi Franka: ukochana żona i syn. Został zadenuncjowany przez swoich towarzyszy i uwięziony. Sąd konsystorski skazał go na bezterminową izolację w jasnogórskim klasztorze. Ale to nie był koniec. Frank doznał niezwykłej iluminacji: miał heretyckie wizje bogini, Panny, Szechiny. „Czym jest Szechina? Kiedy Mojżesz prosił Boga o ukazania mu Jego twarzy, tym, co ujrzał, była właśnie Szechina. Szechina – to obecność Boga w świecie.” Frank odkrył, że Kościół katolicki ukrywa prawdę, że jest zasłoną Szechiny. Dlatego Frank uwolni Pannę, a ona zbawi świat. W 1773 r. z klasztoru uwolnili Franka Rosjanie, którzy pacyfikowali konfederatów barskich. Uciekł i ostatecznie osiadł w Offenbachu nad Menem, gdzie ponownie udało mu się zgromadzić dwór wyznawców, ale jego nauka stawała się coraz bardziej niejasna. Umarł w 1791 r. na atak serca. Dla Tokarczuk jego działalność i nauka nie były szaleństwem, lecz przejawem głębszych prawd. „Wydaje się, że Frank musiał mieć styczność z tradycją dużo starszą niż kabalistyczna – z hellenistycznym gnostycyzmem. (…) Mit frankowski (…) odkrywa poruszającą prawdę – że tradycja gnostycka jest czymś dużo bardziej obecnym w religijnej myśli nowożytnego świata, niż moglibyśmy sądzić. Może to długowieczny underground, istniejąca w uśpieniu alternatywa, która od czasu do czasu pojawia się na powierzchni, wstrząsa nami, budzi na chwilę z narkotycznego snu i znika w podziemnym, zamazanym świecie niewygodnych idei.”

To dobry esej, bo pozwala na zadanie sobie wielu pytań. Choćby o to, jak były możliwe takie ruchy religijne, w jakim stopniu ich wyznawcy wierzyli w naukę mistrza, a w jakim korzystali z religijnego uzasadnienia życia, w którym nie obowiązują normy, zakazy, nakazy? Czy współczesne sekty są jakoś podobne do ruchów religijnych takich jak ten Jakuba Franka?

Żeby zmienić zupełnie klimat i nastrój, warto w tej „Twórczości” sięgnąć po wiersz Krzysztofa Lisowskiego bez tytułu (rozpoczynający się wersem „stokrotki niezapominajki dzikie zioła”). Wiersz odtwarza, przywołuje, projektuje nastrój miejsca podmiejskiego, w sąsiedztwie cmentarza, miejsca oddychającego jakimś krajobrazem, niestłoczonego i nieściśniętego. Miejsca, w którym tchną młode greckie wiatry, panuje obiecujące milczenie, jest natura, są i anioły. I ostatnia strofa: „to jest pora kiedy słońce / podpala szyby w oknach / i kiedy z takich miejsc / odchodzimy nagle / zasmuceni.”

I jeszcze jeden dobry wiersz w tym numerze, dalekie echo twórczości księdza Baki. Właściwie należałoby tu przytoczyć całą „Wędrówkę” Wojciecha Kawińskiego, napędzaną katarynką prostych rymów. W tym takcie na dwa bardziej niż wędrówkę po polu słychać kręcenie się, wirowanie. Zresztą wiersz dwukrotnie odwołuje się do muzyki. Sprzyjają temu częste powtórzenia nie tylko metryczne, ale i powtórzenia całych (krótkich wersów) czy grup wyrazów. Na próbę dwie strofy z sześciu. Pierwsza: „w białym polu / szary duch; / jest nas razem / tylko dwóch.” Trzecia: „szary duch / nas nie dotyka; tylko dwóch / a gra muzyka.”

O wpływie mistyki i kabały na twórczość Mickiewicza pisze w tym numerze „Twórczości” Krzysztof Rutkowski („Mickiewicz i „Zohar”). Dobrze ten artykuł czytać w kontekście eseju Olgi Tokarczuk.

Wróćmy jeszcze do jubileuszowego numeru „Studium” (4-5/2005), którym redakcja uświetniła dziesięciolecie pisma. Kilka drobiazgów, o których warto pamiętać.

Nie jestem miłośnikiem twórczości Bartłomieja Majzla, lecz wiersz „pisuary dla kobiet” mogę polecić. (Całość jest lepsza niż tytuł.) Zacytuję tylko fragment tego dojrzałego utworu: „cóż to za przemoczony świat? / zdziwienie gardło mu ściska / gdy widzi jak stroją się w światło i piach. // migają w środku nocy jak baranki boże. / kobiety światłem odziane to jest inny świat.”

Drugi drobiazg, na który zwracam uwagę, to kolejny wiersz. Tym razem peleton Marcina Zegadły. W peletonie, czyli w majowych procesjach, wielkanocnych procesjach, procesjach na Golgotę. Ludowość zahacza o wieczność, procesja miesza się z konduktem pogrzebowym, a instancją organizującą jest peleton rozumiany jako gromada, przemieszczanie się, wysiłek wspólny. Rytm się jednak rwie, procesja staje się nieciągła, robi się duszno. Świecą powrotne świeczki – gromnice? „(…) oderwane ciałko lepkie jak plaster. / kurz zasychał na chłonnych bawełnach podawano ocet. / należało dołączyć do zgrabnej gromadki. Być w obrębie / ognisk. Umierać w okolicy w wesołych podgrupach.”

Krótki, śmieszny i gorzki obraz polskiej prowincji (z nieodzownym pijaństwem) dał Piotr Rowicki w opowiadaniu „Oskar dla wsi Jakać”. Oj, lepiej by było i dla zdobywcy Oskara, i dla wsi Jakać, żeby on tej nagrody nie dostał.

Robert Kozela
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas