poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura [Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)]


Stefan Bratkowski („Rzeczpospolita” nr 117) opowiada anegdotę związaną z pobytem w Londynie szwedzkiej królowej Krystyny i Casanovy. Anegdota nie musi być oczywiście prawdziwa, ale nie powinna zawierać jaskrawych anachronizmów. Tymczasem królowa Krystyna żyła w latach 1628–1681, a Casanova – w latach 1725–1798.

Robert Horbaczewski, pisząc w tymże numerze „Rzeczypospolitej” o słynnej skrzypaczce Idzie Haendel, pochodzącej z Chełma, nazywa go „miasteczkiem dawnych mędrców”. Tymczasem określenie „mędrcy z Chełma” ma w folklorze żydowskim znaczenie ironiczne; występuje w anegdotach opowiadających o bezdennej głupocie jego mieszkańców.

Anna Nasiłowska („Teksty Drugie” 2005, nr 6), pisząc o liście otwartym Marii Kuncewiczowej z września 1939, poprawia nazwisko wymienionej tam jednej z adresatek – Emmre Ammerkulker na Jo Amers Kuller (dokładniej: van Ammers Kuller). Poprawka słuszna, myli się jednak Nasiłowska, nazywając ją Dunką. To nazwisko powieściopisarki holenderskiej (1884-1966), której cykl powieściowy „Kobiety z rodu Coornveltów” ukazał się przed wojną w przekładzie polskim i był wtedy bardzo poczytny.

Andrzej Zawada w artykule „Temat Wrocław” (w książce zbiorowej ku czci prof. Jerzego Jastrzębskiego pt. „Literatura, kultura, komunikacja”) umieszcza podtytuł „Czy śpiącą można zbudzić grzecznie?” i zadaje pytanie: „Co robi tutaj ten cytat z wiersza znanego wrocławskiego poety?” Kamerzysta przyznaje się, że nie wie, o jakiego wrocławskiego poetę chodzi. Chciałby jednak zauważyć, że wzmiankowany cytat jest tylko lekko zmienionym powtórzeniem cytatu z „Milczenia” Norwida: „Czy śpiącego można przebudzić grzecznie?”

Władysław Stróżewski („Tygodnik Powszechny” nr 27) twierdzi, że wiersz Jana Kasprowicza „Rzadko na moich wargach…” powstał,. „gdy wreszcie odzyskaliśmy niepodległość”. Autor pomylił się o kilka lat: wiersz ten napisany został już w czerwcu 1915 i w tymże roku ukazał się w „Kurierze Poznańskim”.


Według Janusza Drzewuckiego („Rzeczpospolita. Plus-minus” z 1–2 VII) Ryszard Kapuściński zadebiutował jako poeta w r. 1953. Tymczasem w „Polskiej bibliografii literackiej” odnotowano, że jego wiersze „Pisane z szybkością” i „Uzdrowienie” ukazały się w „Dziś i Jutro” już w r. 1949 (nr 32), a kilkanaście innych publikowała prasa („Dziś i Jutro”, „Sztandar Młodych”, „Odrodzenie”) w r. 1950; w tymże roku otrzymał nagrodę „Przekroju” w konkursie na wiersz o Warszawie. Miał wówczas 18 lat.

Myli się Zbigniew Mikołejko („Gazeta Wyborcza” nr 117) mówiąc, że Marks fascynował się powieścią „Tajemnice Paryża” Eugeniusza Sue. Wręcz przeciwnie – nie uległ powszechnemu wówczas zachwytowi dla tej sensacyjno-moralizującej powieści i w „Świętej rodzinie” bezlitośnie wyszydził zarówno naiwność utopijnych pomysłów autora, jak i jego daltonizm moralny w stosunku do swoich bohaterów.

Źle uczono łaciny Damiana Strzeszewskiego, skoro w podtytule jego artykułu „Nowomowa w powojennej prozie polskiej – ruch formy obecności” (w zbiorze „Podmiot i tekst w literaturze XX wieku”) figuruje wyrażenie „Omnipotentia invisibile”. „Omnipotentia” jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego, a „invisibile” to przymiotnik rodzaju nijakiego.

Zbigniew Mentzel („Rzeczpospolita. Plus-minus” z 10-11 VI) pisze, że „Erystykę” Schopenhauera wydano w Polsce po raz pierwszy za rządów Gierka. Autor przeoczył, że pod tytułem „Sztuka prowadzenia sporów” ukazała się ona w Warszawie już w r. 1893 (wyd. 2. 1902), w przekładzie Jana Lorentowicza.

W książce zbiorowej „Biografia historiografia dawniej i dziś. Biografia nowoczesna, nowoczesność biografii” (Towarzystwo Naukowe KUL) Waldemar Okoń powiada, że „Ferdynand Hoessig napisał biografię kreowaną Juliusza Słowackiego, która miała bodajże tytuł >>Kochanki Słowackiego<<” (s. 345). Książka ukazała się pod opieką dwojga utytułowanych redaktorów, przeszła przez recenzje dwojga utytułowanych recenzentów, miała oczywiście swego redaktora wydawniczego, jeszcze inna osoba sporządziła indeks nazwisk – i nikt nie sprostował, że biograf tu wymieniony (Okoń uznał za wskazane dodać w nawiasie: „był taki”) nazywał się nie Hoessig, ale Hoesick. Nie był on wybitnym uczonym, ale autorem w swoim czasie popularnym i specjalistom od biografii wypadałoby nazwisko to znać. (Dawniej znał je każdy inteligent – choćby ze „Słówek” Boya, gdzie Hoesick wyśpiewuje: „Daj mi swą fotografię, gdy miałeś latek dwa, Bo twoją biografię Napisać pragnę ja”). Inna rzecz, że Hoesick nie wydał nigdy książki, która miałaby tytuł „Kochanki Słowackiego” lub podobny.

Według Romana Pawłowskiego („Wysokie Obcasy” nr 25) Jarosław Iwaszkiewicz był „czołowym partyjnym pisarzem PRL”. A Izabela Cywińska, z którą Pawłowski o nim rozmawia, temu nie zaprzecza.

Dariusz Kosiński („Dialog” nr 7, s. 172) jako przykład trudności, jakie napotyka inscenizator „Dziadów” wymienia tę okoliczność, że »chronologicznie wcześniejsze są części II i IV, ale „numerycznie” wciska się między nie III [część] i inscenizator musi wybierać, bo Mickiewicz niczego tu nie przesądza« i w ten sposób zastawia na teatr »genialną wręcz w swej prostocie pułapkę«. Tymczasem pułapki (a tym bardziej genialnej pułapki) tu nie ma: poeta co prawda niefrasobliwie pogmatwał numerację (prawdopodobnie traktując dramat z r. 1832 jako „część trzecią” w stosunku do poprzednio ogłoszonych dwóch części Dziadów), ale tok fabularny utworu jest jednoznaczny („Obiit Gustavus, natus est Conradus”) i – jak się zdaje – nikt z inscenizatorów „Dziadów” nie miał wątpliwości, że część III można umieścić tylko po IV). Kosiński pisze też: »nie jestem wcale pewien, czy „Balladyna”, „Mazepa”, a nawet „Lilla Weneda” nie zamieniłyby się na dziewiętnastowiecznej scenie w coś potwornego« (s. 171). Czyżby autor nie wiedział, że te trzy dramaty były wielokrotnie wystawiane w drugiej połowie XIX w., więc o wartości tych przedstawień można sądzić w trybie orzekającym, a nie przypuszczającym?

W tymże numerze „Dialogu” umieszcza Tadeusz Oracki artykuł „Gerhart Hauptmann w polskim teatrze – uzupełnienia i sprostowania bibliograficzne do artykułu Rafała Węgrzyniaka” na ten temat, umieszczonego w tymże „Dialogu” przed pięciu laty. – Robota to jednak w znacznej części niepotrzebna, ponieważ większość tych uzupełnień znaleźć można w informatorze „Dramat obcy w Polsce 1765-1965. Premiery, druki, egzemplarze” pod redakcją Jana Michalika (Kraków 2001). I Tadeusz Oracki, i redakcja „Dialogu” widać o tym wydawnictwie nie wiedzieli.

Zmarł znakomity uczony Juliusz Wiktor Gomulicki. Nekrolog podpisany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego umieszcza przed jego nazwiskiem tytuły „prof. dr”. Ale Gomulicki nie miał tytułu profesora; tylko grzecznościowo tak go nazywano, ponieważ przez kilka lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Nie miał także doktoratu, tylko magisterium, i to z prawa. Z kolei prezes Rady Ministrów (jeszcze Kazimierz Marcinkiewicz) jako główną zasługę Gomulickiego wymienia to, że „przywrócił nam wszystkim pamięć o Norwidzie, wydając monografię dzieł poety”. Tymczasem żadnej z licznych publikacji norwidowskich Gomulickiego nie można nazwać „monografią dzieł tego poety”.

Michał Mońko pisze w „Odrze” (nr 7/8, s. 20): „Znamy nazwiska wyrzuconych z wyższych uczelni ludzi honoru: Władysława Tatarkiewicza, Jana Bystronia, Romana Ingardena, Tadeusza Sinkę, Stanisława Ossowskiego, Tadeusza Kotarbińskiego, Władysława Konopczyńskiego i innych”. W rzeczywistości – tylko o Konopczyńskim można by powiedzieć, że został wyrzucony z uczelni, ściślej mówiąc: przeniesiony na przedwczesną emeryturę, w 68. roku życia. Bystroń przestał wykładać na UW w r. 1952 ze względu na ciężką chorobę; mianowano go wówczas członkiem tytularnym Polskiej Akademii Nauk. Ingarden, Ossowski, Tatarkiewicz byli w latach 50. odsunięci od pracy dydaktycznej, ale pozostali na uniwersyteckich etatach. Kotarbiński został kierownikiem Katedry Logiki na UW. Sinko bez żadnych kłopotów wykładał na UJ do 83. roku życia. Okres stalinowski był okropny dla nauki polskiej, ale nie znaczy to, że pisząc o nim, nie trzeba trzymać się faktów.

Dziwne rzeczy znaleźć można w artykule Jana Zdzisława Brudnickiego o Fredrze („Trybuna” – „Aneks” z 14 lipca). Do „wielkich osobowości”, które „sztuczną literaturę” Galicji zamieniły w prawdziwą zalicza autor m.in. Apolla Korzeniowskiego i Juliusza Klaczkę. Tymczasem – Korzeniowski przybył do Galicji na rok przed śmiercią i ogłosił wtedy tylko jeden utwór – „Akt pierwszy”, a Julian (nie Juliusz) Klaczko osiedlił się w Krakowie także u schyłku życia i w okresie tym wydał też tylko jedną książkę – i to w Paryżu, po francusku („Rome et la Renaissance”). Trudno zrozumieć, co ma na myśli autor, twierdząc, że „Wokulski też mógłby być Fredrą, gdyby jak tamten, po dziesięcioletnich staraniach zdobył rękę Izabeli i... jej pałac, założył rodzinę, działał w towarzystwach samorządowych, społecznych i naukowych”. Zagadkowo brzmi zdanie, że Jan Lam (student uniwersytetu lwowskiego, potem żołnierz w wojsku austriackim i dowódca kompanii w powstaniu styczniowym, przez resztę życia – lwowski dziennikarz i publicysta) miał życiorys jak ulał pasujący do Wokulskiego. Nie wiadomo wreszcie, co miał na myśli Brudnicki, pisząc, że „Fredro był sztukmistrzem, gdy tworzyła się legenda wielkich wcieleń Wincentego Rapackiego, Jerzego Leszczyńskiego, Józefa Węgrzyna, Ludwika Solskiego, którym przyświecała idea, że brawura polskiej szlachty nie może się zmarnować po jej zejściu ze sceny historii”. Dodajmy, że poza Rapackim wymienieni tu aktorzy zaczęli występować w sztukach Fredry już po jego śmierci, a Węgrzyn miał w swym repertuarze tylko jedną – niezbyt udaną – rolę fredrowską – Ludmira w „Panu Jowialskim”.

Również w „Trybunie” – „Aneksie” (z 11 sierpnia) Władysław Sobecki pisze, że po premierze „Zemsty” w r. 1834 zapanowała „medialna cisza”, bo np. na łamach „Gazety Lwowskiej” dominowały doniesienia o uroczystych obchodach rocznicy urodzin „szczęśliwie panującego nam dobrego monarchy Franciszka Józefa”. Wyssał to sobie wszystko autor z palca – bo Franciszek Józef był wówczas zaledwie czteroletnim dzieckiem i na tron wstąpił dopiero w r. 1848.

Nie zabłysnął oryginalnością Jarosław Kaczyński, głosząc w swym exposé sejmowym, że „Polska zasługuje na więcej”. Przedtem to samo mówił Maciej Giertych w wystąpieniu na Kongresie Ligi Polskich Rodzin w czerwcu 2005. Giertych zaś tylko powtórzył tu hasło Unii Pracy z wyborów w r. 1997 – będące z kolei adaptacją telewizyjnej reklamy...

Norman Davies („Pomocnik Historyczny” nr 3), a za nim Danuta Zagrodzka („Gazeta Wyborcza”) powołują się na słowa Norwida: „Polska tak. Ale jaka?” Słów takich jednak u Norwida nie ma. Sławne są natomiast z epigramatu Słowackiego: „Szli krzycząc: Polska! Polska! [...]. Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka, Spojrzał na te krzyczące i zapytał: »Jaka?«”

W tymże wywiadzie Norman Davies powiada: „przecież nie wiemy nawet po jakiemu Piastowie mówili”. Trochę jednak wiemy: w kronikach odnotowano, że Henryk Pobożny rozpaczał w czasie bitwy pod Legnicą (1241) słowami: „Gorze się nam stało!”, a rycerze Władysława Łokietka mieli sprawdzać narodowość mieszczan Krakowa po stłumieniu buntu wójta Alberta (1312) wyrazami: „soczewica, koło, miele, młyn”, z czego wynika, że i sam Łokietek po polsku mówił.

Ewa Berberyusz pisze w książce „Moja teczka” (s. 10), że wedle „sagi rodzinnej” Zawisza Czarny miał być rajfurem związku Kazimierza Wielkiego z Esterką. Saga taka źle świadczyłaby o wiedzy historycznej w rodzinie pani Berberyusz. Zawisza Czarny (zginął w r. 1428) był o przeszło pół wieku młodszy od Kazimierza Wielkiego (zmarł w r. 1370).



Łukasz Drewniak („Tygodnik Powszechny” nr 32) pisze: »Sekundując sporom o kolejne pokolenie polskich reżyserów, biorąc udział w dywagacjach o podziale teatru na zwalczające się strony, przypomniały mi się sceny z filmu „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady”«. Znaczy to, że owe sceny filmowe „sekundowały sporom i brały udział w dywagacjach”. W dalszym ciągu Drewniak zauważa: „Nie wystarczy nowy język, jeszcze trzeba się go nauczyć”. Zalecenie to dotyczy także składni starego języka.

Jak zmienia się literacki savoir-vivre... Piotr Gruszczyński („Tygodnik Powszechny” nr 33) pisze o swoim artykule „Młodsi zdolniejsi”, że „jest on uznawany za klasyczny”. To prawda, że artykuł ten jest często cytowany, tytuł jego znalazł się nawet w „Skrzydlatych słowach”, ale... Ale chyba ani Boy, ani Kott, ani Puzyna tak by o własnym tekście nie napisali.

Rafał Ziemkiewicz („Dziennik” nr 100) zarzuca Antoniemu Słonimskiemu, że „kiedy bandyci od Piłsudskiego wybijali Nowaczyńskiemu oko, on sekundował im paszkwilem >>Rudy do budy<<”. Tymczasem – artykuł ten ukazał się w „Skamandrze” w r. 1923, a napad na Nowaczyńskiego miał miejsce w kilka lat później, po przewrocie majowym. Trudno się zgodzić też z opinią Ziemkiewicza, że Słonimski jako felietonista „Wiadomości Literackich” był jednym z tych, którzy duchowo przygotowali polską inteligencję do kolaboracji z komuną. Ziemkiewicz nie czytał widocznie kronik, w których Słonimski ostro atakował reżim sowiecki. Oto pierwsze z brzegu cytaty – o procesach moskiewskich: „Najbardziej sadystyczna wyobraźnia nie mogła stworzyć obrazu tak głęboko obrażającego uczucia ludzkie” (6 IX 1936). „Te ohydne inscenizacje teatralne kończące się krwawą masakrą, czyż to nie konsekwentny skutek coraz bardziej zatruwającej życie i moralność zasady ‘cel uświęca środki’” (21 II 1937). „Przywykliśmy do bezwstydu państw totalnych. Wystarczy przeczytać konstytucję sowiecką i porównać ją z tym wszystkim, co naprawdę wiemy o życiu w Sowietach” (30 V 1937). „Poezja sowiecka umiera w smutnej jałowej ziemi obiecanej biurokratyzmu, strachu, terroru, donosicielstwa i lokajstwa” (18 VII 1937). „Komuniści nie są zwolennikami swobody przekonań i mają wypróbowane przez Kaina sposoby likwidowania przeciwników politycznych” (3 I 1937). „To co nazywamy polityką, doczekało się w Sowietach koszmarnej i groteskowej karykatury” (20 III 1938).

Przemysław Czapliński („Gazeta Wyborcza” nr 210) pisze, że Sienkiewiczowska wizja Dzikich Pól nadal włada wyobraźnią społeczną i narzuca sposób pisania o Rosji i Rosjanach. Używając modnego wyrażenia trzeba powiedzieć, że jest to „skrót myślowy”, bo oczywiście Dzikie Pola to Ukraina, a nasze wyobrażenia o Ukraińcach i Rosjanach bardzo się od siebie różnią.

Włodzimierz Kalicki („Duży Format” nr 36) artykułowi o aresztowaniu posłów opozycyjnych przez policję sanacyjną 10 września 1930 nadał tytuł „Droga do Berezy”. Czyżby autor i redakcja nie wiedzieli, że posłów tych osadzono w twierdzy brzeskiej, a obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej założono dopiero w r. 1934?

Eustachy Rylski w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” (nr 228) twierdzi, że na polski wiek XVII nie patrzymy przez pryzmat opracowań historyków – prof. Serczyka czy prof. Adama i Krystyny Kerstenów. Na pewno nie patrzymy przez pryzmat opracowań prof. Kerstenowej, bo nigdy nie zajmowała się ona wiekiem XVII.

W czasie panelu w UMCS („Gazeta Wyborcza” nr 230) prof. Krzysztof Pomian zauważył, że
„nigdzie na świecie nie spotkał się ze stosowaną ostatnio w Polsce zbitką ‘polityka historyczna’ i pytał ‘po co używać nowego terminu’”? Zdumiewające – „polityka historyczna” to przecież kalka „Geschichtspolitik”, której poświęcono w Niemczech dziesiątki książek i setki artykułów!

Sławetna seria „Historia literatury polskiej” w dziesięciu tomach została zakończona tomem X, który nosi tytuł „Literatura współczesna 1956–2006”. Ale czytelnicy nie znajdą tam ani słowa o powieściach i opowiadaniach, literaturze faktu, a omówienie poezji kończy się na Rafale Wojaczku.

Adam Bańdo, omawiając problematykę literacką na łamach przedwojennego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” („Nie tylko krew na pierwszej stronie”, s. 80), zauważa, że Walerian Emski „mniej emocjonalnie odniósł się do najnowszych prądów w poezji polskiej” niż Marian Szyjkowski. Obserwacja zabawna, bo Walerian Emski to pseudonim Mariana Szyjkowskiego.

Igor Zalewski („Przekrój” nr 41) pisze, że Felicjan Dulski wypowiada w komedii Zapolskiej jedyne słowa: „A dajcież mi wszyscy święty spokój”. Nieprawda. Jedyne zdanie przez niego wypowiedziane brzmi: „A niech was wszyscy diabli!”

Zdaniem Magdaleny Micińskiej („Tygodnik Powszechny” nr 43) Maurycy Mochnacki jest „jedynym polskim pisarzem, który wziął udział w powstaniu”. Czyżby? Ci, którzy się powstaniem listopadowym interesują, wiedza na ogół, że brali w nim udział także Seweryn Goszczyński, Józef Bohdan Zaleski, Wincenty Pol, Stefan Garczyński, Maurycy Gosławski.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas