poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY KORCZAK
Artura Maryi wzloty i upadki
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

„Z ulicy Wenecja do Sukiennic prowadził mnie Artur i Ronard
a to nie takie proste, gdy jest tyle kamienic i gdy noc zielona-szalona”

K. I. Gałczyński


Pisarz jest mądrzejszy niż to, co mówi, ale głupszy niż to, co pisze –stwierdzał w jednym ze swoich niezliczonych kalamburów Artur Marya Swinarski. Ten wybitny satyryk i płodny dramaturg zaludnia dziś wielką krainę cieni, w której tłoczą się zapomniani twórcy. A przecież do późnych lat 50. był obiektem niezliczonych anegdot, jego książki błyskawicznie znikały z księgarni, a na spotkaniach autorskich miał tłumy czytelników. Tym smutniejsze wydają się dzieje jego literackiego i życiowego schyłku.

Debiutował jako osiemnastolatek w poznańskim „Zdroju” u braci Hulewiczów. I był to debiut podwójny. Najpierw jako grafik. Posłał do redakcji „Zdroju” parę drzeworytów i czekając na odpowiedź, marzył, że odniesie w tej dziedzinie wielkie sukcesy, że redakcja natychmiast poprosi o dalszą współpracę, zaofiaruje pośrednictwo przy sprzedaży prac i zaproponuje udział w najbliższej wystawie polskich ekspresjonistów. Marzenia szybko i dość nieoczekiwanie stały się rzeczywistością – „Zdrój” poświęcił młodemu grafikowi cały zeszyt, a jego redaktorzy zaofiarowali się z wszelaką pomocą w dalszej karierze plastycznej.

Gorzej poszło z literaturą, Jerzy Hulewicz długo nie chciał drukować debiutanckiej „Wieży Babel”; przeforsował ją dopiero Witold w lipcu 1920 roku. Odtąd właśnie dramat, a nie satyra, stanie się oczkiem w głowie autora. Do tej dziedziny twórczości będzie przywiązywał największą wagę, bagatelizując swoje świetne parodie i całą bogatą twórczość satyryczną.

Po latach we wstępie do wydanych przez paryską „Kulturę” czterech utworów dramatycznych zwierzy się: „Przez kilkanaście lat, a może dłużej byłem producentem lichej literatury. Gnuśnym imitatorem. Jedno aliści wiedziałem od razu: dziełem sztuki może być tylko dramat; liryka niech będzie przygotowaniem, monologią dramatyczną, miniaturowym dramoletem. Tout le reste est littérature! Nie pisałem powieści, a parodie i satyry tylko, żeby ludziom dokuczyć”.

Pochodził z dobrego ziemiańskiego domu, któremu przysparzał niemało kłopotów. Już na długo przed wojną cała rodzina zajmowała się wykupywaniem tomików, pełnych sprośności, które wychodziły spod pióra młodego przedstawiciela rodu. Najgorzej cierpiała matka; w związku z jego poetyzowaniem musiała wciąż się wstydzić. W którejś książeczce zamieścił apostrofę do swojej rodzicielki, w której napisał: „Mamo, powiedz – czy nie dało się temu zapobiec – że jest ze mnie taki rudy okularowiec?”

Trudno się dziwić, że cały nakład i tej pozycji pozostał w rodzinie. Mam wciąż w pamięci jego wpadający w ucho utworek:

„Gdy Pan Bóg świat stworzył
Ogród wielki, tak zwany raj, założył
Rosły tam palmy, kaktusy i dynie,
Pasały się pumy, żyrafy i świnie.
>>Niedobrze by świnia była sama<<
Powiedział Pan Bóg i stworzył Adama... „

Pamiętam też, powtarzany często w literackim środowisku, dialog pomiędzy nim a poetą Frasikiem. „My obaj jesteśmy ze wsi, panie Arturze” – powiedział Frasik. „Tak, ale ja ze swojej” - odpowiedział Artur Marya.

Poznałem go w warszawskim Klubie Literatów w dość nieoczekiwanych okolicznościach. Siedziałem przy stoliku z Magdaleną Samozwaniec, z którą miałem właśnie bardzo kłopotliwą rozmowę. Prowadziłem w Poznaniu Teatr Satyryczny i jako kierownik artystyczny tej sceny zmuszony byłem odwalić kiepską sztukę autorki. Jej komedyjka była naprawdę do kitu: płaska, mało dowcipna, bez nerwu i wyczucia sceny. Rola kata głośnej pisarki jest szczególnie kłopotliwa. Dodatkowo dochodziło jeszcze zdziwienie: przecież był to okres, gdy jej „Błękitna krew” i wciąż wznawiane „Na ustach grzechu” święciły czytelnicze triumfy, wszyscy zaśmiewali się z parodystycznych pomysłów, a tu tak ewidentny niewypał. Szczerze żałowałem, bo akurat pilnie poszukiwałem dla Teatru Satyry dobrej komedii polskiego autora.

Właśnie wyciągnąłem z teczki egzemplarz tekstu, żeby go jej zwrócić, gdy z hałaśliwym powitaniem podszedł do Madzi szczupły mężczyzna w okularach i purpurowej muszce, odcinającej się od jasnego garnituru i bladej twarzy. Coś chyba niecenzuralnego powiedział jej do ucha, bo ona, śmiejąc się i grasejując po swojemu, coś półgłosem odpowiedziała. – Nie znacie się? – spytała ze zdumieniem. – To Arturek Swinarski. – Ten zdążył już przysunąć krzesło i zamówić kawę. Rozmowa z miejsca stała się gęsta od kpin, szyderstw i najrozmaitszych złośliwości. Swinarski eksplodował wciąż humorem i na nikim nie pozostawiał suchej nitki. Na szczęście nie było już możliwości, aby ciągnąć rozmowę o nieszczęsnej komedyjce.

– Tylko go nie uwiedź – powiedziała na odchodnym Madzia, całując Swinarskiego w policzek. Do mnie uśmiechnęła się kwaśno. Odtąd do samej śmierci ledwo mnie poznawała.

– Co tam w Poznaniu? – spytał po chwili Swinarski, innym niż przed chwilą głosem. Był poważny, jakby mu nagle odeszła ochota do kpin i dowcipów. Wcale nie czekał na moją odpowiedź i sam zaczął mówić. – Poznań! Tam debiutowałem. Moje najmilsze lata. „Różowa kukułka”, „Klub szyderców”, wspaniałe kabarety. I jaka publiczność. W żadnym mieście takiej nie było. Cicho pod nosem zanucił refren: „Ściśnij rękę, spójrz mi w oko, niech ta chwila wiecznie trwa, ściśnij mocno, spójrz głęboko duli-duli-da...” To intonował co wieczór Ludek Puget, a za nim cała sala chórem. Ludek! Cóż to był za złoty człowiek. Gdyby nie on, nie przeżyłbym okupacji. Mieszkałem u niego w Krakowie na ulicy Wolskiej. Dzielił się ze mną forsą, jedzeniem, własną koszulę ściągnąłby z grzbietu dla drugiego. Dziś nie ma już takich! Ja byłem w obu kabaretach konferansjerem, reżyserowałem, wymyślałem kawały. Zabawa trwała czasem do białego rana. I to jaka zabawa!

Był tak rozmarzony, że dopiero po chwili ocknął się i na dobre zaczął słuchać. Starałem się mu powiedzieć o Poznaniu jak najwięcej. Co gra się w teatrach, co w operze, jakie mamy plany na naszej satyrycznej scence. Że nie przymierzamy się do żadnych formalnych eksperymentów, bo nas na to nie stać. Chcemy walczyć z obłudą, fałszywą moralnością, przekłuwać różne zastałe tabu, a to da się zrobić tylko poprzez dobrą literaturę. Mamy więc w planach repertuarowych Prospera Mérimée, Machiavellego, Brechta, Ionesco, Apollinaire’a. Graliśmy już duże fragmenty „Łaźni”, teraz idzie prapremiera „Babci i wnuczka” Gałczyńskiego. Władze patrzą na nas kosym okiem, bo chcą, żeby grać składanki o współczesnym wydźwięku i nic z naszych ambicji nie rozumieją.

Artur Marya słuchał z coraz większym zainteresowaniem. Co jednak miało wynikać z naszej rozmowy, przekonałem się mniej więcej po miesiącu. Dostałem od niego list z zapytaniem, kiedy będę w Warszawie; koniecznie chce się ze mną zobaczyć, bo ma ciekawą propozycję. Trochę mnie to zaintrygowało, ale na głowę waliły się kłopoty ze wszystkich stron. Teraz atakowano Teatr Satyry już nie tylko za cudem przeszmuglowaną przez cenzorskie sito „Łaźnię”, „Babcię i wnuczka”, ale w ogóle za repertuar. Organizacyjna strona tej sceny wydawała się też nie do utrzymania. Był on na garnuszku dziwnego tworu pod nazwą „Artos”. Miało to być w swoim założeniu przedsiębiorstwo popularyzujące tak zwaną sztukę masową na wsi i w małych miasteczkach. Kilka ekip – dwóch, trzech muzyków, piosenkarka, estradowy humorysta, iluzjonista i konferansjer – ruszało w objazd. Ten magiczno-słowno-wokalny groch z kapustą miał z reguły poziom bardzo mierny i przyuczał do złego gustu. Przemycał jednak „treści ideologiczne”, mało kosztował, a niekiedy przynosił, o dziwo, nawet dochód. W takim układzie teatr z artystycznymi ambicjami był wrzodem na zdrowym ciele socjalistycznego przedsiębiorstwa, a dla księgowych naturalnym wrogiem, bo przecież trzeba było do niego dopłacać.

– Niech pan to spokojnie przeczyta – powiedział Artur Marya, wręczając mi egzemplarz. – Jestem pewien, że się panu spodoba. Zaraz po wojnie miał to wystawić w Krakowie Teatr Słowackiego, ale nie mieli aktora na Achillesa. Muzyka Różyckiego jest gotowa. Jak udało się panu przechytrzyć cenzurę i wystawić „Łaźnię”, może uda się i z tym.

Tak zaczęła się wielka przygoda z „Achillesem i pannami”, która jeszcze na parę lat miała przedłużyć żywot Teatrowi Satyry i wywołać w Poznaniu obyczajową sensację, co nie zdarzało się w tym mieście od dawna. Od razu wyczułem, że jeśli odważymy się to zagrać, albo zamkną budę z hukiem i trzaskiem, albo wreszcie wybrniemy z finansowych kłopotów. Bo, że ludzie będą walić do teatru drzwiami i oknami, byłem pewien. Rozsądek kazał jednak wziąć pod uwagę kilka podstawowych spraw. Nasz teatr, dzielący scenę z teatrem dla dzieci, przylegał do kościoła świętego Marcina. Nieraz w czasie spektaklu tekst wygłaszany przez aktorów zagłuszały śpiewy nieszporów. Z proboszczem i kościelnym żyliśmy wprawdzie w przyjaźni, ale jak się rozwinie ta przyjaźń, gdy po scenie zaczną hasać skąpo ubrane dziewczyny z antycznej Grecji? I gdy Achilles będzie udowadniał, że to nie bocian przynosi dzieci? To wszystko było jednak małym piwem wobec podstawowego pytania: czy tekst puści cenzura? Bo autor nafaszerował utwór nader przejrzystymi aluzjami do współczesności. I zaraz pojawiło się pytanie następne: jak to wystawić za względnie małe pieniądze? Bo nie trzeba przypominać, że w latach 50. nikt nie słyszał o hojnych sponsorach. I nikt nie przewidywał, że nad Wisłą i Wartą będą w parę dziesiątków lat później istniały różne holdingi, gotowe dla reklamy wysupłać z kabzy trochę grosza. Uparłem się jednak i postanowiłem stanąć na głowie, żeby pokazać Poznaniowi tę antyczną dulszczyznę na dworze króla Likomedasa, różne wojenne kombinacje Greków i trochę pikantnej golizny. Trzeba było po kolei pokonywać przeszkody. Hasłem generalnym, które miało przekonać miejscowe władze, że sztuka w niczym nie zagraża przodującemu ustrojowi, była walka z kołtunerią i wstecznictwem.

Po wielu machiavelistycznych zagrywkach udało się wreszcie wydobyć z cenzury imprimatur na egzemplarzu. Nie było to równoznaczne z ostateczną zgodą, bo przed premierą przychodziła zawsze komisja, która mogła jeszcze sporo namieszać. Zdarzało się to raczej rzadko, ale i z tym należało się liczyć.

Warunki pracy wymagały od wszystkich końskich sił. Nie mieliśmy przecież własnej sali. Rano i popołudniu zajmował ją „Marcinek”, my graliśmy wieczorami. Próby można było rozpoczynać dopiero po zdemontowaniu dekoracji, czyli najwcześniej o dziesiątej wieczorem.

Z początku szło jak najlepiej. Zespół był pełen zapału, podniecała wszystkich pewność, że przygotowujemy obyczajową sensację, że rozpoczynamy w Poznaniu walkę z nudą, pruderią i repertuarową monotonią. Takie przeświadczenie mieli nie tylko aktorzy, ale także pracownicy techniczni, skłonni zwykle do malkontenctwa, zwłaszcza, że pracowali w warunkach naprawdę trudnych.

Artur Marya przyjeżdżał często, aby zobaczyć, jak jego tekst nabiera życia. Wszystko co działo się na scenie, a także za kulisami, ogromnie go radowało, zwłaszcza, że niektórzy aktorzy także preferowali płeć męską. On swoich skłonności nigdy nie ukrywał; mówił o nich głośno i przy różnych okazjach. Patrzyliśmy na te flirty i wzajemne dusery, nieźle się bawiąc i po cichu dowcipkując.

Coraz częściej pod byle pretekstem zaglądał do nas z sąsiedztwa zaprzyjaźniony kościelny. Lubił teatr i zawsze, gdy zdarzała się awaria światła, przynosił od siebie świece. Teraz patrzył jak baraszkują młodzi Grecy, żegnał się raz po raz nabożnie, udawał oburzenie. Ale po jakimś czasie nie można go już było wyprosić z widowni; tkwił w kącie, przyklejony do krzesła i często wychodził dopiero, gdy obowiązek wzywał, by dzwonić na pierwszą poranną mszę. Nie chcieliśmy takiego sojusznika zrażać. Z miasta zaczynały już dochodzić ostrzegawcze pomruki, ktoś rozpuścił wici, że w naszym teatrzyku szykują się jakieś bezeceństwa, a dewotki szykowały ponoć krucjatę. Aktorzy tracili energię i zapał – zarwane noce dawały o sobie znać. Wkradała się też zwolna niewiara w powodzenie całego przedsięwzięcia. Na domiar złego szycie kostiumów i oprawa plastyczna przekraczały całoroczny budżet; groziła kontrola NIK-u i związane z tym prawne konsekwencje.

Teatr jest wrażliwym zespołowym organizmem, więc wszyscy wokół zdawali się ulegać fatalnej atmosferze. Coraz gorzej działo się też na próbach. A termin premiery zbliżał się szybko. Koniecznie chcieliśmy zdążyć na Sylwestra, który kończył rok 1955. A tu atmosfera, zamiast wywoływać gejzery śmiechu, była wręcz grobowa. Aktorzy zatracili swobodę, celne riposty brzmiały drętwo, zniknęły gdzieś aluzje i odniesienia do współczesnej dulszczyzny, co miało być przecież głównym atutem przedstawienia. Próba generalna nastroiła wszystkich minorowo. Groziła monumentalna klapa. Jeden tylko Artur Marya był jak skowronek i zapewniał, że czeka nas sukces.

Teatr opuszczaliśmy nad ranem z nosami na kwintę. Pozostawało jedno: wyspać się i liczyć na łut szczęścia.

I stał się cud. Zabrzmiał pierwszy gong, kurtyna poszła w górę i już po chwili dało się wyczuć, że kontakt z widownią jest nawiązany. Wszystko szło jak z płatka: akcja rozwijał się płynnie i szybko, scena emanowała luzem i pikanterią, każdy niemal dowcip odbierano brawami i gromkim śmiechem. Sukces był ewidentny. Wkrótce bilety stały się rarytasem, za który można było kupić spod lady najbardziej poszukiwany towar. I tak było co wieczór przez ponad dwieście przedstawień. Nie tylko w Poznaniu, ale także na Śląsku i Wybrzeżu, gdzie teatr występował gościnnie. Nie na wiele się zdały urządzane kilkakrotnie protesty upartych węszycieli i węszycielek obyczajowych skandali. To tylko wzmagało reklamę. Bo po prawdzie nie było o co robić krzyku; dziś dawka golizny i rzekoma śmiałość niektórych scen, które demonstrowali aktorzy w tym spektaklu, mogłaby jedynie wywołać wzruszenie ramion.

Artur Marya po tym sukcesie uwierzył ostatecznie, że jego właściwym powołaniem jest pisanie dla sceny. I kiedy po roku, przy wciąż pełnej widowni zdjęliśmy z afisza „Achillesa i panny”, zaproponował następną sztukę „Powrót Alcesty”. Ta rzecz przeleżała się w jego szufladzie ładnych parę lat; wciąż do niej wracał, wzbogacał tekst o nowe przemyślenia i znów ją chował; do próby sceny nie dochodziło. Tym razem dramaturgiczna materia miała inny, wyższy niż w „Achillesie…” wymiar. Tam była beztroska i skrząca się humorem zabawa, tu autor wchodził w głębszą sferę rozważań, która oscylowała wokół spraw ostatecznych – życia i śmierci. W dowcipie kryło się niemal zawsze drugie dno, zmuszające widza do myślowego wysiłku. Trudno było w ogóle określić „Powrót Alcesty” jako komedię w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, bo dramat ludzkich postaw przedstawiał autor jak najbardziej serio. Zmartwychwstała Alcesta, wybierając władzę i życie w Tesalii, nie ma już wobec świata żadnych złudzeń; pozbywa się wiary i wszelkiej nadziei. A wszechwiedzący Tanatos powiada do Heraklesa: „Ale Ty nie znasz ludzi. Dlatego właśnie obrałeś sobie zajęcie zbawiciela. Nie wiesz, że człowiek wcale nie chce być zbawiony”.

Te mroczne rozważania rozjaśnia nieco Admet, którego życiowe credo nabiera w początku naszego wieku dziwnej aktualności: „Przyznaję, owszem: popełniłem świństwo, ale jeszcze nie zdążyłem dorobić sobie do tego ideologii”.

Co tu owijać w bawełnę, sztuka padła, choć recenzje miała na ogół dobre i wśród lepiej przygotowanych widzów zdobyła sobie duże uznanie. Tych jednak było mało, ledwo garstka. Mierzyliśmy chyba zbyt wysoko, zbyt szybko chcieliśmy nadać satyrze wymiary niemal eschatologiczne.

Tymczasem w stolicy zapowiadała się teatralna sensacja. Po wielkim powodzeniu „Achillesa…” w Poznaniu do wystawienia komedii przygotowywał się Teatr Polski. Rolę tytułową miał grać Ignacy Gogolewski, resztę obsady stanowił też pierwszy gwiazdorski garnitur. Swinarski był w siódmym niebie. Wierzył, że wreszcie otwierają się przed nim najbardziej reprezentacyjne sceny w kraju, a niedługo pewno i zagraniczne. Gdzie mógł, podkreślał też, że wszystko dzieje się dzięki nam, że to w Poznaniu potrafiliśmy go dopiero docenić. Było to miłe i nader rzadkie w literackim środowisku, gdzie każdy uważa, że sukces zawdzięcza tylko własnemu geniuszowi.

Teatr to instytucja nieprzewidywalna. W tym tkwi także jego urok i tajemna magia. Trudno było jednak przypuszczać, aby sprawdzony już na scenie tekst, przy dobrej obsadzie, w tak dobrym teatrze poniósł aż tak nieoczekiwaną klęskę. Na widowni Teatru Polskiego po premierowym przedstawieniu zapanował chłód; skąpe grzecznościowe oklaski, a po kilkunastu spektaklach już tylko garstka widzów. Niestrudzony w pomysłach Artur Marya uciekł się do rozpaczliwego fortelu: postarał się o zorganizowanie dodatkowej premiery i tak porozdawał bilety, aby wybuchł skandal, co zawsze jest dobrą receptą na rozgłos każdej imprezy. W pierwszych rzędach usadowił kelnerki ze SPATIF-u, sprzątaczki i znajomych szoferów, a daleko w tyle samych ważnych notabli. Nina Andrycz, ówczesna żona Cyrankiewicza, zajmowała miejsce w dziesiątym rzędzie, minister Sokorski jeszcze dalsze. Starannie też dobrał w pary ludzi, o których wiadomo, że są śmiertelnymi wrogami, a tu wypadało im siedzieć koło siebie. Wszystko to nic nie dało i tylko dodatkowo pognębiło autora.

Co było przyczyną aż tak dotkliwej porażki? Chyba zbytnia celebra i powaga w potraktowaniu tekstu, który był jak z pianki – należało go zagrać i zainscenizować lekko, z przymrużeniem oka. To nie był przecież Ibsen, ani żaden z szekspirowskich dramatów. Ale i to do końca nie tłumaczyło tej ewidentnej klapy. Może więc po prostu nasz skromny teatrzyk utrafił we właściwy czas?

Minęło kilka lat. Dawno już rozwiał się złudny zefirek Października, a po poznańskim Teatrze Satyry zostało też tylko wspomnienie. Spotkałem Artura Maryę w okolicach warszawskiego Starego Rynku. Był smutny i dziwnie zaniedbany. Nie próbował nawet dowcipkować, co było objawem szczególnej frustracji. W tak złym nastroju jeszcze go nie wiedziałem. Poszliśmy na wódkę. Jednak nawet po kilku głębszych nie odzyskał werwy i sarkastycznego humoru. Był za to jak nigdy skory do zwierzeń. Czuł się pokrzywdzony i opuszczony przez los. Żaden teatr nie chciał go grać – „Żyję z tekstów, które piszę dla cyrku” – powiedział łamiącym się głosem. „Nie mam tu już czego szukać. Niszczą mnie.” – Sięgnął do teczki – „Niech pan czyta, właśnie to przed chwilą wysłałem. Jak mi ten przeklęty łysoń nie załatwi wyjazdu, to chyba strzelę sobie w łeb”.

Przebiegłem szybko po tekście, którego kopia dotarła do mnie teraz ponownie dzięki uprzejmości rodziny profesora Konstantego Grzybowskiego; on i jego żona, pisarka Krystyna Grzybowska, byli ze Swinarskim serdecznie zaprzyjaźnieni.

„Warszawa 15 czerwca 1960 r.

Pan Premier Józef Cyrankiewicz

Proszę, by pan Premier spowodował wydanie mi paszportu zagranicznego na wszystkie kraje. Pragnę bowiem przenieść się na przeciąg jednego roku za granicę, ponieważ w kraju nie mogę utrzymać się z pracy literackiej. Od siedemnastu miesięcy, to znaczy odkąd moja „Złota Wieża” została przez Ministerstwo Kultury i Sztuki zdjęta z afisza, teatry wolą nie ryzykować i żadnych moich utworów nie wystawiają; mam również trudności z ich drukowaniem. Doszła jeszcze choroba i kosztowna kuracja. Byłem zmuszony sprzedać swoje co cenniejsze meble, obrazy i książki, ale wysprzedawanie ma swój koniec. Rok bieżący jest dla mnie rokiem jubileuszowym, bo jest on sześćdziesiątym mojego życia i czterdziestym mojej pracy. W związku z tym duża ilość scen zagranicznych zapowiada wystawienie moich dramatów (tłumaczono mnie do tej pory na czternaście języków), będę się wiec mógł bez trudu utrzymać za granicą. Wyjazd mój nie ma być ani demonstracją, ani emigracją, ale po prostu ucieczką przed głodem. Długo już nie pożyję, a chciałbym jeszcze trochę napisać. Pan Premier zrozumie, że praca w kraju jest dla mnie w takich warunkach niemożliwa. Dlatego proszę ułatwić mi wyjazd...”

Premier potraktował prośbę przychylnie. Zapewne chciano pozbyć się niewygodnego autora, który w swojej desperacji gotów był do niejednego skandalu.

Z końcem 1960 roku Artur Marya wyjechał do Wiednia. Miał przed sobą jeszcze niespełna pięć lat życia. Znaczących sukcesów na emigracji nie odniósł; coś mu raz po raz wystawiali, coś wydrukowali, ale świata swoimi dramatami nie zawojował. Może jednak nadejdzie ponownie jego czas. Wspaniałe pamflety, parodie, paradoksy czekają na wydawcę.

Jerzy Korczak
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas