poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JUSTYNA GŁADYŚ
Rosyjskie Szwajcarie
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)


W połowie kwietnia, w słoneczną odwilż pociąg elektryczny petersburskiej kolei podmiejskiej powoli zbliżał się do Pawłowska; wreszcie – wjechał na peron pawłowskiego dworca. Długi budynek, proporcjonalnie zakończony po obu stronach klasyczną kolumnadą, którego dach nad łukiem środkowego wejścia zdobiła okrągła wieżyczka zwieńczona szpicem, zapewne nie zmienił się – poza elewacją – od lat 40. XIX wieku. Wyszłam na utrzymaną w idealnej czystości ulicę i zawahałam się: co dalej? Naprzeciwko dworca ciągnęło się wspaniałe wysokie ogrodzenie z żelaznych prętów, za nim czerniał park, a przed nim rozchodziły się w przeciwne strony dwie drogi. Gdzie tu szukać Dostojewskiego, skromnej daczy Lebiediewa, wystawnej willi Jepanczynów, foksalu, na którym Nastazja Filipowna szpicrutą spoliczkowała porucznika Mołowcowa, zielonej ławeczki, na której książę Myszkin odbył najważniejsze rozmowy swego życia: z Agłają, Nastazją Filipowną, Rogożynem? Ścieżek, po których nocami błądził główny bohater „Idioty”? Jak w tym miejscu znaleźć rosyjską Szwajcarię?

Kiedy książę Lew Nikołajewicz Myszkin, po długim i żmudnym kursie terapii w lecznicy doktora Schneidera zmuszony finansowymi okolicznościami wraca do Rosji, nie ma tam nikogo. Tęskni za ukrytą w górach szwajcarską wioską, w której odzyskał „rozum”, duszę, w której odnalazł dziecięcy ziemski raj i własne miejsce wśród „świątecznego chóru stworzenia”. Po przyjeździe szwajcarską wioskę musi mu zastąpić Petersburg. Północna stolica (jak po dziś dzień nazywają to miasto Rosjanie) wita Myszkina przejmującym, wilgotnym listopadowym chłodem, a potem czerwcowym dusznym skwarem, niemożliwym do zniesienia wśród brudnych kamienic. Książę gubi się nie tylko w labiryncie petersburskich ulic, ale i w ludzkich intrygach, bez których tutaj nikt nie może żyć. Wplątuje się w nierozwiązywalny węzeł namiętności, nienawiści i świństw, który w końcu doprowadza go do pierwszego od długiego czasu ataku epilepsji. Już się wydaje, że wszystkie wysiłki zacnego Schneidera poszły na marne, gdy wtem Lebiediew proponuje księciu wyjazd do Pawłowska. Ma on być dla Myszkina jedynym ratunkiem i ucieczką. Ma mu pomóc odzyskać utraconą Szwajcarię.

W czasach Dostojewskiego Pawłowsk teoretycznie był prowincjonalnym miasteczkiem położonym 26 kilometrów od Petersburga. Pod koniec lat 30. XIX wieku Wielki Książę Michaił połączył je nicią żelaznej drogi. W rzeczywistości zaś był krainą dacz, letniskowym rajem dla umęczonych petersburżan. Odznaczał się świeżym powietrzem, malowniczym parkiem rozrzuconym na brzegach rzeki Słowianki, a także kulturalną atrakcją – foksalem (1) ufundowanym również przez Michaiła Pawłowicza, na którym można było posłuchać najlepszych muzyków (swego czasu dyrygował nimi Johann Strauss – syn). Mniej więcej w okresie, kiedy rozgrywa się akcja Idioty, osiedle to liczyło okołu trzystu dwudziestu domów. Jego właścicielem i dobroczyńcą był wówczas wielki książę Konstanty Nikołajewicz, syn Mikołaja I, wyrokiem którego dwadzieścia z górą lat wstecz, w mroźny grudniowy dzień Dostojewski stanął przed lufami karabinów na placu egzekucji, a w chwilę później usłyszał słowa łaski, oznaczające 4 lata katorgi. Kiedy Wielki Książę Konstanty przejmował majątek po stryju, Wielkim Księciu Michaile, ułaskawiony Fiodor Michajłowicz jechał właśnie na miejsce swego przeznaczenia. Ale w latach 60., gdy pisarz odpoczywał w Pawłowsku na daczy swego starszego brata, wątpliwe, czy pamiętał o tych subtelnych koincydencjach. Ostrym wzrokiem obserwował mieszkające tam towarzystwo i wyciągał wnioski. Pawłowsk był letniskiem szczególnym, snobistycznym, gdzie nie tylko wypadało, ale wręcz należało wyjechać latem z Petersburga. Jeśli kogoś nie było stać na własną willę czy choćby domek, to go wynajmował. Jeśli zaś i na wynajęcie nie było stać jakiegoś biedaka, zamieszkiwał u miejscowego chłopa, dzieląc z nim wszystkie przyjemności i trudy wiejskiego życia. To był dren Petersburga, podmiejska oczyszczalnia ścieków. Generałowa Jepanczyn, nie mogąc się wywikłać z trudnych przejść związanych z księciem-idiotą i zamążpójściem córek, odkłada wyjazd za granicę i czym prędzej ucieka do Pawłowska, do swej wystylizowanej na maleńką Szwajcarię daczy. Tutaj zaprasza Lew Myszkin umierającego na gruźlicę i wściekłą niezgodę na świat Hipolita. „Wśród drzew będzie panu lżej umierać” – mówi książę. „Przyjechałem tu, żeby umrzeć” – oświadcza Hipolit, który przyjął zaproszenie Myszkina. Wszyscy jadą do Pawłowska – do drzew.

Przeprosiłam jakiegoś przechodnia i spytałam, jak dojść do parku. Jeśli chcę piechotą, to wejściem, które widać na wprost. Albo busem, wtedy pod sam pałac. Pałac? Szukając śladów Dostojewskiego, nie myślałam o żadnym pałacu. Obszerny park za żelaznym ogrodzeniem pachniał wilgocią; na ziemi jeszcze grubą warstwą leżał śnieg. Tabliczki w języku rosyjskim i angielskim informowały, gdzie znajdują się największe atrakcje tego miejsca – altanki, ogródki, pomniki. Najwięcej jednak drogowskazów, wypisanych najgrubszymi i najbardziej solidnymi literami, prowadziło właśnie do pałacu. Że też nie pomyślałam o celu turystycznych pielgrzymek – imponującym zamku, który Katarzyna II zbudowała dla swego jedynego legalnego, nielubianego syna Pawła. Wiedząc, jak bardzo nieudolny to władca, chciała go jak najdalej odsunąć od spraw państwowych, zająć urządzaniem luksusowego gniazda rodzinnego. Paweł nie przepadał jednak za tym miejscem. Różnił się tu od żony, Marii Fiodorowny, która po potajemnym zabójstwie Pawła zaszyła się tam na dobre i spędziła kilkadziesiąt ostanich lat życia, pielęgnując pałac, posiadłość i pamięć po mężu. Stroniła od polityki. Zamieniła Pawłowsk w krainę sielanki wzorowaną na szwajcarskim mistrzu Rousseau. Jeszcze za życia Pawła sprowadziła owce, które malowniczo pasły się na brzegu Słowianki. Kilka razy w tygodniu można ją było zobaczyć, jak na czele orszaku dam dworu przebranych za pasterki podąża do „Mleczarni”, aby własnoręcznie wydoić umyte uprzednio krowy holenderskiej rasy (podarunek teściowej). Ponieważ zaś Maria Fiodorowna była kobietą nie tylko bardzo dobrą i światłą, ale też utalentowaną, zamieniła Pawłowsk w oazę piękna, sztuki i – dobroczynności (2). Potem Pawłowsk również był miejscem odpoczynku dla kolejnych właścicieli, członków carskiej rodziny, Michaiła Pawłowicza, Konstantego Nikołajewicza.

Dzisiaj w komnatach pawłowskiego pałacu mieści się muzeum. Na parterze i pierwszym piętrze pamiątki po carskim życiu – niestety, bez śladów tego życia, na ostatnim zaś wystawa wnętrz domów rosyjskiego ziemiaństwa na przestrzeni XIX stulecia. Jadalnie, sypialnie, gabinety. Hołd oddany zabitej przeszłości. Widać, jakich wysiłków dokonywali mieszkańcy tego miejsca, aby otoczyć się całym przepychem i kunsztem Europy. Antyczne posągi, cudem odnalezione, zakupione od kolekcjonerów, obrazy włoskich i holenderskich mistrzów. Buduar Marii Fiodorowny z drogimi podarunkami obcych monarchów, wspaniała, błękitna jadalnia przemieniona przez próżnego Pawła na salę tronową, w której przyjmował audiencje, gdy został carem…

Pałac jest zbudowany tak, by dominował nad resztą pawłowskiego krajobrazu. Na środku dziedzińca objętego podkową zamkowych murów stoi Paweł I, wsparty na szabli, z podniesioną dziarsko głową. Ma pozę zdobywcy, którym za życia nigdy nie udało mu się zostać. A jednak Dostojewski w Idiocie nie wspomniał nawet o pałacu, Pawle, Konstantym Nikołajewiczu. Jest cerkiew, jest foksal, zielona ławeczka, drzewa i dacze letników. I ani słowa o pałacu – daczy carskiej rodziny. A zatem to nie obecność carów przyciągała petersburżan do miasteczka. Zarówno dla Ich Wysokości, jak i dla każdego najpośledniejszego urzędniczyny o najniższej pozycji w tabeli rang Pawłowsk spełniał tę samą funkcję: lokalnej Szwajcarii na skalę podmiejską.

Żeby to lepiej zrozumieć, trzeba sobie uświadomić, czym jest dacza dla Rosjan i rosyjskiej kultury. „Daczą nazywają podmiejski dom służący do letniego odpoczynku” – lakonicznie informuje słownik języka rosyjskiego. Jak każda definicja to skąpe określenie ujmuje wąski jedynie zakres znaczeń, konotacji i podtekstów. Tak naprawdę można by napisać osobną, grubą rozprawę na temat: dacza i jej rola dla rosyjskiej kultury, literatury oraz ich twórców. Zacząć by trzeba taką rozprawę od „Miesiąca na wsi” Turgieniewa, dramatów Czechowa, potem przejść do „Letników” Gorkiego i nieszczęsnych „Zmęczonych słońcem” – oskarowego popisu Nikity Michałkowa (3). Potem przypomnieć, jak dacza ratowała rosyjskich artystów. Po pierwsze – duchowo i intelektualnie. Od dawna bowiem istniały i do dziś istnieją specjalne ośrodki dacz przeznaczone dla ludzi pióra, pędzla i pięciolinii, gdzie mogą oni swobodnie tworzyć, odpoczywać i przyjmować przyjaciół. Zawsze uciekali tam, by uchronić się przed mackami polityki, by doświadczyć – niechby nawet ograniczonej do rozmiaru dłoni zaciśniętej na grabiach czy motyce – swobody. Ale dacze mają też swoją bardziej, by tak rzec, przyziemną stronę. Gdyby nie Pieriediełkino – podmoskiewski Parnas, urocze ciche osiedle rozrzucone pośród wysokich drzew, o którym marzyli prominentni członkowie Bułhakowskiego „Massolitu”, czekając w dusznym pomieszczeniu na nieszczęsnego Berlioza, inny geniusz rosyjskiej literatury Borys Pasternak być może umarłby nie tylko ze zgryzoty, ale i z głodu! Nie lubiany przez władze, napiętnowany niezmywalną winą posiadania rodziny za granicą, szykanowany i szczuty za Nobla, którym nagrodzono „Doktora Żywago”, był Pasternak dodatkowo pozbawiony środków do życia. Przez całe lata karmiła go właśnie pieriediełkińska dacza (naturalnie nie własna, a „wypożyczona” przez państwo), na której własnoręcznie kopał ziemię, podkładał nawóz, uprawiał kartofle, kapustę i sadził drzewka owocowe.

Za czasów ZSRR dacza wpisała się również w codzienność zwykłych zjadaczy chleba, nabierając dwu znaczeń. Po pierwsze stała się namiastką przynoszącej plony ziemi uprawnej, której pozbawieni zostali przekształceni nagle w proletariat chłopi, po drugie – namiastką własności. Nie można było mieć swojej ziemi, ponieważ ziemia należała do Kolektywnych Gospodarstw, ale można było wydzierżawić daczę, a przy niej – kawałek działki. W trudnych czasach niedosytu i niedostatku bywała więc dacza matką-żywicielką, duchową oazą, ukojeniem (niekiedy – upojeniem) dla ciała. Kto żyw wyjeżdżał na nią latem, aby zebrać i przywieźć pomidory, ogórki, kabaczki, jabłka, gruszki i śliwki, a przede wszystkim – ziemniaki. I dziś dacza żywi, ale ta jej funkcja sprowadza się raczej do zwykłego hobby. Jeździ się tam raczej po to, by odpoczywać, oczyszczać się w gorącej parze bani i piec szaszłyki. Dacza to oczko w głowie i marzenie każdego przeciętnego Rosjaniana. Moja znajoma ma daczę oddaloną od Moskwy o jakieś 160 km, czyli sześć godzin męczącej podróży różnymi środkami transportu. Pod jej nieobecność domek nachodzono, rabowano i niekiedy brutalnie demolowano – mniej więcej raz na kwartał. Ale na moje pytanie, czy to warte jest takiego zachodu, odpowiada: „Tylko tam jestem naprawdę u siebie, bo tylko tam czuję pod stopami konkretność ziemi. Spokój, zieleń i drzewa.”

Tego samego: spokoju, zieleni i drzew szukali bohaterowie „Idioty”. Co to ma jednak wspólnego ze Szwajcarią, upragnionym miejscem Myszkina, panien Jepanczyn? Na dodatek określenie „rosyjska Szwajcaria” bynajmniej nie zniknęło i do dziś szuka sobie miejsca w rosyjskiej rzeczywistości. Raz oznacza ono podmoskiewskie elitarne osiedle prominenckich dacz o swojskiej nazwie Barwicha, by wywoływać skojarzenia z bogatymi willami, wysokim poziomem życia oraz pięknem przyrody i nieskazitelnie czystym otoczeniem. Innym razem mianem tym określano zakątki Ałtajskiego i Krasnodarskiego Kraju oraz Czuwaszii na Syberii. Reklamował się w ten sposób Zadońsk, Samara, a także Czerwona Polana – kaukaski grzbiet górski niedaleko kurortu Soczi. Upoważniać miały do tego góry, krajobraz, czyste powietrze i luksusowa obsługa turystów. Przyszłość rosyjskiej Szwajcarii wróżono też miastu Penza, ponieważ powstało tam wiele poważnych i solidnych banków.

Słowo „Szwajcaria” kojarzy się z pięknem, dobrobytem, porządkiem i spokojem, z sielanką niemożliwą do osiągnięcia w drapieżnych stolicach. łączy w sobie wygody bezwzględnej często cywilizacji ze swojską swobodą wsi. Szwajcaria jest też oazą demokracji doprowadzonej do ideału złotego środka. Dlatego w rosyjskiej Szwajcarii nie ma miejsca dla polityki i cień imperatorskiego pałacu nie mógł Myszkinowi zasłaniać pawłowskich drzew.. Rosyjska Szwajcaria – co oczywiste – musi znajdować się w Rosji. Nieważne – na Syberii, nad Morzem Czarnym, pod Moskwą czy Petersburgiem. Ważne, żeby była czysta, kipiąca przyrodą i żeby nie szpecił jej Pałac. Bo Szwajcaria nie jest realnym krajem, ale znakiem, mitologizującą marką, która nobilituje każdą przestrzeń obdarzoną jej mianem. W prawdziwej Szwajcarii Rosjanin musiałby się czuć źle, obco, niewygodnie, chyba że – jak książę Myszkin – na chwilę przestałby być Rosjaninem. Kiedy bowiem Rosjanin pokocha inną ziemię tak, jak swoją, przestaje być Rosjaninem. Prawdziwa Szwajcaria uszczęśliwiła księcia Myszkina, spowodowała, że uniósł się ponad ziemię w idealny i czysty świat. Tyle że dla rosyjskich ludzi (4) to szczęście było banalne, śmieszne, rodem z podręcznika dla dobrze urodzonych panienek – jak wyraziła się Agłaja. Rosyjska Szwajcaria unieszczęśliwiła Myszkina, dała mu poznać ciężar i brud ziemi, tak naprawdę pobyt w niej kosztował go życie. Ale właśnie dzięki niej poznał prawdziwą miłość i – prawdę o sobie.

Dzisiaj po świecie krąży mnóstwo Rosjan-turystów, odwiedzających najsłynniejsze uzdrowiska, kurorty, plaże, egzotyczne miejsca. Ale tak naprawdę Rosjanin wypoczywa tylko na daczy i kto wie, czy gdyby nie ciśnienie mody zglobalizowanego świata, podmiejska dacza nie zastąpiłaby mu całej zagranicy. Bo jak mówi generałowa Jepanczyn podczas wizyty u Myszkina w szwajcarskiej lecznicy, „cała ta zagranica, cała ta (...) Europa – jedno urojenie i my wszyscy za granicą jedno urojenie”. Jeśli choć raz zdradziło się rodzimą, swoją, na pewno niedoskonałą i tak naprawdę wcale nienadzwyczajną Szwajcarię dla tej prawdziwej, trzeba zapłacić wysoką cenę. Wtedy Rosja, i Szwajcaria pozostaną na zawsze niedostępne i zamknięte, jak dla biednego księcia Myszkina.

Justyna Gładyś

PRZYPISY:

(1) Wielki Książę Michaił Pawłowicz dokonał otwarcia foksalu w 1838 r. Wzorem dla tego letniego ogrodu był londyński „Vauxhall”. Podobnie jak jego angielski odpowiednik petersburski foksal miał służyć mieszkańcom rosyjskiej stolicy jako ośrodek kulturalnych rozrywek i wypoczynku. Właściciele Pawłowska istotnie dbali o to miejsce, opatrując go nie tylko specjalną sceną, ale też salą koncertową i kawiarnią. Dla oświetlenia sali koncertowej na tyłach foksalu zbudowano specjalny zakład obsługujący lampy gazowe. W swych najlepszych latach sala mogła pomieścić 4 000 osób. W języku rosyjskim nazwa tego letniego ogrodu brzmiała „voksał”. Ponieważ zaś podobne rosyjskie słowo, „vokzał” oznacza dworzec, a i sam ogród znajdował się niedaleko stacji kolejowej, voksał zaczął być z czasem nazywany po prostu „vokzałem”, czyli dworcem. Zniszczono go ostatecznie w 1944 r. Dzisiaj na jego miejscu znajduje się plac sportowy.

(2) Maria Fiodorowna zbudowała w Pawłowsku bezpłatną szkołę dla wiejskich dzieci, szkołę uprawy ziemi, pierwszą w Rosji szkołę dla głuchoniemych. Utrzymywała też szpital dla inwalidów oraz przytułek dla ubogich położnic.

(3) Film, który międzynarodowej publiczności wyciska z oczu łzy wzruszenia, dla rosyjskiego widza jest natomiast symbolem fałszu, obłudy i sztuczności.

(4) Określenie „rosyjski człowiek”, typowe m.in. dla Dostojewskiego, ma specyficzne znaczenie, nie całkiem pokrywające się z pojemnością znaczeniową „Rosjanina”. Oznacza ono bowiem nie przynależność do państwa, ale pewnego etosu, a jednocześnie kultury, mentalności, religijności. Dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia, ponieważ odróżnia ludzi o tożsamości rosyjskiej od tych, którzy są po prostu obywatelami Federacji Rosyjskiej.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas