poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA KWIECIEŃ
Środkowoeuropejskie on the road
Andrzej Stasiuk, „Fado”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)


Ubiegłoroczny sukces „Jadąc do Babadag” sprawił, że „Fado”, nowa książka pióra Andrzeja Stasiuka, była jedną z bardziej oczekiwanych publikacji roku 2006. Czytelnicy, których zainteresowały przywoływane przez pisarza historia oraz dzień powszedni naszych dalszych sąsiadów, i których zachwycił sposób konstruowania opowieści, styl oraz język narracji, nie poczują się rozczarowani. Wbrew temu bowiem co mógłby sugerować tytuł, nie jest to literacka podróż po Portugalii, a autor, mimowolny ambasador krajów Europy Środkowej w Polsce, zabiera nas po raz kolejny na podobną w znacznej mierze do poprzedniej, wędrówkę po Serbii, Słowacji, Albanii czy Rumunii.

Późną nocą wsiadamy wraz z nim do samochodu i tak oto rozpoczyna się wyprawa: „Ciemność spada na równiny, zakrywa ich smutek i o dziesiątej wieczór jedzie się już przez czystą, czarną przestrzeń. Można wyobrażać sobie różne rzeczy, można odgadywać zarysy niewidzialnego pejzażu, pola, sady, miasta z białego kamienia, kościoły i place stygnące z całodziennego upału, można próbować dojść do ładu z perwersyjną obfitością materii, z pornograficznym bezwstydem historii, która wyleguje się na wznak za każdym zakrętem, za każdym wzniesieniem, ale koniec końców zdaje się to psu na budę, bo zostajemy sam na sam z przestrzenią, która jest najstarszą ze wszystkich rzeczy (…) Tak, najlepsza jest noc w obcym kraju na autostradzie, ponieważ obcość rozciąga się wtedy nad całą ziemią i porywa w swój nurt wszystkich bez różnicy”.

Jadąc, przemieszczając się, okrążamy jednak tylko tajemnicę, na spotkanie z którą wyruszyliśmy. By ją zgłębić, trzeba się zatrzymać, wtedy zaś zaskoczony gwałtowną zmianą umysł zaczyna nam płatać figle. Nie umie dać sobie rady z bogactwem oraz różnorodnością doznań i pozostawia nas z wrażeniem niepewnego statusu ontologicznego bytów, które znalazły się na naszej drodze, podejrzeniem nieciągłości czasu i poczuciem zagubienia w rzeczywistości. „Próbuję ustalić, co zdarzyło się naprawdę, a co było fikcją. Zza jednolitej materii świata przezierają zbłąkane zdarzenia. Czas pęka, rozłazi się” – wyznaje Stasiuk i sięga po rozmaite almanachy, teksty encyklopedyczne i popularnonaukowe, łudząc się myślą, że na trapiące go, najczęściej trudne do zwerbalizowania, wątpliwości i pytania, znalazł już dawno odpowiedź ktoś bardziej kompetentny, a jego gest naśladują inni zdezorientowani wędrowcy. Próbując uporządkować i poklasyfikować doznania, wspomagamy się nawet mitami, legendami czy dziełami literackimi – wszystko na próżno. Najlepszym lekarstwem na syndrom oszołomienia podróżą po tej części kontynentu okazuje się bowiem czas. Gdy pozwoli mu się działać, rozsypana układanka wrażeń i emocji powoli nabiera sensu. Stado półdzikich koni przemierzających swobodnie szosę, rozwalające się chałupy sąsiadujące z willą ozdobioną krużgankami i kolumienkami, przed którą dumnie rośnie ogromna plastikowa pomarańczowa palma, najnowszy model porsche wyprzedzający ciąg furmanek lewym, nie istniejącym w praktyce pasem jezdni, w której dziur jest więcej niż w przysłowiowym szwajcarskim serze, przestają być wprawiającymi w osłupienie zbiegami okoliczności, a stają się częścią, bądź też funkcją, konkretnego systemu społeczno-kulturowego.

Na postojach i w czasie jazdy wsłuchujemy się w słowa naszego przewodnika, akcentującego w swych monologach fakt, iż konfrontacja Wschodu i Zachodu, do jakiej dochodzi w procesie jednoczenia się i postępującej wielopłaszczyznowej unifikacji Europy, owocuje odchodzeniem w przeszłość tego ze światów, który może rozwija się wolniej oraz charakteryzuje się mniejszą ekspansywnością, ale który nie oderwał się jeszcze od korzeni własnej kultury, zachował póki co swą odrębność i wyrazistość. Stasiuk pisze: „Ilekroć próbuję sobie wyobrazić przyszłość mojej części kontynentu, przychodzą mi do głowy obrazy łagodnej, bezbolesnej zagłady: ma zniknąć to wszystko, z czego składały się te strony. Ma zniknąć bałagan, nieporządek, nieodpowiedzialność, niefrasobliwość, ma wyzionąć ducha perwersyjna miłość do przeklętej historii, ma zakończyć żywot skłonność do konfabulacji, pociąg do zmyślenia też ma umrzeć, a umiłowanie fikcji zastąpi wiara w raz na zawsze daną rzeczywistość. Jednym słowem, ma zginąć świat, który cierpliwie budowaliśmy, świat, którego istnienie było nasza największą zasługą i zwycięstwem, ponieważ był to świat wyjątkowy, niepowtarzalny i pozbawiony prototypów”.

Stasiuk nie nakłania nas, mając świadomość nieuchronności procesów geopolitycznych, do sprzeciwu czy buntu wobec takiego stanu rzeczy. Stara się zamiast tego udowodnić, jak dużą rolę odgrywa prosty odruch przechowywania w pamięci i w ten sposób ocalania od zapomnienia ginących bezpowrotnie elementów naszego dorobku cywilizacyjnego. Pamięć jest tutaj nie tylko rodzajem archiwum przechowującego wiedzę o reliktach rodzimej kultury, ale też osobistym generatorem, pomagającym wytwarzać energię i siły do zmagań z codziennością. Na własnym przykładzie nasz „cicerone” pokazuje, jak wspomnienia młodzieńczych przeżyć i lektur wraz ze świeżo zanotowanymi wrażeniami z którejś z ostatnich podróży splatają się ze sobą w dziwny węzeł – swoisty talizman potwierdzający tożsamość i zarazem chroniący przed zwątpieniem, zniechęceniem i utratą wiary. „Jestem zadomowiony we własnym losie, ponieważ widzę w nim ciągłość. Ani historia, ani geografia nie są w stanie zapewnić nam poczucia, że skądś przychodzimy. Pierwsza jest zbyt kapryśna, zbyt nieobliczalna, druga zbyt obojętna. Poza tym jedna i druga służą władzy, która za ich pomocą próbuje nam wmawiać, że jesteśmy jej coś winni. Pamięć jest niepodległa. Rządzą nią jej wewnętrzne prawa sklerozy albo chwilowych olśnień. (…) Wyrzec się pamięci o sobie samym to mentalne samobójstwo”.

Wspólne wojażowanie prowokuje do zwierzeń. Kierownik naszej ekspedycji powoli, ale systematycznie zaznajamia nas ze swoimi namiętnościami i nawykami, wprowadza do swojego domu, przedstawia swoich dziadków czy córkę. Historia, jaką opowiada, to w gruncie rzeczy nie tyle gawęda o „Mitteleuropie”, czy też „jego” Europie, ale o nim samym, jego próba odnalezienia się w świecie i zrozumienia otaczającej rzeczywistości. Fakt, iż w potocznym i naiwnym rozumieniu Stasiuk być może kłamie, fantazjuje, a część jego zwierzeń łączy w sobie pod wieloma względami elementy prawdy i zmyślenia może niektórych bulwersować, warto wtedy jednak uświadomić sobie, kto tak naprawdę prowadzi nas po wyboistych środkowoeuropejskich drogach. Nie jest to przecież reportażysta czy dokumentalista, lecz pisarz, specjalista od fikcji literackiej, mistrz budowania prawdopodobnych, nie identycznych, lecz jedynie łudząco podobnych do rzeczywistych „światów równoległych”.

Z głośników wehikułu, którym podróżujemy, sączy się fado – liryczna pieśń pełna nostalgii i zadumy. Ten muzyczny motyw przewodni jest doskonałym tłem dla prowadzonych rozważań, sugeruje w znacznej mierze ich charakter i klimat, częściowo też tematykę. Przy wtórze muzyki rodem z Portugalii, która wprowadza nastrój melancholii i tęsknoty, rodzimy fadista snuje opowieść o dziwnym i powikłanym losie Polaków, Albańczyków, Rumunów, Słowaków, Serbów, Czarnogórców oraz Cyganów, zastanawia się też nad losem przyszłej, zjednoczonej Europy. „Najbliższa przyszłość Europy to właśnie spotkanie z fikcją, z fikcją, którą zaludnia dwieście milionów bytów jak najbardziej rzeczywistych. W tej sytuacji spory o przyszły kształt Europy prowadzone z pozycji Paryża, Berlina czy Londynu wyglądają nieco anachronicznie. Wkrótce kontynent zmieni się nie do poznania i już nigdy nic nie będzie takie jak kiedyś. Jestem jak najdalszy od przypisywania Mołdawianom, Polakom czy środkowoeuropejskim Cyganom jakiegoś szczególnego potencjału. Po prostu staram się myśleć o tej części świata jako o pewnej całości, która chociażby siłą własnej inercji odmieni oblicze kontynentu. Te dziwne, nieznane i egzotyczne plemiona znajdą się w europejskiej przestrzeni, lecz naiwnością byłoby sądzić, że porzucą swoje obyczaje, swoje przywary, swoje gwałtowne pragnienia, swoje urazy, fantastyczne urojenia, swoje niepowtarzalne temperamenty, jednym słowem, że wyrzekną się swoich indywidualnych cech na rzecz jakichś liberalnych i demokratycznych europejskich uniwersaliów. Ich sytuacja przypomina nieco sytuację barbarzyńskich zdobywców, przed którymi otwarto bramy, ponieważ było to jedyne rozsądne wyjście”.

Choć dobre wychowanie zabrania pasażerowi prób ingerencji w rodzaj muzyki, jaką wybrał i której słucha kierowca pojazdu, ja jednak wbrew dobremu tonowi i dobremu gustowi starałabym się zasugerować choćby krótkotrwałą wymianę płyty z fado na krążek zawierający manele. Ta powstała na bazie tradycyjnych melodii cygańskich, a pozostająca pod wpływem rytmów bałkańskich i tureckich, dość kiczowata rumuńska odmiana disco polo bardziej chyba oddaje atmosferę pielgrzymowania poprzez kontynent egzotycznych korowodów nowych obywateli starej Europy, które już dziś obserwujemy i w którym sami uczestniczymy.

Katarzyna Kwiecień

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas