poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Opowiedzieć swoją historię
Janina Katz, „Moje życie barbarzyńcy”, Jacek Santorski, Warszawa 2006.
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)


Janina Katz kończy książkę „Moje życie barbarzyńcy” takim oto zdaniem: „Życie jest opowiadaniem. Ale tylko największym szczęściarzom udaje się je przepisać na czysto.”

Autorka jest krakowianką, Żydówką, studentką polonistyki, marcową emigrantką,tłumaczką, poetką, prozaiczką, mieszkanką Kopenhagi, pisarką języka duńskiego. Oto filary jej historii i punkty węzłowe życia, wokół których opowieść zostaje zbudowana. Czytać ją można na wiele sposobów, inna okazuje się lektura tych, którzy od czasów autorki są już znacznie oddaleni, inna zaś lektura rówieśnicza.

Oczywiście, Janina Katz wpisuje się tą książką w wielką przestrzeń literatury o holokauście, przyjmuję rolę świadka zagłady, opowiada swoje osobiste losy, mając świadomość, iż są one fragmentem historycznego fresku o losach Żydów podczas wojny i konsekwencjach oraz dramatycznych następstwach owego losu po wojnie. Nie podejmuję się jednak mówić o jej książce w takim zobowiązującym kontekście, aby nie powtarzać ustaleń już znanych. W pewnym sensie losy polskich Żydów były do siebie podobne – zatem to, co jest w ich historiach indywidualne wydaje się obecnie ciekawsze, zarówno artystycznie jak myślowo.

Autorka urodziła się w roku 1939, parę miesięcy przed wybuchem wojny. Jej pamięć jest najpierw pamięcią dziecka, które jeszcze nie wie, iż stanie się przede wszystkim dzieckiem żydowskim – dzieli swoją pamięć z wieloma innymi wojennymi dziećmi, przechowującymi w mglistych wspomnieniach wojenne przejścia. Znajdą się pośród nich chaotyczne i bezsensowne ucieczki, nie tyle zapamiętane ile opowiedziane przez rodziców, przeżycia nalotów niemieckich podczas tych ucieczek bezładnego tłumu cywilów.

Słyszałam je od mojej matki, która z rodziną i małym dzieckiem uciekała, jak wszyscy, na wschód. Realia były takie same: pola, kartofliska, lecące lotem koszącym samoloty, niedowierzanie i strach.

Tytuł powieści Janiny Katz ma parę znaczeń, różnie wolno się nim posługiwać. Ja wybiorę tę możliwość, która mnie zainteresowała ze względu na wspólnotę i odmienność pamięci dzieci tej samej generacji, pamięci, która współtworzy teraz los zbiorowy, a właściwie losy zbiorowe. Co zrozumiałe, jest ona bardzo zróżnicowana. Niektóre osobiste historie tej powieści mogą być czytelne tylko dla autorki i paru jej znajomych. Niektóre podległy swoistej petryfikacji stając się budulcem stereotypu Żydowskiego Przeznaczenia.

Dla młodszego czytelnika będą to zapewne historie najważniejsze, bo może je porównać z innymi żydowskimi historiami. Obok nich toczyły się jednakowoż historie – jak je nazwać- gojowskie? Też naznaczone piętnem czasów, dla obu formacji mało życzliwych.

„Zaczęłam zadawać pytania, gdy skończyłam 20 lat” – powiada Janina Katz. Czasem dla tych pytań był dla większości z nas marzec 1968 – przygotowanie do nich trwało długo, Katzówna była dojrzalsza od swoich kolegów o doświadczenia podwójnego życia w dzieciństwie, ukrywania się, znajomość słów i nazw, które do niej dochodziły, choć nie zawsze, albo zgoła rzadko były przez dziecko rozumiane.

Kraków jej dzieciństwa i wczesnej młodości składał się z innych miejsc niż te znane innym dzieciom. Jej ulice były peryferyjne choć istniały dla wszystkich: Sarego, Topolowa, dzielnica Kazimierz, dziwne miejsce Płaszów, które mnie kojarzyło się wyłącznie z odległą stacją kolejową. Ale przedwojenne zdjęcia rodziców i rodziny mają za scenerię miejscowości dobrze znane inteligencji z tamtych lat: uzdrowisko w Truskawcu chociażby. Jedno z najbardziej przez mnie lubianych zdjęć mojej mamy zostało zrobione w Worohcie, podczas podróży poślubnej. Ta sama Atlantyda, to samo nieistnienie.

Książka Katz jest kadiszem poświęconym pamięci matki. Lola była znana w Krakowie, obie były znane w Krakowie. Dlaczego? Bo chodziły po trochę innych ulicach i wyglądały trochę inaczej. Ale ta świadomość nie istniała wówczas, nie miała jej ani przyszła pisarka ani jej gojowscy koledzy i koleżanki. Dlaczego z takim uporem tym określeniem się, posługuję? Bo narastały obok siebie, nieświadomie, ale konsekwentnie, dwa wzory biograficzne. Żydowski, który z czasem będzie nabierał znaczenia – i polski. Polskie życie powojenne było dane wszystkim w podobnym wymiarze i ograniczeniu: było to życie biedne, mało urozmaicone, przedwojenno-powojenne. Jeździliśmy na wakacje do tych samych poniemieckich uzdrowisk, dziwnych, nie przypominających Rabki czy Zakopanego, z domami odartymi z niegdysiejszej świetności, to były Międzyzdroje, nikt nie myślał o tym, iż jeszcze przed chwilą mieszkali tu inni ludzie i że to byli Niemcy właśnie. I ta pamięć jeszcze nie istniała. Polska wydawała się jednowymiarowa i rzeczywistość wydawała się jednowymiarowa.

Janina Katz uczyła się w gimnazjum u przedwojennych nauczycieli, bo tylko tacy wówczas byli. Czytała te same, co wszystkie dzieci książeczki, występowała w szkolnych przedstawieniach, bo dlaczego by miało być inaczej? Została ochrzczona i chodziła na lekcje religii prowadzone przez panie katechetki (księży już w szkołach nie było). Przeżyła etap namiętnej religijności i miłości do Matki Boskiej. I wreszcie została zapisana do pierwszej w Krakowie bezwyznaniowej szkoły, Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Mówiło się o niej wtedy „na mieście” zduszonym szeptem, inaczej nie wypadało, i z podejrzeniem, że mają tam miejsce jakieś podejrzane praktyki.

A potem przyszło ZPM (reakcji nie boimy się nie, nie…), prace społeczne, pochody pierwszomajowe, cały ten gwar młodości, jedyny, jaki był legalnie dostępny i możliwy. I wszystko zdawało się toczyć planowo. Brało się to z niewiedzy bądź z wiedzy starannie tłumionej.Nigdy nie wiedziałam,bo mnie nie to interesowało, które z koleżanek są Żydówkami. Długo nie rozumiałam, dlaczego moja najlepsza przyjaciółka z podstawówki wyemigrowała do Izraela. Nie wiedziałam też, że jest Żydówką,nie wiedziałam bowiem, co to znaczy „być Żydówką”.

Czy późna pamięć zasługuje na miano pamięci? Bo pamięć dwudziestolatków jest taka właśnie. Polska pamięć zaczęła się rozdwajać, rozpadać, elementy tej drugiej, przemilczanej, cicho i pokątnie najpierw przenikały na tę druga stronę. Czy „druga strona” miała poczucie winy, ważnego fundatora pamięci o losie Żydów? Nie, ta druga strona była odkrywcą nieznanego jej świata. Kiedy jednak obraz świata przestawał być jednolity, wciąż nie zastępował go inny, doskonalszy. Resentymenty walczyły o lepsze z poznawczym kłopotem: trzeba było coś zmienić we własnym, osobistym oglądzie świata, aby przystosować się do zmian.

Dlatego, pisząc teraz o książce Janiny Katz, wybieram inny język, choć ten oboczny, obowiązujący styl pisania o Zagładzie znam dość dobrze, podobnie, jak niezliczone dyskursy utraconej i odzyskiwanej pamięci. Co innego bowiem przyciągnęło mnie do tej książki

Dowiedziałam się z niej, lepiej niż z książek, na przykład, Grynberga, jak los równie dotkliwy może być jednocześnie zwyczajny. Dowiedziałam się też, jak funkcjonuje jeden z podstawowych mechanizmów pamięci, używany przez literaturę. Nie można się nim posługiwać zbyt ostentacyjnie, jest wtedy zbyt natrętny i głośny, zaś granica pomiędzy relacją i patosem zawsze była dość wąska.

Gruba dziewczynka – Janeczka oglądana po latach przez dorosłą Janinę Katz jest tyleż ofiarą czegoś, co rozegrało się po za nią, ile dzieckiem głupim i naiwnym. Ponieważ jest tylko dzieckiem. Nie nosi czerwonego płaszczyka,przerobionego na symbol.Ta książka jest narracyjnie bardzo prosta i skromna, i to też jej zaleta. Ta skromność nie oznacza zresztą stylizacji.

Powojenne dzieciństwo nabrało teraz znaczeń i wieloznaczności. Najbardziej w nim interesujące wydaje się właśnie owo pogłębianie i różnicowanie warstw, odsłanianie palimpsestu, a także poszerzanie obszaru, na którym się toczyło.

Janina Katz wyemigrowała z Krakowa zaraz po marcu 1968. W tym okropnym miesiącu była jedną z barwniejszych postaci. Nie pamiętam dobrze, ale powiadają dzisiaj, że ponoć nosiła na piersi gwiazdę Dawida, zaś w restauracji zamawiała „karpia po naszemu”. Co może był tylko anegdotą, ale jakże wymowną. I przepisała na czysto swoje życie, razem z jego śmiesznościami i dramatami. Czy trauma przestała wreszcie być jej udziałem?

Marta Wyka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas