poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
„Nike, która się waha i rękami poobcinanymi do ciebie macha”
Dorota Masłowska, „Paw królowej”, Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża,Warszawa 2005.
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)


Paw królowej to dobry rap. Czuć trochę warszawki we „flow”, choć bardziej w stronę Sokoła z WWO niż Wilka z Hemp Gru. Nie bardzo wiem, jak książka przyjęta została w środowisku hip-hop, bo to jednak abstrakcja i niski poziom konkretu, chociaż są i bloki, i osiedla, i ławki, i ciężkie, a jałowe życie młodzieży pracującej. Natomiast rzecz zdecydowanie przypadła do gustu włodarzom NIKE, którzy przyznali nagrodę Dorocie Masłowskiej (nominowanej już za debiutancką powieść). Decyzja okazała się dyskusyjna, bo za faworytów uchodzili Eustachy Rylski i Michał Witkowski. Ale najwyraźniej członkowie jury bardziej zasmakowali w słownych igraszkach i ponurych obrazach z Pragi.

„Paw królowej” to jednak nie jest tak naprawdę rap. Nie chodzi tylko o to, że do tej piosenki nie ma podkładu, a uzdolnienia i fantazja językowa MC Doris sięgają znacznie dalej niż szczyty literackich marzeń sporej części hip-hopowej menażerii. Polski uliczny hip-hop (pozwolę sobie na lamerskie i niesprawiedliwe uogólnienia) jest często poważny, pompatyczny i namaszczony jak chłopskie jadło. Równie jak ono pragnie też być prosty i szczery, bliski życia, dlatego nie stroni od pouczeń i prezentuje świat uporządkowany, chętnie

Wyrażane są one w formie charakterystycznej, choć często hermetycznej, rozpoznawalnej, opartej na licznych rymach, powtórzeniach, apostrofach, grach i żartach słownych. U Masłowskiej niby podobnie, ale te cechy językowe posunięte są do absurdu. Językowa wynalazczość autorki – moim zdaniem najsilniejszy atut tej prozy – najpełniej realizuje się w postaci różnorodnych absurdalnych żartów. Długie, zawiłe, jak mówi autorka – barokowe, zdania ostentacyjnie łamią szacowne reguły polszczyzny, szykiem przestawnym wyginając się w przedziwne rymy niegramatyczne. Odpowiadają temu nonszalanckie podejście do tradycji, kultury i oświaty oraz frywolne odwołania do tzw. różnych rejestrów, od Platona po „Zatokę Piratów”. Mniej więcej w połowie drogi pojawiają się Tomasz Lipiński albo Björk. W „Pawiu…” wszystko się miesza.

Podobnie jak wyrazy w zdaniach, mieszają się wątki fabularne: Pitz Patrycja, Retro Stanisław, Przesik Anna, Lep Katarzyna i inni pojawiają się na przemian, nawiązują skomplikowane relacje, wysuwają się na pierwszy plan lub odjeżdżają z kart powieści radiowozem. Zmienia się też perspektywa narracyjna, w zależności od tego, kto jest głównym bohaterem epizodu. Dla przykładu przybliżę kilka wątków. Patrycja wybiera się do wokalisty Stanisława po autoryzację wywiadu, a przy okazji – z racji jej nieprzeciętnej brzydoty – nie dochodzi do jej inicjacji seksualnej w ramionach artysty (choć dojść miało). Stanisław czuje się nieszczęśliwy, ponieważ rozstał się z dziewczyną, a także dlatego, że media posądzają go o homoseksualizm i przynależność do masonerii. Nieszczęsny Stanisław nie wie, za co tak cierpi; nie wie, bo nie rozumie anglojęzycznych tekstów piosenek, które napisał dla niego menadżer Rybaczko Szymon, a które to teksty nie pozostawiają wątpliwości co do preferencji erotycznych Retro Stanisława. Piosenkarz próbuje ratować załamującą się karierę, której schyłek boleśnie kontrastuje z popularnością zespołu Konie, wypromowanego przez własnego Stanisława menadżera. (Konie robią furorę, symulując na scenie ataki padaczki.) Aby poprawić swój wizerunek medialny, artysta estradowy występuje w programie telewizyjnym, ma też głośny romans z Przesik Anną, świeżo wylansowaną poetką-neolingwistką, którą poznał, kiedy wskutek zbyt żywiołowej zabawy na jego koncercie znalazła się w szpitalu, od stóp do głów w gipsie. I ta miłość jednak kończy się szybko i niefortunnie, bo sfrustrowana Przesik Anna pod nieobecność piosenkarza (który wyszedł zamordować swojego menadżera) sprzedaje wszystkie jego ruchomości. Rybaczko Szymon też ma swoje problemy, bo zespół Konie został zdetronizowany przez zespół Flaky, którego wizerunek opiera się na publicznej defekacji. W krytycznej sytuacji menadżer wpada na szczęście na genialny pomysł, aby wylansować najbrzydszą wokalistkę na świecie. Tu powraca Pitz Patrycja, która na skutek doznanego od Retro Stanisława zawodu miłosnego nauczyła się grać na syntezatorze, co sprawia, że jest doskonałym materiałem na nowiutką gwiazdę. Pozostaje tylko zlecić Masłowskiej firmowanie jej tekstów… Mimo tego, że fabuła jest nikła i właściwie nieistotna, konstrukcja książki jest więc bardzo zwarta, klamrowa czy szkatułkowa, jak stwierdza narratorka. Żaden z bohaterów nie pozostaje na praskim lodzie w grudniu roku czwartego dwa tysiące, każdego autorka wyposaża w jakieś ironiczne domknięcie jego wątku (na przykład Retro Stanisław siedzi w strzeżonym, acz niespłaconym mieszkaniu, na przemian oglądając telewizję i robiąc pranie na cudem odzyskanym sprzęcie AGD).

Efektem tego pomieszania jest melanż; melanż bardzo sympatyczny, śmieszny, trochę nieprzyjemny, ogólnie mówiąc – groteskowy. Pierwszych kilka stron Pawia królowej wzbudziło mój zachwyt. Podziwiałam język giętki Masłowskiej, jej zjadliwy, cyniczny humor, śmiałość, przenikliwość, drwinę, które wspólnie dawały świetny pastisz stylu nawet nie tyle hip-hopu, co codzienności. Z tak wyrazistą poetyką jest jednak problem – bardzo szybko się ona zużywa. (Oczywiście Masłowska zdaje sobie z tego sprawę, dlatego „Paw królowej” to nie „Wojna polsko-ruska 2”.) Spowszedniała mi już po kilkunastu stronach, kiedy nieco uodporniłam się na ten typ komizmu i znużył mnie własny chichot. Wyciszenie pierwszego wrażenia pozwala zwrócić uwagę na inne elementy powieści-piosenki. Masłowska pastiszuje bowiem nie tylko potoczny język, ale także codzienność w wymiarze zdarzeniowym. Wyolbrzymia i ośmiesza opieszałość policji, intelektualne mody, artystyczny snobizm, mechanizmy wątłego polskiego show-biznesu. Podpatrzone to jest wnikliwie, a zarazem zadziornie i złośliwie. Groteska przenika trafną obserwację.

Między poziomem wysłowienia a poziomem zdarzeniowym zachodzi jednak poważna różnica. Mimo że – po chwilowym oszołomieniu językową pomysłowością autorki „Pawia…” – czytelnik się z tym stylem stopniowo oswaja, to pozostaje on niepowtarzalnym, własnym odkryciem Masłowskiej. Tymczasem problemy zarysowane w książce są w gruncie rzeczy banalne. Życie w prawdzie i biedzie kontra kutasy na strzeżonym osiedlu, dzień powszedni jest miałki i nieciekawy, show-biz to sfera iluzji i, za przeproszeniem, symulakrów, ale i tak chce się tam zaistnieć. MC Doris uprzedza zarzuty o uproszczony ogląd rzeczywistości i broni się: „Hej, zastanów chwilę się, ciągle mówisz: to jest pejoratywnie, a to jest źle, skąd te pokłady mądrości transcendentnej w osobie twej, że wszystko tak zaraz oceniać chcesz w apodyktycznym systemie: dobrze albo źle, bez uwagi na rzeczy aspekty i odcienie. Dla ciebie wszystko jest o tak, ciągle myślisz w infantylnych kategoriach, albo coś jest „be”, albo coś jest „mama daj”, a produktów są tysiące a jeden od drugiego albo jest lepszy, albo gorszy, a każdy jest w pewien sposób dobry, zależy, co chcesz mieć” (s. 40).

Autoironia zabezpiecza przed ewentualną krytyką, ale nie usuwa problemu – te spostrzeżenia naprawdę są dosyć infantylne. Bardziej interesująca wydaje się kwestia udziału artysty w przemyśle artystycznym. Autorka samej siebie w kpinach nie oszczędza. Mimo domyślnej u artysty pozy „odi profanum vulgus”, powieściowa Masłowska w cichości serca boleje nad „zerową rozpoznawalnością w komunikacji miejskiej” i zazdrości Kuczokowi Wojciechowi udziału w „dyskusji panelowej w Rudawie Dolnej z przedstawicielami bibliotek szkolnych pod hasłem >>Przemoc w domu, przemoc w szkole<<” (s. 125–126). Zgadza się też – za bardzo skromną gażę – sygnować cudze teksty do komercyjnych piosenek. Obnaża więc własną dwuznaczną pozycję i – pozę. Paw to wiadomo, co jest. Ale paw to także taki ptak, który z racji strojnego ogona alegoryzuje grzech próżności. Masłowska odważnie pokazuje swoje pragnienie powszechnej uwagi, przedstawia osobę, która „po domu specjalnie chodzi, a nuż rozpoznają ją jakieś sprzęty domowe, spytają jak nowa powieść”.(s. 125).

Jednak uwikłanie artysty w show-biznes to akurat taka kwestia, którą da się bez większego trudu przedstawić, sproblematyzować, opisać. Ona również zalicza się do repertuaru młodzieżowych wyzwań intelektualnych. Bo też młodzieżowy jest, jak myślę, Paw królowej w całości. To wyśmienita lektura dla młodych, umiarkowanie zbuntowanych ludzi, którzy lubią o sobie myśleć, że są alternatywni. Powieść daje liczne przesłanki do tego mniemania. Jest napisana barwnym, jędrnym, młodzieńczym językiem. Komizm, jaki proponuje, jest na tymże języku oparty i rozkosznie absurdalny. Książka prezentuje postawę wrażliwego cynizmu i rozpaczliwej abnegacji, które uosabia wyalienowana główna bohaterka, przemierzająca zakazane zaułki na stylowym rowerze. Razem daje to wszystko awangardowy, bardzo oryginalny efekt, a jak wiadomo, elitaryzm i awangardowość są tym, co zagubieni licealiści lubią najbardziej. Ogólnie jednak – co zaznaczyli krytycy – niewiele z tego wynika. Jałowość Pawia… bierze się nie tylko z awangardowej jednorazowości. Płynie ona również z ironii, która jest nadrzędną figurą retoryczną książki. Ironia służy do unaoczniania, nie jest twórcza. Masłowska nie proponuje rozwiązań problemów (a raperzy często tak), nie konstruuje też nowego, trwałego języka. Nie musi. Zamiast tego bawi się (i bawi czytelników), drwi, razi, pokazuje język i liże nim buraki/buraków. Nie mam nic przeciwko zaliczaniu się do polizanych.

Anna Pochłódka
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas