poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SIWECKI
Naiwność (fragment)
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

CLANDESTINE

Na krześle stojącym przy stole w pokoju 25 m2 leży biały śliniak w zielone i czerwone krople, na którym siedzi klasycznie brązowy miś o klasycznie czarnych oczkach i czarnym nosku: w pozycji siedzącej miś ma tyle, ile ma klasyczny model chińskiego pióra HERO.


– Teraz… teraz nie wiesz nic o teratologii… teraz nie wiesz nic o fides ex auditu… teraz nie wiesz nic o dyskursie ergodycznym… teraz nie wiesz nic o neoizmie… teraz nie wiesz nic o deprywacji sensorycznej… teraz nie czytasz „Dialektyki negatywnej” Theodora Adorno… teraz… teraz nie wiesz nic o kryzysie sztuki konceptualnej ani powrocie mimesis i sztuki figuratywnej… teraz nie wiesz nic o podróżach Caprice… teraz nie wiesz nic o wędrówkach węgorzy… teraz nie myślisz o kryzysie tożsamości wynikającym z asymilacji… teraz nie wiesz nic o kryzysie tożsamości wynikającym z gettyzacji… teraz nie myślisz o tym, że na delikatnej wkładce w majtkach pojawił się śluz… teraz nie jesteś we mnie ani Eliaszem, ani Levinasem, ani Kornelem Filipowiczem, ani Kurtem Vonnegutem, ani Anną Kowalską, ani Esterą… teraz nie wiesz mną nic o sobie… – pomyślała przesuwając dłonią po gęstych włosach w kolorze wilgotnego piasku uczesanych w stylu męskich gwiazd britpopu –… teraz…

Teraz dotykasz niewidzialnego, choć teraz to tylko twój policzek, którego dotykasz opuszkami palców, jakby swędziała cię skóra, albo w geście zamyślenia.

Teraz: zamknięta w jednopokojowym mieszkaniu komunalnym w kamienicy, w której kiedyś, dawno, dawno temu…

Leży na niezbyt szerokim łóżku.

Boi się czegoś, co w jakiś sposób nie przerasta jej możliwości? W pokoju unosi się zapach jej oddechu?

W pokoju unosi się zapach szarego światła deszczowego przedpołudnia.

Jeszcze tylko piętnaście minut i on przyjdzie, wróci do tego mieszkania, które w końcu udało mu się załatwić w urzędzie miasta… i tak długo czekał… gdyby nie ta renta za raka, to pewnie do końca życia musiałby mieszkać z matką, jej gachem i dwoma siostrami – nie tego chciał, ale pogodził się już z tym, że w pokoju ma tylko umywalkę, a łazienka jest wspólna na ileś tam mieszkań… i tak nie będą z niej korzystać… wystarczy umywalka… jemu wystarczy umywalka, a ona przecież weźmie prysznic, kiedy wróci do mieszkania ojca…

Czekając, przypominasz sobie to, co o ewolucji wizerunku kochanka pisał Boy w którymś z felietonów?

Tak, ten felieton, to przecież takie oczywiste, powinien być dla ciebie teraz tak samo ważny jak „Girlfriend in a Coma” The Smiths?

Jesteś wrażliwa…

Jesteś wykształcona lepiej niż ci, z którymi masz zazwyczaj do czynienia… Masz skłonność do przesady…

Właściwie… tak… właściwie to jesteś przewidywalna…

To oczywiste?

To takie oczywiste?…

To tak oczywiste, jak to, że twój ojciec robi ci pranie, chociaż tego nie chcesz i przygląda się wtedy twoim majtkom i jest mu jednak głupio, że robi to, bo przecież wie, że nie musi się aż tak kontrolować, że nie musi ciebie już aż tak kontrolować, że pewnie odejdziesz, chociaż, on widzi to w każdym twoim geście, boisz się po prostu i z tego strachu, nie, raczej z lęku, robisz, jak mówi, dziwne rzeczy… jak twoja matka… dzwoniła z tego pieprzonego Detroit… mówiła, że przyśle ci pieniądze, bo na pewno są ci potrzebne, chociaż wie, że tobie jej nie zastąpią… rozumiesz coś z tego, córeczko?… ja się pogubiłem…

Patrzysz na niski stół nakryty bieżnikiem z wiskozy.

Kwiaty brązowe i pomarańczowe.

W twoim mózgu to jednak kwiaty białe i czarne.

Patrzysz na swoje dłonie i widzisz, że musisz obciąć, albo przynajmniej opiłować paznokcie.

Patrzysz na umywalkę odbijającą się w lustrze zawieszonym na drzwiach wejściowych. Patrzysz na drzwi szafy wnękowej w krótkim przedpokoju. Szafa naprzeciw umywalki, nad którą także lustro.

Szafa i ściany wokół umywalki pomalowane tą samą, białożółtą farbą olejną. Boisz się.

Wolałabyś stąd wyjść?

Chciałabyś nie musieć czuć, że musisz tu być?

Chciałabyś nie musieć czuć, że wykorzystujesz tego, na którego czekasz, bo wiesz, że pożądasz go, bo jemu nie pozostało już nic do stracenia i może po prostu kochać? Chciałabyś, żeby pieniądze, które wpłaciłaś na konto fundacji Małego Dżeka pomogły temu, kto dzięki nim będzie mógł cieszyć się tym wszystkim, czym ty w jakiś sposób nie umiesz się cieszyć inaczej, niż mając wyrzuty sumienia, albo myśląc, że ten któremu się pomaga… tak, to dziecko może zostać prawdziwym degeneratem, kiedy zobaczy, na przykład, że pomagać innym czasami łatwiej niż dać sobie pomóc? Nie jesteś winna temu, że jesteś teraz tutaj…

Nie jesteś winna temu, że jesteś dla twojego kochanka tym, czym były dla niego te chwile, kiedy, przed śmiercią babki, rozmawiał z nią tak, jak patrzy się na jabłka wiszące zimą na jabłonce?

Nie jesteś winna temu, że on boi się, że mógłby z tobą żyć inaczej, niż tak jak żyjecie teraz?

Nie jesteś winna temu, że jesteś zła, kiedy widzisz jak on z pokorą patrzy na ludzi wyglądających na szczęśliwych tak, jak i wy byście mogli być szczęśliwi, gdybyś pozwoliła mu, żeby czuł się szczęśliwy tak a nie inaczej w twoim imieniu? Nie jesteś winna temu, że byłaś w liceum jedną z tych, którym było wolno więcej niż innym?

Nie jesteś winna temu, że podczas studiów nie zaczęłaś pracy w banku, w którym teraz zarabiałabyś pewnie dużo, dużo więcej niż twój ojciec?

Nie jesteś winna temu, że twój ojciec nie rozumie jak mogłaś powiedzieć mu, że się myli, że nie powinien wszystkich wysyłać do gazu albo pod ścianę – nawet w żartach, kiedy tylko usłyszy o ciotce i o jej wysokiej emeryturze – wysokiej, bo w PRL-u była na kierowniczym stanowisku… trzeba było, tato… czy ty myślisz, tato, że teraz jest inaczej?…

Nie jesteś winna temu, że tego mężczyznę, na którego czekasz, kochasz tylko dlatego, że przypomina ci to, co w sobie kochasz najbardziej? Nikomu nie wolno się z tego śmiać?

Nikomu nie wolno mieć ci za złe, że nie czujesz się winna?

W jakiś sposób nieme wzruszenie na twojej twarzy sprawia, że jesteś podobna do tego, kto nie widzi dla ciebie miejsca w świecie, w którym takie jak ty należałoby próbować zresocjalizować albo zesłać do kamieniołomu, żebyś tam zobaczyła czym tak naprawdę jest orgazm osiągnięty przez kontakt z brutalną rzeczywistością?… Nie chcesz zachwycać się prostymi opowieściami… nie chcesz wielkiej, epickiej opowieści… chcesz patrzeć na cyrkowców, którzy na linie balansują bez zabezpieczeń… chcesz w ogóle bez zabezpieczeń… myślisz o tym, że gdyby dziś wybuchła jakaś totalna wojna, to upiłabyś się do nieprzytomności, ale wcześniej oddałabyś się wszystkim mężczyznom i kobietom w piwiarni wypełnionej dymem i matowym, brązowożółtym światłem, w której można zagrać w bilard, szachy, obejrzeć notowania z giełdy?… Wiesz, że TU wojna ma teraz inne oblicze?

Wiesz, że to, co się wokół ciebie z tobą dzieje na tyle samo sposobów zależy od tego, co ci się już przydarzyło jak i od tego, co ci się nie przydarzyło, bo… Wiesz, że to, co robisz, jest dobre na tyle samo sposobów na ile jest też złe? Wiesz, że nie to jest ważne?

Ważne jest to, że pragniesz?

Swędzi cię skóra…

Ból w stawach…

Twoje pragnienie zaplata żyły w twoim śmiertelnym ciele w ciasne warkocze? Twoje pragnienie jest modlitwą w sposób tobie wystarczający – tobie, która nie byłaś Kościołowi wstrętna, kiedy szłaś w koronkowej bieli do pierwszej komunii, tobie, która nie jesteś wstrętna Kościołowi jako numer w statystyce parafialnej… ciągle chcesz się wypisać, ale: albo brakuje ci czasu, albo nie chce ci się iść, przebijać się przez te masywne, rzeźbione w liściaste smoki drzwi kancelarii i tłumaczyć… w jakiś sposób boisz się tej rozmowy… w jakiś sposób boisz się wszystkiego, co dzieje się tobą… egzegeza kojarzy ci się z egzemą, a interpretacja z iniekcją… lęk… twój lęk prosi cię byś pragnęła mocniej… tak powiedział ci kiedyś ktoś u Teddiego… ktoś tak powiedział, albo ty tylko tak to usłyszałaś… ktoś tak powiedział, albo ty tak zrozumiałaś naćpanego magistra filozofii, który, siedząc na niskim taborecie do obierania ziemniaków pod oknem w kuchni mruczał coś pod nosem, trzymając w dłoniach otwartą na chybił trafił antologię tekstów z socjobiologii? Leżąc na łóżku zwijasz się w kłębek.

– I nikomu nie wolno się z tego śmiać… – myślisz i czujesz, że chcesz płakać.

– Strach nie pozwala kochać się i śmiać… strach przed tym, że to wszystko może ostatni raz… strach, że to wszystko w jakiś sposób co najmniej niestosowne… strach, bo… – myślisz i czujesz, że już nie chce ci się płakać. Wstajesz z łóżka, podchodzisz do lustra wiszącego nad umywalką, pociągając za sznurek zapalasz lampę nad umywalką – cytrynowożółte światło lampy będzie jedynym światłem w pokoju tego wieczoru – zgasisz je dopiero kiedy będziesz wychodzić w nocy… on będzie już spał… Zanurzasz dłonie we włosach.

Mimo wszystko umiesz minimalizować zagrożenia?

– Chciałabyś mieć takie zdjęcie?… Chciałbyś mieć zdjęcie na tle czteropiętrowego budynku z czerwonej cegły, dawnego hotelu robotniczego, w którym ona wciąż czeka, bo jej kochankiem jest ten wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna w okularach z delikatnymi, drucianymi oprawkami, który przypadkiem wchodzi właśnie w kadr zdjęcia robionego na tle budynku?… – pomyślał Memling patrząc przez auta szyby na kobietę i dwóch mężczyzn stojących przed hotelem – na ramieniu jednego z mężczyzn torba: taka, jakie zazwyczaj noszą zawodowi fotograficy prasowi?


ONA, ETC.

W otworze drzwiowym prowadzącym do pokoju 25 m wisi czerwona, plastikowa, dziecięca huśtawka, na której siedzi nie dziecko, ale pluszowa wiewiórka wielkości dwóch, ustawionych jedna na drugiej, głów dorosłego człowieka.

Deszcz.

Wieczór późnojesienny.

Kobieta tylko w przydużym podkoszulku i plastikowych, różowych klapkach stoi w kuchni, która wygląda jak ściśnięty do rozmiarów pudełka od zapałek wagon tramwajowy.

Patrzy przez okno na osiedlową uliczkę, którą rozpoznała na jednym z rysunków na ławach w parku nad jeziorem.

Na drzewach liście.

Światło latarni…

Cytrynowe światło latarni odbija się w wilgotnej nawierzchni ulicy, w wilgotnych liściach drzew.

Cytrynowe światło latarni wpada do kuchni i miesza się z panującym w niej delikatnym półmrokiem – półmrokiem, bo z pokoju przylegającego do kuchni wpada nieco zimnego, białego światła halogenowej lampy stojącej w rogu pokoju na wprost drzwi prowadzących do krótkiego przedpokoju, w którym kobieta lubi czasami stać wpatrując się w ubrania wiszące w sięgającej sufitu szafie wnękowej i nasłuchiwać odgłosów windy z klatki schodowej…

Cisza…

W tej ciszy łatwo pomyśleć, że melancholia jest efektem utraty rewolucyjnych celów?

W tej ciszy łatwo pomyśleć, że ze społeczeństwa nie trzeba wyrywać się siłą, lecz wyśliznąć się z niego cicho i niepostrzeżenie?

W tej ciszy łatwo powtarzać, jak mantrę, że kochać to poszukiwać apokaliptycznego orgazmu?

W tej ciszy…

Kobieta bawi się żaluzjami w oknie.

Otwiera je i zamyka.

Czy modli się przy oknie o to, żeby przestały ją przed snem nawiedzać demony? Czy myśli o tym, że pod powłoką chłodnej rezerwy gromadzi się nadmierna romantyka? Czy myśli o tym, że w świecie, w którym małżeństwo jest matematycznym dowodem na istnienie Boga można chcieć więcej niż się daje? Słychać jak włącza się agregat lodówki.

Na szerokim parapecie okna w kuchni niewielka, kamionkowa miseczka wypełniona bananowymi czipsami i orzeszkami pistacjowymi.

Tak na wszelki wypadek: gdyby się zachciało nagle coś zjeść, albo żeby postawić na stole, gdy niespodziewany gość…

Na stole pod ścianą w pokoju przylegającym do kuchni leżą papiery, zamknięty teraz laptop, a na podłodze pod stołem stoją segregatory. Życie od projektu do projektu?

Czy to kolejny etap ewolucji?

Czy to już jest ten etap ewolucji społeczeństwa obywatelskiego, na którym swobodne stowarzyszanie się obywateli ogranicza przynależność do klasy społecznej? Czy to już ten etap ewolucji, na którym chce się uciec od indywidualizmu i kolektywizmu i zacząć żyć tak normalnie jak to tylko możliwe? Żyć poza taksonomią?…

Słychać jak wyłącza się agregat lodówki.

Cisza…

Kobieta już nie bawi się żaluzjami w oknie.

Teraz żaluzje są otwarte, a kobieta otwiera pistacjowy orzech krótkimi, po męsku obciętymi paznokciami.

Pokój przypomina biuro, chociaż nie tak sterylne jakby sprzątała je najlepsza w mieście sprzątaczka.

Na wersalce, na niewielkim stosie leżą ubrania, w których dzisiaj była na rozmowie w urzędzie miasta i skarbówce.

Czarne spodnie zwisają z wersalki i dotykają lekko podłogi, czarna, bawełniana bluzka z niewielkim dekoltem, czarny, gładki stanik i czarne, nylonowe podkolanówki. Na oparciu wersalki szara, płócienna kamizelka, którą zawsze zakłada do kompletu ubrań czarnych albo zgniłozielonej sukienki z grubymi ramiączkami, pod którą zawsze zakłada bawełnianą, zgniłozieloną bluzkę zakończoną ściśle przylegającym do szyi czarnym półgolfem.

Na podłodze, na mocno zniszczonej podłodze z klepek stoją czarne, wsuwane półbuty.

Od jakiegoś czasu zastanawiała się nad tym, że przydałby się jakiś dywan albo kawałek wykładziny, żeby trochę ocieplić wnętrze, żeby ocieplić je tą, w jakiś sposób najbardziej klasyczną metodą?

Plecy bolą od siedzenia na krześle – bolą w tym miejscu, w którym na obrazach aniołom wyrastają skrzydła?…

Skrzydła…

Skrzydła ptaków, które przylatują na parapet jej okna zimą… To już niedługo…

Dokarmia je.

Latem żerują w lesie.

Nie odlatują na zimę.

Znowu trzeba będzie podgrzewać na kaloryferze zamarznięty smalec, z którym nie mogą poradzić sobie sikory.

Trzeba będzie poprosić Teddiego albo Francuza o nowy karmnik? Tak…

Przypomniała sobie, że Francuz obiecał jej też miedzianą bransoletkę, żeby barwiła jej skórę na nadgarstku, pokazując kiedy coś jest nie tak z jej ciałem… Przypomniała sobie, że matka nie mówiła jej, że głupi nie powinien nigdy, ale to nigdy zepsuć dnia wypełnionego zdarzeniami, które, jeśli tylko tego chcieć, nie mogłyby nigdy, ale to nigdy wydać się nieprzyjemnymi w ten, albo w inny sposób? Przypomniała sobie, że wciąż nie potrafi zapomnieć o tym, że jej babcia nie śpiewała jej kołysanek tylko mamrotała pod nosem wspominając dzień, kiedy po jej męża przyszli chłopcy z AK i pobili za stodołą, bo Rosjanie nie zgwałcili jego żony, nie spalili stodoły tylko zjedli świniaka, którego dla nich zabił i wypili wódkę, którą trzymał w piwnicy na gorsze czasy, bo sam pić nie lubił… a po wojnie… po wojnie chłopcy z UB też go zabrali, bo chłopaki z AK – synowie sąsiada, z którym poróżnił się przed wojną, bo nie chciał z nim przystąpić do Kasy Stefczyka… tak… oni na ścianie naszego domu wymalowali świńską krwią „komuniści to faszyści”… bała się… strach nie pozwalał kochać się i śmiać… dziecko płakało… twoja matka płakała… nie miałam pokarmu… a potem już nic nie czułam… Przypomniała sobie, że jej ojciec powiedział jej, że w tym jej wynajętym mieszkanku – pokoiku, po drobnych przeróbkach, mógłby poczuć się jak w rękawicy z tej rosyjskiej bajki, którą czytali, kiedy była mała… w rękawicy mieszkał zając, potem także lisica, niedźwiedź…

Przypomniała sobie, że to chyba po ojcu potrafi być tak naiwna, tak sentymentalna… czasami… czasami to aż boli… ale częściej to pomaga… byle tylko nie nazywać tego depresją… i spacerować dużo… chodzić do kina… teatru… czytać… czasami poleżeć dłużej w wannie i na turystycznym telewizorku oglądać coś, co akurat da się namierzyć… albo pomyśleć o koleżance, która do grubego zeszytu w kratkę przepisuje słowa egipskie, egipskie zwroty, cały piasek pustyni bo pokochała, tamte kolory, tamte zapachy… myślą, mową, uczynkiem i zaniechaniem… tak… chyba już nauczyła się być szczęśliwą w ten a nie w inny sposób…

Przypomniała sobie, że bardzo chciała zapamiętać słońce i deszcz przebijający się przez to słońce… Simferopol…

– Ja… etcetera… – pomyśli przechodząc już do pokoju i przypomni sobie koleżankę, nauczycielkę w renomowanym gimnazjum –… czemu ona zawsze mówi ecetera… – W powszechnej względności względnie prawdziwie i dobrze przeżyć względnie własne życie… tak… to nic, że nie wiesz, to nic, że nigdy nie będziesz pewien, czy oni wszyscy myślą o tym, co dla nich najważniejsze zawsze wtedy, kiedy widzisz jak robią to, co robią… – mruczał pod nosem Memling przechodząc pod blokiem, kiedy pomyślałem o tobie patrząc przez okno na ruchliwą ulicę?

Piotr Siwecki

fragmenty powieści „Naiwność”

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas