poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ADAM UBERTOWSKI
Trans-Syberia (fragmenty)
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

Sąsiad

Sąsiad, który dotychczas nie odpowiadał nawet na moje ukłony, chwycił mnie za kołnierz w bramie domu i z konspiracyjną ostentacją wyszeptał, że w moim mieszkaniu przygotowano zasadzkę.

A jeszcze rankiem nic przecież nie zapowiadało epokowych zdarzeń. Jak Bóg przykazał, o szóstej czterdzieści pięć wygramoliłem się z łóżka, włączyłem po omacku radiowe „Sygnały dnia” i potykając się o własne nogi wkroczyłem do łazienki. Obudziłem się silnym strumieniem lodowatej wody, skierowanym między oczy, potem zdarłem starannie krzaczasty zarost, jaki wyrósł mi na obu policzkach pomiędzy zachodem i wschodem słońca, ulizałem włosy, odmierzając starannie przedziałek po lewej stronie swego lustrzanego odbicia i wreszcie wspięty na palcach stóp zbliżyłem się do opatulonego snem ciała mojej ukochanej, jedynej, prześlicznej Żabci, by delikatnym klapsem, wymierzonym w jej boskie wypukłości, skłonić ją do uchylenia powiek. I kiedy tak patrzyłem na jej rytualne przecieranie oczu malutkimi, niemal dziecięcymi piąstkami, wydała mi się znów podobna do tego aniołka z pierwszokomunijnego obrazka i w tym samym okamgnieniu zapragnąłem przylgnąć do niej na amen, wczepić się w jej różowiutką skórę na wieczność i trwać tak w tym jednoosobowym dogmacie do nieskończoności, dopóki nie rozdzieliłby nas wyrok Sądu Ostatecznego, pełen fajerwerków i bezwstydnej nagości, wyglądający jak wierna kopia tryptyku Memlinga. Ale było już na to za późno: w „Sygnałach dnia” wesołkowaty prezenter z sadystyczną skrupulatnością odmierzał każdą minutę, synkowie w pokoju obok skrzypieli niecierpliwie sprężynami łóżek w przeczuciu porannych cierpień, a moja Żabcia żonglowała radośnie garnkami obmyślając smakowite śniadanko; zmuszony byłem więc zawiązać na supełek uwolnione w wyobraźni zmysły, z trudem przełknąłem przez gardło trzy nadziane na widelec grudki jajecznicy i ucałowałem w czółka obu moich synków, próbujących wydostać się z plątaniny kołder i pidżam. Gdybym wówczas wiedział, gdybym miał choćby cząstkę świadomości, że widzę ich może po raz ostatni, z pewnością zachowałbym się zupełnie inaczej, wykonałbym jakiś archetypiczny gest, powiedział coś, co mogliby wspominać przez resztę życia jako ojcowską radę daną im jak bezcenny przedmiot, rozpłakałbym się lub roześmiał, by zapamiętali właśnie taką moją twarz, postałbym jeszcze długo wtulony w nich jak pielgrzym lub wyszedłbym natychmiast zatrzaskując za sobą drzwi. A może mylę się do reszty sadząc, że zmieniłbym cokolwiek, może chciałbym, by było tak, jak zwykle, by po raz ostatni po prostu wyjść z domu do pracy, jakby nic nie miało się wydarzyć, z tą niewypowiedzianą oczywistością powrotu i mękolenia „jak wam poszło w szkole? a co u ciebie kochanie? naprawdę? co ty powiesz? poważnie? poważnie? poważnie?”

Na przystanku tramwajowym wypaliłem papierosa, aż do ostatniego tytoniowego włókna, po sam brzeg bibułkowego filtra. Taaak, papieros był jedyną rzeczą, jaką ukrywałem przed moją ukochaną Żabcią, nie zdradzałem jej myślą ani uczynkiem, nie gapiłem się jak wszyscy moi koledzy na biust pani Lucynki z księgowości ani też nie kartkowałem w ubikacji pisemek z gołymi babami, jakie przemycali przez granicę ci dwaj spryciarze z działu eksportu; przynosiłem karnie całą pensję do domu, po drodze nie wymieniając nawet jednego grosika na piwną pianę w „Cyganerii”; gdy mówiłem, że idę na mecz z kolegami, trafiałem faktycznie na trybuny, a nie w opary dymu, unoszącego się ponad karcianymi stolikami i moczyłem usta w alkoholu tylko wówczas, gdy na moje pytające spojrzenie, odpowiadała dyskretnym, widocznym tylko dla nas skinieniem. Nie miałem sobie niemal niczego do zarzucenia, co więcej, odnajdywałem niepowtarzalny, kojący umysł zapach w tej bezprzykładnej poprawności. Podczas gdy moi koledzy, zdradzający swoje żony w każdej szufladzie biurka, cierpieli okrutnie z powodu urojonych małżeńskich ograniczeń, ja byłem wolny od trosk podobno nierozłącznie związanych ze stanem bycia-mężem i bycia-ojcem, nie odczuwałem specjalnie ciężaru obowiązków, jakie spadały niby gradobicie po odejściu od ołtarza; oni cierpieli piekielne męki, gdy ja taplałem się beztrosko po właściwej stronie otchłani dorosłych rozkoszy, może właśnie za to Bóg mnie pokarał?

Nadjechała moja „trzynastka”, spóźniona jak zwykle o kwadrans, wsiadłem do tylnego wagonu i zająłem ostatnie wolne siedzące miejsce, chyba z bezmyślności, bo już na następnym przystanku tuż obok stanęła sapiąca wniebogłosy staruszka, a kiedy ustąpiłem jej miejsca, nie sposób już było dopchać się do uchwytów przy oknach i dla mnie pozostała tylko skórzana rączka zwisająca smętnie z blaszanego sufitu, której uczepienie się nawet oburącz nie chroniło przed szalonym tańcem przy każdym hamowaniu tramwaju.

Kiedy wspiąłem się na siedemnaste piętro Centrum Techniki Okrętowej, powitała mnie zwykła cisza, wypełniana co jakiś czas skrzypnięciem kreślarki. Stanąłem za swoim stołem i zagapiłem się na moment w zatopioną w porannym słońcu panoramę starówki. Przemknęło mi przez myśl, że dawno już nie zabierałem chłopców na czekoladowy krem w barze „Capri”. Trzeba to nadrobić, postanowiłem sobie półgłosem i zabrałem się z zamachem do rysowania lewej burty kontenerowca (1) dla cypryjskiego armatora.

Punktualnie o trzynastej odzyskałem prywatną świadomość, wyjąłem z woreczka kanapkę z serem i popłynąłem na korytarz w zgodzie z nurtem ludzkiego tłumu. Stanąłem w kółeczku z najbliższymi kolegami – tak, dokładnie z tymi, z którymi nie grałem w karty i nie przepijałem wspólnie połowy wypłaty – i podgryzając trochę wysuszony chleb oddałem się niezobowiązującemu milczeniu. Nowoprzyjęty grubas, rozglądający się na boki opuchniętymi oczami, opowiadał polityczne dowcipy, jakby chciał zanotować potajemnie w głowie, kto z nas będzie się śmiał najgłośniej.

Jednak zanim dobrnął do puenty, tuż obok przedefiladowała pani Lucynka i jej wypięty dumnie sweterek pochłonął uwagę wszystkich, oprócz mnie oczywiście. Dowcip grubasa był taki sobie, mogłem właściwie bez wysiłku powstrzymać wątły śmiech wewnątrz płuc, zrobiło mi się jednak żal tego żałosnego, nieudolnie zakamuflowanego agenta bezpieki, zaśmiałem się pięć razy głośniej, niż początkowo zamierzałem, grubas zanotował to zapewne w swoim opasłym notesie, może to było przyczyną wszystkiego?

O piętnastej trzydzieści szef, jak zwykle, sprawdził moje postępy. Nazywałem go na swój użytek łysą Pałą, chociaż miał więcej włosów ode mnie, mógłby na dobrą sprawę, po miesiącu przygotowań, zagrać tytułową rolę w musicalu „Jesus Christ Superstar”, ale jakoś przecież musiałem go nazywać, a nie chciałem, by brzmiało to aż tak ordynarnie, jak określenia moich kolegów. Zwykle stał pół minuty za moimi plecami, mruczał coś niezrozumiałego po upływie dwudziestu sekund i przez resztę przeznaczonego dla mnie czasu poklepywał moje plecy drewnianą ręką. Oznaczało to poparcie dla mej twórczej inwencji i szacunek dla technicznego profesjonalizmu, w ludzkiej mowie brzmiałoby zapewne mniej więcej jak „pracujcie tak dalej” lub „no, no, dobrze wam to wychodzi” i różniło się zasadniczo od histerycznego wrzasku, jaki wydobywał z siebie na widok dzieł moich kolegów. Jednak tego dnia stał znacznie dłużej za moimi plecami, niczego nie wymruczał i nie klepnął mnie w ramię ani razu, nie wrzasnął też więcej na nikogo, poszedł wprost ode mnie do swojego gabinetu, z wzrokiem utkwionym w podłodze, zatrzasnął drzwi i nie pokazał się już do końca dnia. Co takiego spostrzegł w wykreślonym przeze mnie labiryncie? Może to coś było przyczyną wszystkich dalszych zdarzeń, może była nią niezauważalna dla mnie maleńka dziurka na burcie, przez którą wdarłyby się do wnętrza statku lodowate fale pośrodku oceanu, ciągnąc na dno dziesięć tysięcy kontenerów wypełnionych japońskimi telewizorami, a wraz z tym marzenia o budowie w naszych stoczniach tuzina kolejnych jednostek dla cypryjskiego armatora, na co nasz kraj, potrzebujący dewiz, jak słodkiej wody rozbitek z mojego okrętu, w żadnym razie nie mógł sobie pozwolić. Punktualnie o siedemnastej wyszedłem z pracy, pomachałem na odchodne moim kolegom – mewy zaplątały się w śródmiejską przestrzeń, ich wołanie przypominało odgłos sępów, naradzających się już nad podziałem moich zwłok – doszedłem do przystanku i zanurzyłem nos w „Wieczorze Wybrzeża”, zaczynając lekturę, jak zwykle, od komiksu ma ostatniej stronie (2). Nadjechała „trzynastka”, zupełnie pusta, jakby jechała wprost w objęcia łapanki, jak mogłem tego nie zauważyć? Czytałem strona po stronie, to był czwartek, „Kulisy zbrodni”, dotykałem bezpiecznie ostrza noża, ciepłych jeszcze rewolwerowych kul, wtykałem palec do kałuży nie swojej krwi. Ktoś usiadł naprzeciwko mnie, akurat naprzeciwko mnie w zupełnie pustym tramwaju pędzącym przez miasto w samym środku komunikacyjnego szczytu. Nie zwracałem na niego uwagi – to był czwartek, kulisy zbrodni, miałem wypieki na policzkach – więc kopnął mnie, niby niechcący, dlaczego więc nie przeprosił? Ukradkiem zerknąłem na jego but, dopiero teraz dotarło do mnie, że to nie jest jego, lecz jej but, w dodatku zatknięty na czubku całkiem zgrabnej nogi, tym bardziej nie miałem ochoty podnosić wzroku, to był zresztą mój przystanek, zasłaniając twarz gazetą wstałem i niemal podbiegłem do wyjścia. – Przepraszam, czy to nie jest pański kapelusz? – Usłyszałem za sobą i natychmiast przyspieszyłem kroku. Mój? Kapelusz?

Stałem pomiędzy przystankiem a moim domem, trochę niepewny, co powinienem teraz robić. Wiedziałem, że takie rzeczy się zdarzają, padało na innych, może niezupełnie w moim otoczeniu, jednak słyszało się to i tamto, teraz mogło paść na mnie, nie byłem przecież gorszy ani lepszy od tamtych. łudziłem się jeszcze, że mewy lub sępy mogły zgubić drogę, ta zgrabna kobieta została przecież z kapeluszem w ręku. Grubas mógł zapodziać notes, a szef sam sobie podpisać podanie o urlop. Jeszcze nic się nie działo, byłem tym, kim byłem rano i kim chciałem być nadal przed północą. Miałem ukochaną, jedyną, prześliczną Żabcię i dwóch rezolutnych synów, z których jeden grał nawet w ataku szkolnej reprezentacji. Miałem dwudziestopięciocalowy telewizor, pralkę automatyczną i lodówkę z zamrażalnikiem. Miałem wygodne kapcie i szlafrok, co mogło mi się stać?

Wyrzuciłem niedoczytaną gazetę do kosza na śmieci, to te kulisy zbrodni, to powód mojego zaniepokojenia, za dużo krwi, hałasu i zachodniej dekadencji. Natychmiast poczułem się lepiej, zatęskniłem jak pies za wnętrzem mojego mieszkania, chwyciłem teczkę pod pachę i niemal zacząłem biec. Widziałem już schody prowadzące do moich drzwi, czułem zapach wiekowego drewna, słyszałem znajome skrzypienie pod moimi butami. I wtedy ktoś szarpnął mnie boleśnie za kołnierz, dostrzegłem tylko jego oczy błyszczące w mroku – Niech pan tam nie idzie! Oni tylko na to czekają! Oni czekają na pana!

Porcelanowa filiżanka.

„Oficer bierze ją. Do ręki. Przygląda jej się. Z kilku stron. Nagle w teatralnym geście. Rozchyla szeroko palce.

– O. Przepraszam. Jestem taki niezdarny – mruczy z udawaną niewinnością. Unosi wysoko nogę. Wykonuje krok. Ponad porcelanowymi okruchami.

Ewa ma łzy w oczach. Czy ta filiżanka? To pamiątka po kimś ważnym? Wydaje się. Że jej utrata. Boli ją bardziej. Niż uderzenie w twarz. Po którym wciąż spływa jej z ust. Stróżka krwi.

– On kiedyś cię odnajdzie. Skurwysynu. Zobaczymy. Czy wtedy też. Będziesz taki odważny. Oficer śmieje się chrapliwie. Jego patykowate ciało. Trzęsie się. Przez długi czas. Nie może się uspokoić.

– Myślisz, że to ma? Jakieś znaczenie? Na coś trzeba umrzeć. Dlaczego by nie. Na kulkę twojego męża? Ale co tobie to da? Jeśli jego pachołki? Znajdą mnie za trzydzieści lat? W Argentynie? Lub w Paragwaju? Może nawet? Wprawi mnie to w dumę? Że moje nudnawe życie? Znów dla kogoś jest? Tak bardzo cenne? Że wydaje kupę forsy? Żeby wykraść mnie stamtąd? I transportować przez ocean? Z workiem na głowie? Jesteś zbyt tępą kurwą. By zrozumieć. Że sprawiedliwość. Aby miała sens. Musiałaby dopaść mnie. Tu i teraz. A jeśli to niemożliwe.

To traci. Wszelką wartość już za moment. Rozumiesz dziwko? Że z każdą godziną? Z każdym dniem? Miesiącem, rokiem? Sprawiedliwość wietrzeje? Zemsta traci nieodwracalnie? Swój smak?

Podchodzi do niej. Pochyla się. I patrzy jej z bliska. Prosto w oczy. Czuje, że jeszcze przed chwilą. Wykorzystałaby tę sposobność. Do splunięcia mu w twarz. Ale teraz nie ma już. Połowy tej wiary. Która dotąd. Dodawała jej sił. Zaczyna śmierdzieć strachem. Jaki dopada każdego. Kto nie widzi przed sobą wyjścia.

– Powiedz. Gdzie on jest? – mówi wolno i wyraźnie. – Powiedz jedno słowo. I więcej nic ci się nie stanie. Zapomnimy. O twoim istnieniu.

Chce splunąć mu w twarz. Ale jest szybszy. Jego silne uderzenie. Odrzuca ją aż na ścianę. Podnosi się z trudem. Dotyka dłonią. Rozcięcia skóry na policzku.

– Zobaczymy. Zobaczymy. – Oficer syczy rozzłoszczony. Na jego czole pojawiają się. Krople potu. – Czekam ostatnie pięć minut. Jeśli nic nie powiesz. Dobierzemy się do tamtych – wskazuje na ulicę za oknem. – Chcesz mieć na rękach? Krew swoich sąsiadów?

Chwyta ją za włosy. Ciągnie do okna. Przyciska jej twarz do szyby.

– Widzisz to? – Wskazuje na. Blokującą przejazd ciężarówkę. Na której stłoczono. Kilkadziesiąt osób.

Wokół nich. Mężczyźni w mundurach. Zauważają oficera w oknie. Przekazują mu jakieś znaki. Ten odpowiada. Sobie tylko znanym. Językiem gestów.

Ewa milczy.

Oficer spogląda na zegarek. Kręci głową. Z niedowierzaniem. Podchodzi do okna. Daje znak swoim ludziom.

Pyzaty chłopiec. W krótkich spodenkach.

Próbuje ukryć mokrą plamę. Urosła nagle. Pomiędzy jego nogami. Jeden z tamtych. Spostrzega to. Wyciąga go za ucho. Z ciężarówki. – Weź tego. Śmierdzi jak skunks. – Mówi do potężnego mężczyzny. Ma rozpięty mundur. Na brzuchu. Opycha się kiełbasą.

– Ychy – Odpowiada. Przewraca chłopca na ziemię. Przełyka ostatni kęs. I kilkoma uderzeniami kolby. Roztrzaskuje mu głowę.

– Widziałaś? Co zrobiłaś? – Oficer wrzeszczy do Ewy. Przyciska jej twarz. Do szyby. Pomazanej już. W kilku miejscach. Od jej. Niezmytego makijażu.

– Chcesz? Żeby ginęli kolejni?

– Chcesz? Zabić swoje? Własne dzieci?”

PRZYPISY:

(1) Rysowałem tylko burty, więc nie miałem właściwie pojęcia, jak wygląda całość kontenerowca; z tego, co wiem, jest to bardzo duży statek służący do przewozu tysięcy metalowych kanciastych puszek i kilkunastu osób załogi, niespecjalnie szczęśliwych, bo przeładunek w porcie zajmuje sprawnym dokerom zaledwie kilka godzin, więc nie ma czasu nawet na zwiedzenie najbliższych nocnych atrakcji.

(2) Był to zapewne „Kajko i Kokosz”, opowieść o starosłowiańskich wojach, małym i dużym, rodzimy ersatz przygód Asterixa i Obelixa.
 

Filip

Obudził mnie Filip, który stukając dziobem w okno robił za koguta lub budzik. Gdy tylko zobaczył, że podniosłem się z łóżka, podreptał w stronę środkowego bungalowu i zaczął pukać w kolejne okno. Patrzyłem na jego radosne gęganie, próbując rozstrzygnąć, czy jego dziób jest podobny bardziej do pyska delfina, czy wielbłąda, którego widziałem podczas naszej corocznej wiosennej wizyty w ZOO. Tak czy inaczej wygląda tak, jakby cały czas się śmiał, stwierdziłem, dlaczego wszystkie niemal narody chcą mieć w herbie orła lub inne straszydło, już kiedyś o tym myślałem, dlaczego nie namalują sobie w czerwonej obwódce na przykład takiego bociana: dobrze mu z oczu patrzy, jest poczciwy, rodzinny, bystry, dowcipny i tak dalej, a jak trzeba, to też potrafi przyłożyć.

Spojrzałem na zegarek, nadal nie chodził. Ze środkowego domku wyszedł Kirow, bez spodni i w pomiętym podkoszulku bez rękawów, przeciągnął się z głośnym ziewnięciem i podrapał po owłosionych piersiach, nie miał teraz w sobie nic z typowej dla siebie zuchwałości, wyglądał jak ojciec rodziny na letnich wakacjach (1), wypoczywający po jedenastu miesiącach czytania gazety na kanapie. – Jadłeś już coś? – zapytał mnie rozespanym głosem. Nie byłem specjalnie głodny, wczorajszy dzień wydawał mi się nieodległą jeszcze chwilą, oddzieloną od tu i teraz zaledwie kilkuminutową drzemką. Powrócił widok ich pożegnania, moich synów czochranych po głowie przez obcego mężczyznę, świateł zapalanych w mieszkaniu, do którego nie miałem po co wracać. Pomyślałem, że kąpiel w schłodzonej nocą wodzie mogłaby spłukać te myśli, może powróciłby także głód, a wraz z nim chęć do dalszego życia.

Odnalazłem sportową zaciętość w zręcznym pokonywaniu morskiego prądu, potem przypomniałem sobie ulubioną zabawę z dzieciństwa: spływanie na grzbiecie fali w stronę brzegu. Wymagało to dużego wyczucia, trzeba było rzucić się na wzbierającą wodę tuż przed złamaniem się grzbietu i pojawieniem się piany, dokładnie w tempo, nie za wcześnie i nie za późno, bo tylko w ten sposób można było pomknąć z dzikim wrzaskiem nawet na odległość dziesięciu metrów. Wczorajszy dzień przyprószyła nieco siwizna, nie miałem już nic przeciwko dobrej jajecznicy lub kanapce z pomidorem; pobiegałem trochę po plaży, by wyschnąć, wskoczyłem w ubranie i wróciłem za wydmy.

W środkowym bungalowie oprócz Kirowa byli już Mołotow i Jeżow, dopiero wtedy, gdy usiedli blisko siebie oceniłem w pełni ogrom pierwszego i kurduplowate rozmiary drugiego z nich. Był tam także czwarty mężczyzna, nie znany mi jeszcze i nie podobny do nikogo ze spotkanych dotąd osób. – Jaka woda? – zapytał Jeżow prostując się do trzasku kości, bym mógł dostrzec go spoza stołu. Mokra i trochę zimna, nie za słona, to niedosolenie jest jedną z niewielu zalet naszego morza, po kąpieli nie trzeba biec pod prysznic jak podobno musi robić każdy plażowicz we Włoszech, Hiszpanii lub na Lazurowym Wybrzeżu, czy to nie okropne? Wszyscy pokiwali głowami jak na komendę, żadnemu z nas nie uśmiechało się stanie w kolejce do prysznica, ponieważ zapewne i tam budowano wszystkiego za mało, bez wyobraźni przy kreśleniu planów i wczuwania się w nastrój osoby, która zapłaciła ciężkie pieniądze, oszczędzane przez cały rok, za to tylko, by stać w ogonku klnących na wszystko ludzi, z grubą warstwą morskiej soli wżerającej się w skórę jak rdza. – Był pan kiedyś nad Morzem Śródziemnym? – zapytał nieznajomy. To oczywiste, że nie byłem, mało komu udało się dotrzeć tak daleko, nasz świat ograniczał się do dwóch krajów sąsiedzkich, wizyta w trzecim jakoś nikogo nie nęciła, a wyprawa na Węgry, do Bułgarii lub Rumunii jawiła się wszystkim jak podróż na drugi koniec świata, do zamorskich krain zamieszkałych przez dzikie ludy, skłonne ugotować w kotle każdego obcego. Pamiętam, że niespełnionym marzeniem mojej nauczycielki geografii była wizyta w Jugosławii (2), zdarzyło jej się kilkakrotnie odsłonić przed nami swoje największe podróżne pragnienie, a za każdym razem, gdy wymawiała nazwę tego kraju jej oczy błyszczały tak, jakby mówiła o wyprawie do Tasmanii lub Nowej Kaledonii. Wydawało nam się wówczas, że bardziej odległe podróże są dostępne tylko wybrańcom losu, trzeba otrzymać na nie talon, taki sam, jaki był potrzebny, by kupić samochód lub pralkę; byliśmy podobni do mieszkańców antycznych polis, którzy od kupców i awanturników słyszeli o dziwacznych cywilizacjach na wschodzie i południu, dopuszczali możliwość istnienia jakiejś zorganizowanej formy życia na północy, ale za prawdziwy, realny świat uznawali tylko kraje okalające morza, po których sami żeglowali. – Ja byłem w Hiszpanii – powiedział nieznajomy i wymówił te słowa tak ponurym głosem, że trudno było sądzić, iż przebywał tam w celach turystycznych. – Do dzisiaj noszę na sobie pamiątkę stamtąd – wskazał na szeroką bliznę rozcinającą jego prawy policzek na dwie symetryczne połowy. – To ty jesteś Trocki, jak rozumiem? – musieli mu już o mnie opowiadać, ciekawe co i w jakim kontekście? – Ja nazywam się Woroszyłow – podał mi zamaszyście rękę; jego uścisk był mocny i tępy, pozbawiony niedomówień, wątpliwości i zbędnych pytań, ludzie z takim uściskiem nie dzielą włosa na czworo, chwytają bez zastanowienia całą garść włosów i wyrywają je z głowy, jeśli uznają taką potrzebę. Zastanawiające, czy oni dochodzą do tak dopracowanego uścisku drogą wieloletniego treningu, czy też są nim obdarzeni przez naturę, tak jak inni urodą lub wzrostem? I jak taki uścisk ma się faktycznie do innych życiowych procesów, z czym koreluje dodatnio, a z czym ujemnie, czy są funkcje organizmu, które z siłą i precyzją uścisku dłoni nie mają żadnego związku? – Przywiozłem bułki na śniadanie – wypalił Woroszyłow w samym środku moich rozważań, tym jednym zdaniem burząc podstawy całej logicznej konstrukcji. Rola śniadaniowego posłańca, kogoś, kto zajmuje się zawodowo lub społecznie dostarczaniem wyrobów piekarniczych, w żaden sposób nie harmonizowała z jego perfekcyjnym uściskiem, była to funkcja społeczna kojarząca mi się dotąd ze sflaczałą i spoconą dłonią, byle jakim, pospiesznym otarciem się o czyjąś rękę, wyrażającym tymczasowość, nietrwałość i młodzieńczą nerwowość. – Jesteś już po śniadaniu? – odczytał niepoprawnie przyczynę zakłopotania z mojej twarzy, ucieszył się wyraźnie, gdy odpowiedziałem w zgodzie z prawdą, że od ponad czterdziestu godzin nie miałem niczego w ustach, nie licząc jednej półsurowej ryby, którą podarował mi zdziwaczały bocian kręcący się po plaży. – Tak, Filip rzeczywiście jest odmieńcem – powiedział Woroszyłow. – Pokręciło mu się w głowie od kiedy stracił swoją partnerkę. Zaplątała się w sieci, nie umiał jej pomóc. Baliśmy się nawet, że coś sobie zrobi. Teraz i tak jest z nim dużo lepiej.

Kirow parzył czaj, pozostali zabrali się do krojenia bułek i smarowania ich grubo masłem. Nie byłem im specjalnie potrzebny, więc wyszedłem na słońce, by dosuszyć w jego cieple włosy. Bungalowy były nadal skryte w cieniu rzucanym przez wydmy, wszedłem więc na szczyt piaskowego wzniesienia i chciałem już oddać wilgotne koniuszki włosów kojącemu działaniu słonecznych promieni, gdy spostrzegłem Filipa, kroczącego w swoim stylu, dostojnie i dumnie, wzdłuż linii morza. Teraz, po tym co usłyszałem na jego temat od Woroszyłowa, nie potrafiłem już patrzeć na niego jak na ptasiego szaleńca, wydał mi się członkiem tego samego stada, do którego ja sam należałem: bo także właśnie w tych dniach traciłem swoją życiową partnerkę. Filip obejrzał się w pewnej chwili, spojrzał na mnie i, jak mi się wydawało, zamachał radośnie skrzydłami pokrzykując wesoło w swoim bocianim języku. Wyglądało to tak, jakby chciał mi pokazać całym sobą, najbardziej obrazowo, jak tylko potrafił, że po tym wszystkim, co nas obu spotyka, po utracie najważniejszego, bo jedynego, celu, można jeszcze czerpać całymi garściami z życia. – Trocki – usłyszałem z dołu. – Gdzie ty się podziewasz? Czaj ci stygnie!

Wyjaśniłem, dla porządku, że musiałem wyjść za potrzebą, co nie było do końca kłamstwem, ponieważ nie tłumaczyłem przecież, jaką potrzebę mam na myśli (3), usiadłem w wygodnym plażowym koszu i w tej samej chwili osłupiałem, widząc przed sobą kanapkową ucztę, godną carskiego stołu. Po chwili wymuszonego z trudem milczenia, zacząłem ich wypytywać, jak zdobyli to wszystko w kraju, w którym na półkach sklepowych nie ma nawet octu, skąd wzięli prawdziwe, nie solone masło, szynkę bez cienia tłuszczu, węgierskie salami, ogórki konserwowe, zieloną i czerwoną paprykę, nie wspominając o szklaneczkach pełnych najprawdziwszego pomarańczowego soku firmy „Dodoni” oraz ptasim mleczku i delicjach na deser. Kirow zaśmiał się najgłośniej, rozejrzał się po twarzach pozostałych i uzyskawszy widocznie ich osobiste pozwolenie, wyrażone nie znanym mi kodem, zaczął trochę mistycznym językiem wyjaśniać naturę tych nadprzyrodzonych zjawisk. – Mówiłem ci, że potrafimy o siebie zadbać, gdy proponowałem ci zamieszkanie w twoim bungalowie. Jesteśmy ludźmi czynu, a nie ludźmi słowa, robimy więcej, niż mówimy, przekonasz się o tym. – Nic nie rozumiałem z tych słów, to znaczy rozumiałem każde z nich z osobna, ale nie łączyły się one w zrozumiałe dla mnie zdania, a tym bardziej nie wyjaśniały przyczyny tej kulinarnej obfitości. Jakiego rodzaju czyny i słowa miał na myśli? Co takiego robili i o czym mówili? Czym się zajmowali? Kim właściwie byli ci ludzie? – Kim? – Kirow śmiał się nadal, musiałem mieć niezbyt roztargniętą minę patrząc na tę smakową orgię. – Oficjalnie nie istniejemy, musimy więc robić rzeczy, których także oficjalnie nie ma. A w tym kraju, jak wiesz, brakuje niemal wszystkiego. Mamy więc duży wybór. Wspieramy rybołówstwo, produkcję, handel i usługi. Taki Mołotow, na przykład, pomaga rybakom wyciągnąć kutry na brzeg, jest w tym lepszy od wyciągów z silnikiem Diesla. A w zamian za to, rybacy przewożą dla nas pod rybami różne deficytowe dobra, o na przykład whisky lub absynt – wskazał na panoszące się wszędzie flaszki o różnym poziomie zawartości. – Piłeś kiedyś wodę z sokiem z saturatora? – kiwnąłem oczywiście głową, co innego miałbym pić w upalny dzień, colę kupowało się tylko na święta. – No widzisz, to nawet ty nieświadomie napełniałeś nam kiesę. Wszystkie wózki w mieście należą do nas. I produkcja woreczków z napojami, tymi nabijanymi na słomkę. Drewniaki? To my. Ciuchy w komisach? To też my. Długo by wymieniać, Trocki, nawet handel walutą mamy pod kontrolą. Tylko badylarskiego interesu nie ruszamy. Bo to za ciężkie.

Jakoś nie chciało mi się wierzyć w te brednie, z całym szacunkiem, ale nic poza nadmiernie rozbudowanym śniadaniem i przesadną ilością alkoholu wokół nie wskazywało na to, że stan posiadania tych ludzi odbiegał znacząco na korzyść od średniej krajowej. Przeciwnie wręcz, ich bezpośrednie otoczenie dowodziło, że są ubożsi od przeciętnego robotnika z hutniczej walcowni, dowodziły tego ich pożal się Boże nieruchomości, meble plażowe, że się tak wyrażę, znoszone ubrania i trzymane w rękach pogięte sztućce. A dowodem ostatecznym i pogrążającym ich wszystkich był widoczny gołym okiem brak kobiet, bo nikt mi nie wmówi, że tacy bogacze nie przyciągnęliby młodych, zniewalających urodą dziewcząt, one lgną przecież, jak, powszechnie wiadomo, do pieniędzy, jak nie przymierzając, muchy do, powiedzmy, pszczoły do miodu. Całą czwórka, bez wyjątku, wyglądała na nadto aż zdrową, a mężczyźni w sile wieku potrzebują bliskości kobiet, tak było, jest i będzie, jak historia długa i szeroka, ja też nie jestem wyjątkiem, od pierwszego dnia mojego życia nieprzerwanie korzystałem z obecności kobiet, wpierw niani, potem matki, babci i kilku koleżanek, zastąpionych jednoosobowo przez moją ukochaną, jedyną, prześliczną Żabcię, której nie odstępowałem nawet na krok od dnia ślubu, z wyjątkiem dwóch kursokonferencji, z jakich nie potrafiłem się wywinąć (4), aż do przedwczoraj, kiedy to zostałem od niej rozdzielony, wbrew mojej woli, mimo okazywanego oporu, bo jaki normalny facet sam siebie skazywałby na samotność? No chyba że – prąd przeszedł mi po plecach – chyba że mamy do czynienia z mężczyznami nienormalnymi, takimi, o jakich opowiadał ksiądz na ostatniej kolędzie, takimi, którzy od towarzystwa kobiet wolą towarzystwo mężczyzn i wzajemne dotykanie się w nieprzyzwoitych miejscach. – Kobiety? – tym razem najgłośniej śmiał się Jeżow. – Bycie z kobietą jest kosztotwórcze. I strasznie męczące. One ględzą na okrągło, włażą na głowę, zajmują czas i kompletnie niczego nie rozumieją. Ci, którzy żyją w zgodzie ze społeczeństwem, muszą się stosować do panujących w nich norm, dlatego żenią się bez sensu lub w najlepszym razie żyją z tymi łachmytami na kocią łapę. My niczego nie musimy. Bierzemy je wtedy, gdy mamy na to ochotę. I raczej staramy się zarabiać na kobietach, niż wydawać na nie pieniądze. – Zarabiać na kobietach? O tym jeszcze nie słyszałem, o czym ten kurdupel opowiadał, jaka kobieta pozwoliłaby takiemu wypierdkowi zarobić na sobie? I w jaki, ciekawe, sposób? To nie tylko przemytnicy, prywaciarze i wszelcy możliwi szubrawcy, to mi pachniało zwykłym podłym sutenerstwem, czerpaniem zysku z haniebnego upadku kobiet, które nie rozumiały, że do wszystkiego w życiu można dojść prostą drogą, krok po kroku, bez ryzykownych skrótów. – Ty za dużo kombinujesz, Trocki. – Woroszyłow przemówił swym ponurym głosem. – Przekonasz się sam. Masz ładny garnitur, a to podstawa. Będziesz chciał to Jeżow albo Kirow zabiorą cię ze sobą. Zobaczysz, co i jak. I zdecydujesz, czy w to wchodzisz. Jest tyle losów do wyboru, że starczy dla każdego. Wybierzesz, co zechcesz. Jedno ci tylko powiem: nikt nie ciągnie kutrów tak, jak Mołotow. W tym nikt go nie zastąpi, więc nawet nie próbuj. To jego robota i koniec. Kapujesz? – Skinąłem głową bez zastanowienia, ponieważ wcale mi się nie spieszyło do wyciągania kutrów na brzeg, zdziwiłem się właściwe, że komuś mógł taki pomysł przyjść do głowy, sądziłem dotąd, że nie wyglądam na człowieka, którego marzeniem jest paranie się tak niecodziennym zawodem, ale widać nie znałem siebie samego do końca, ktoś powiedział mi wreszcie coś, czego nie byłbym w stanie sam skojarzyć ze swoją osobą, ciekawe, ile jeszcze takich rzeczy mogłem dowiedzieć się o sobie, może wokół mnie krążyło od lat mnóstwo informacji, których nikt nie chciał mi dostarczyć, by nie psuć mi humoru lub w obawie, że, jak każdy posłaniec niosący złe wiadomości, sam na tym ucierpi. Co właściwie wiedziałem o sobie, zajęty bez przerwy uleganiem rytuałom? Ile w tym wszystkim było mnie samego, a ile przypadku albo decyzji innych osób? Na ile moje własne były najważniejsze decyzje, jakie podjąłem w życiu: szkoła średnia, studia, mieszkanie, nawet moja ukochana, jedyna, prześliczna Żabcia? Przecież wszystkie tego typu zobowiązania, wyznaczające potem tory całego życia, podejmuje się nie wiedząc kompletnie, co kryje się za danym słowem. Szkołę wybiera się w wieku piętnastu lat, co taki młody człowiek może wiedzieć o wyższości liceum nad technikum? Nie lepiej jest ze studiami, jak można w wieku dziewiętnastu lat sensownie zdecydować o branży, w której spędzi się resztę zawodowego życia? Co wiemy o kobietach żeniąc się z nimi? Co wiemy o dzielnicach i domach, do których się wprowadzamy? Gdyby człowiek miał chociaż część wiedzy potrzebnej do właściwej oceny konsekwencji wyboru, gdyby miał, powiedzmy dwadzieścia lat, decydując się na daną szkołę średnią, powiedzmy trzydzieści lat, wybierając kierunek studiów, a czterdziestkę żeniąc się, nie popełniałby tak oczywistych błędów, nie cierpiałby tak bardzo na przedmiotach, które przeoczył wertując plan nauczania i nie przecierałby oczu na widok żony w papilotach. A może byłoby jeszcze gorzej, posiadając taki rezerwuar wiedzy, człowiek męczyłby się bez końca z podjęciem najprostszej decyzji, może potrzebna jest odrobina głupoty, by odrzucić alternatywne korzyści, bo w przeciwnym razie nie wybrałby żadnej szkoły średniej aż do późnej starości. – Ale ten nasz Trocki to filozof (5) – zaśmiał się Mołotow. – Jak żyje, nie słyszał, by ktoś dumał nad takimi sprawami. Mołotow bierze życie takim, jakie jest. Dla niego zima ma być zimą, a lato latem. To, co je rano nazywa śniadaniem, a to co je wieczorem nazywa kolacją i nie patrzy, czy jest to do siebie podobne, czy nie.

A on, niech popatrzy, przegadał całe śniadanie i zostały mu tylko najgorsze kanapki, te, których nie chciał nawet Mołotow. A on ponoć je wszystko.

„Ewa leży obok niego. Wtulona. W jego ramię. Rotter pali papierosa. Próbując wygasić w sobie. Resztkę pożądania. Patrzy w okno. Z tej perspektywy. Widać skrawek nieba. Znów doganiają go. Te myśli. Nie potrafi do końca. Smakować tego. Co się dzieje. Zawsze ma. Z tym problem. Nie jest szczególnie. Doświadczony. „Doświadczony” w tym sensie. Ale zawsze. Wydaje mu się. Że trafia z kobietami. Do łóżka zbyt szybko. Niezależnie od tego. Ile przedtem. Trwała by ta znajomość. Nawet po kilku miesiącach. Spotykania się. Wciąż ma uczucie. Że to dzieje się. Zbyt prędko. Ta nagła bliskość. Przeraża go. Są tylko przyjaciółmi. I nagle on. Robi z nią. Te wszystkie rzeczy. A przecież wcale nie musi. Rola seksu. Jest przesadzona. Pakują to. Do każdego filmu. I do każdej książki. A to nie jest. Jedzenie lub picie. Można się. Bez tego obyć.

A ta kobieta. Przełamuje już. Ostatnie tabu. To dzieje się przed. Pierwszym pójściem do kina. Kawiarni, na spacer. To jest dopiero drugi raz. A ona sama z siebie. Bierze mu do ust. I robi mu tak. Do końca. Chyba sprawia jej to? Przyjemność? Jest w tym. Tak dobra. On zna tylko dwie. Prawdziwe kurwy. Ale nawet one. Nie robią tego. Tak dobrze.

Więc to chyba. Niemożliwe. By sypiała tylko. Ze swoim mężem. Kiedy on wychodzi. Do pracy. Zaprasza tutaj kogoś. Robi to. W ich łóżku. Albo wychodzi gdzieś. Nie. To do niej. Niepodobne.

Muszą wstawać. Słuchać już. Tupanie na schodach. Chłopcy wbiegają. Do mieszkania. Szturchają się. Na każdym kroku. Patrzą trochę niepewnie. Na zmieszanych dorosłych. Dopiero teraz? Ślą łóżko?

Opowiadają. Jeden przez drugiego. O tym, co słychać. W szkole. Wygląda to tak. Jakby mówili bardziej. Do obcego mężczyzny. Niż do. Własnej matki. Ale on przecież. Lepiej rozumie. Czym jest gra w kapsle. I co to znaczy. Gdy ktoś. Obroni trzy karne z rzędu!
Rotter wciąż. Nie może do tego przywyknąć. To jest chyba. Jeszcze trudniejsze. Od tego, co. Dzieje się pomiędzy dorosłymi. Cały jego organizm. Broni się przed tą. Nieproszoną bliskością. Bardziej, niż. Przed tym jej otwieraniem się. Na jego pożądanie. Wydaje się, że ci chłopcy. Z każdą godziną. Topią w sobie. Kolejne pokłady nieufności. Zaczynają go traktować jak. Dalekiego członka rodziny. Nieobecnego dotąd w ich życiu. Wujka. O którym opowiada się. Przy każdej rodzinnym spotkaniu. To śmieszne. Uświadamia sobie. Z całą jaskrawością. Mieszka od matury. W służbowym mieszkaniu. Pozbawionym śladu. Kobiecej ręki. Nigdy nawet przez myśl. Mu nie przemyka. By miał założyć rodzinę. Zanurzyć się w pieluchach. I w oparach. Gotowanej kapusty. A oto. Bez najmniejszego wysiłku. Właściwie. Wbrew jego woli. Otrzymuje w darze. Kompletną rodzinę. Podhodowaną jak owoc. Nie musi nawet. Wyciągać ręki. Ona spada mu sama. Pod nogi. Jak newtonowskie jabłko”.

Adam Ubertowski

PRZYPISY:

(1) Fundowanych przez FWP, zwykle w domkach kempingowych, bez kibla i ciepłej wody.

(2) W tzw. dużej (starej) Jugosławii, w odróżnieniu od małej (nowej); niedouczona nauczycielka miała zapewne na myśli Chorwację, z jej skałami i przejrzystą wodą, bo nie chodziło jej o chyba o Macedonię lub Bośnię i Hercegowinę?

(3) Np. mogłem mieć na myśli potrzebę duchową.

(4) Dla porównania: współczynnik kursokonferencja/osoborok wynosił wówczas siedem koma osiem;

(5) Faktycznie było to takie trochę inteligenckie bla, bla, bla.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas