poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ BIAŁKOWSKI
Ucieczka
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

Kiedyś postanowiłem wyjechać. Zostawić na zawsze kraj mleka i miodu, co nie dla mnie. Rzucić wszystko w cholerę. Było to o tyle łatwe, bo, jak wiecie, nie miałem co rzucać. W podobnej sytuacji był Gruby. On co najwyżej mógł zrzucić parę kilo sadła. „Gruby, to kraj nie dla nas. Do niczego tu nie dojdziemy. Zresztą, Polak ma w genach tułaczkę. To niejako nasz patriotyczny obowiązek. Pamiętasz, Wielka Emigracja, tysiące co zostały na Zachodzie po wojnie, w Stanie Wojennym? No to teraz pora na nas. To będzie nasz wkład w dziejową kolei. My się, Gruby, poświęcimy. Dla naszych dzieci. Dla przyszłych pokoleń!” Gruby nie bardzo załapał z tymi dziećmi. Zaklinał się, że żadnych dzieci to on nie ma. Pół dnia musiałem mu tłumaczyć, że to taka przenośnia czyli metafora. Znana też jako metonimia. Zażądał, abym go nie obrażał, bo inaczej nigdzie ze mną nie pojedzie. Wreszcie zaciągnąłem go do biura podróży o malowniczej i sugestywnej nazwie,,Już nigdy tu nie wrócisz”. To było to, czego szukaliśmy. Właściciel firmy, szczupły elegant, błyskawicznie znalazł w nas doskonały materiał na tułaczy. „Biedni, młodzi ludzie” – zaczął – „Cóż za grzechów musieli dopuścić się nasi dziadowie, ich dziadowie, dziadowie tych dziadów, że teraz wy musicie dziadować za granicą!” – w oku stanęła mu błyszcząca łza. Zdjął ją zaraz wprawnym ruchem lewego kciuka, poprawił krawat i wygrzebał z szuflady solidnego biurka dokumenty uprawniające do ucieczki w lepsze życie. – „Tu macie adres kontaktowy w Monachium”. – Zapachniało konspirą – „Przejmie was tam mój człowiek. Zapłacicie mu po dwieście euro za mieszkanie. A że pewnie takich pieniędzy nie macie, noclegu nie będzie. Macie jednak szczęście, przecież jest lato. Co nie znaczy, że ten wasz dług, czyli owe dwie setki wam się umożą. Nie ma tak lekko. Odpracujecie je u bauera z alpejskiej wioski. Będziecie spać w stodole, na klepisku, za które zresztą będziecie płacić. Posiłki na miejscu. Co do ceny, to dogadacie się z rolnikiem. A że prawdopodobnie nie znacie języka, wasz pracodawca potrąci sobie z dniówki kwotę, jaką uzna za stosowne. Ja od tego zabiorę jakieś piętnaście, dwadzieścia procent plus dług, no ten, pamiętacie. Początkowy, za nocleg. A ponieważ wyjeżdżacie do kraju cywilizowanego, musicie wiedzieć, że w takim kraju płaci się odsetki. Od tego długu, pamiętacie. Dwadzieścia procent. Płaci się też podatki, ale wyobraźcie sobie, że moja firma umożliwia wam obejście tej nieprzyjemnej strony waszej wyprawy. – Uśmiechnął się szeroko – Jeżeli będziecie mało jeść i dużo pracować, jest szansa, że po kilku miesiącach spania na klepisku stać was będzie na snopek siana, który przy odrobinie wyobraźni i znacznie większej pracowitości zamienicie na żelazną pryczę. Po roku ciężkiej harówki i wyrzeczeń opuścicie chlew i zaprzyjaźnione bydlątka, zamieszkacie w przybudówce stajni. Nie mówię, że będzie lekko, co to to nie! Widzicie, że jestem szczery i uczciwy. Nie obiecuję złotych gór. Ale zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie siebie za pięć, no góra dziesięć lat!” – Zamknąłem oczy i zachciało mi się płakać. Co innego Gruby. – „Ja cież nie pierdolę! Normalnie jak w filmie, od pucybuta do milionera!” – darł się roztrzęsiony. Chyba bardziej od świniopasa do ujarzmiacza byków, pomyślałem. Ale nic to, lepiej tak niż wcale. Zawsze można dorobić do tego ideologię. Wielka Przygoda, Wielka Emigracja, Wielkanoc w stodole. Cóż, jakie czasy, tacy emigranci. Tak więc, przedstawiciel firmy turystycznej zdarł z nas wszystko, co było do zdarcia, życzył szczęścia, błysnął złotym zegarkiem i subtelnie wyrzucił za drzwi. Przez telefon pożegnałem się z rodziną. Ruszyliśmy na dworzec. Mieliśmy jechać pociągiem do Gdyni, tam czekała nas przesiadka do autokaru i podróż w towarzystwie grupy rodaków do stolicy kraju za Odrą.

Przed dworcem, miast umówionego autokaru z tv sat, prysznicem, lodówką i wieloma innymi bajerami firmy,,Już nigdy tu nie wrócisz”, stał stary Mercedes Bus z logo rzeczonej firmy na obdrapanych drzwiach. Obok auta czekał kierowca i jak się później okazało współwłaściciel firmy Pan Bimbała. Człowiek dowcipny i wygadany. Już na samym wstępie poprosił nas o dwie setki na zakup paliwa „bo mi się karta zacina, nie mam jak wyjąć forsy, ale to się potem, moi państwo, policzymy”. Co było robić, zapłaciliśmy. Zresztą, dwie setki, za drogę do lepszego świata, to żadne pieniądze. Poza tym Pan Bimbała przecież obiecał oddać jak tylko dotrzemy do Zgorzelca, nad granicę. Zajęliśmy miejsca na ostatnich siedzeniach. Czekaliśmy na pozostałych uczestników eskapady. Wkrótce twarde fotele przed nami zajęły dwie urocze pannice w skąpych strojach, co, zważywszy na porę roku jak i temperaturę było ze wszech miar zrozumiałe. Zaraz po blondynach dosiadł się łysy facet z nastolatkiem. Czekaliśmy na ostatnich pasażerów. W tak zwanym międzyczasie Pan Bimbała sypał dowcipami o barwnym życiu nad morzem. Tyle że nikt nie okazywał rozbawienia. Jak się okazało Pan Bimbała, przed dowcipami, opowiadał każdemu z wsiadających smutną historię „o karcie co się zacięła”. Na koniec wsiadło dwóch facetów, których wkrótce rozszyfrowałem, o zgrozo!, jako gościa z pociągu, który szukał Waldka i jak się domyślacie, Waldka we własnej osobie. Nie wiedzieć czemu, od nich Pan Bimbała forsy na paliwo nie chciał. Być może uznał, że to co wyrwał od nas, w zupełności mu wystarczy. Waldek z kumplem rozłożyli się tuż przed nami. Uchyliłem lekko okno, Gruby od jakiegoś czasu spał ze ślinotokiem, a Pan Bimbała przekręcił kluczyk w stacyjce. Z radia potoczyły się słowa biesiadnej piosenki:

„Wielu ludzi ma interes
Dobrze im się kręci
Mają duże już pieniądze
Jeszcze większe chęci…”

O zakupie paliwa Pan Bimbała chyba zapomniał. Zachodziło słońce, opuszczaliśmy Gdynię. Dziewczyny przeglądały jakiś katalog, co chwila chichocąc, łysy facet tłumaczył coś nastolatkowi ostro gestykulując, a Waldek z kumplem syknęli otwieranymi puszkami z piwem. Ja rozmyślałem o przyszłości, o tym co zrobię z pierwszymi prawdziwymi pieniędzmi, ile odłożę przez miesiąc, rok, dziesięć lat. Postanowiłem, że będę oszczędny, ale nie skąpy. Będę podróżował, zwiedzał, poznawał ludzi, ich zwyczaje i języki. Pomogę rodzinie w kraju. Ojcu przyślę miniaturkę Wieży Eiffla, matce… Co ja przyślę mamusi? Zastanawiałem się nad kolorem miksera dla mamy, gdy przemówił ten, który był Waldkiem:

…Miałem adinoczkę, wiesz, bączka. W barczewskiej akademii. Bioterapię robił mi biskup co drugi dzień. Walewicz, tak się nazywał. Może znasz? Chciał wziąć mnie na huki, że niby zrobiłem berka frajerowi z zejściem śmiertelnym. A frajer rozumiesz, bazyliszek. Blachmani znaleźli przy nim berło, że niby ja tym berłem tamtego przetrąciłem. Straszyli, że dostanę bez oddechu.

– Eee, kitujesz.

– Bez kalendarza! Tak było! Gdzie mnie spotkałeś, no? W Olsztynie. A skąd się tam wziąłem, no?

– Z akademii barczewskiej?

– Tak było, Eryk. Z bomby mnie wzięli, pierwszego dnia. Brali za gardło codziennie. A ja nic! Z aidsem nie gadam! Zamkli mnie w betlejemce, żeby zmiękczyć. Do żarcia tylko chleb, woda i asfaltowe lastryko.

– A ja tam lubię salceson.

– Ale nie przez trzy miesiące! No to ten biskup Walewicz mi gada, że znaleźli adama, co widział jak wchodziłem do tego bazyliszka.

– Pogięło cię!? Na ambonę lazłeś? Po co?

– Nie na ambonę, tylko do klasztoru. Katolik jestem, kościołów nie robię. Ty wiesz jakie oni tam bawidełka mają! A zakon niby bosy… – A ten adam też bazyliszek?

– Też. Między ławkami siedział, modlił się. Ale go nie przyfilowałem. No to wlazłem „na balkonik”. Klucz wcześniej sobie dorobiłem… I mnie zatkało! Znasz mnie, bledniak jestem, tylko drobnicę biere, tak bezpieczniej. A tam, kurwa, tyle dobra! Nic, pakuję do sakwy. A tu nagle ten bazyliszek wyłazi. Patrzy na mnie, na bawidełka. Bławaty mu się ze strachu okrągłe robią i drzeć się zaczyna. No to ja w odwrót, berka robił nie będę. Ja nie aligator, a złodziej jestem. Na bandzirkę nie idę. Tym bardziej bazyliszka.

– No to jak się stało, że ten benek cię przekręcił? Dlaczego ciebie na bucie trzymali?

– Bo mnie wrobić chcieli. Ten biskup Walewicz głównie. A ja tylko obróciłem się na pięcie i z blindą chodu!

– Była blinda?

– Ze trzy kilo. Ale co z tego. Bazyliszki powiadomiły bakterie. Trzy suki zajechały.

– A ten bazyliszek, jak się przekręcił? Acetylenu się na uspokojenie napił?

– Przestań. To małolat zrobił. Na bliku go postawiłem. A ten zamiast wiać jak się ciepło zrobiło, to wziął berełko i bazyliszka zdzielił przez łeb. Tak z dziesięć razy. Głupi ten małolat był, z bidula. Miesiąc wcześniej brał z chłopakami pod kolejkę, a tu Al Capone. Jego pierwszego bakterie dorwały.

Waldek dopił piwo, sięgnął po nową puszkę. Pogodny głos z głośników śpiewał:

„A ja mam dwie lewe ręce
Ale dobrze nimi kręce
Kręcę nimi w obie strony
Bo się bardzo boję żony!”

Waldek poczęstował kompana papierosem, przypalili. A kiedy podróżni obdarzyli ich złym spojrzeniem, wywalili w ich kierunku kłęby dymu. Opowieść toczyła się nieśpiesznie dalej: Se siedziałem w adinoczce. Czasem biskup zawołał. Ajer zbuki puchły. O babranku zapomnij. Na bucie nie pobecujesz w kit. Bo i kogo? A krew nie woda, wiesz jak jest. Bawić się musiałem, brandzel tata szedł. Tak trzy miechy. Schudłem od tego.

– A co z małolatem?

– Młodego biskup brał na lep. Ale ten charakterny chłopak był, to się nie dawał. Mońkę mu chłopaki podali i białaczkę se zrobił. Taką, że jucha całą adinoczkę zalała, bo jego też na bucie trzymali. Z nikim nie pobajerzysz. No to wzięli go z tego bączka, debile, na bośnię. Wity mu poszyli, chociaż zębami co i raz rozrywał szwy. Wydobrzał chłopak. Ale na bośni jak to na bośni. Jeden wielki balet. Dostaniesz wszystko. Akcja es co noc. Biały pył, alfka, bambino, ambrozja. Skolko ugodno. Apropakiem został. Na ambie cały czas chodził. W kieszeni aparat z igłą, w drugiej ameba. Młody organizm szybko się oswaja. Aptekarzem się stał. Rozumiesz, już nie żarty. Błękit królewski, brzoskwinia, brody… No i któregoś dnia, głupi buzol, wziął w żyłę bohaterki. Za dużo wziął. Chociaż mówili, że to bachor był. Jakie tam samobójstwo? Za dużo wziął. Każdy aptekarz tak kończy… Jaki bachor…

Waldek wzniósł puszkę nad nasze głowy.

– Za małolata! Że się bioterapii nie poddał! A przecież mógł, na bliku tylko stał, to mnie tego bazyliszka chcieli przybić! Za małolata!

„Każdy robi dziś swój biznes
Kręci w różne strony
Ja choć kręcę na dwie ręce
Nie starcza dla żony…”

Śpiewał radosny głos. Dziewczyny szeleściły kartkami, łysy gestykulował, Pan Bimbała lawirował między domami jakiegoś miasteczka, z okien sączyło się światło. Gruby chrapał, a Waldek zapytał Eryka: A ty jak żyjesz?

– No co ci będę ściemniał. Najczęściej idę na brzytewkę, w autobusach. Czasem w marketach, gdzie gęsto. A czasem z bokowca jak widzę, że fant w kieszeni benka siedzi. Za małolata to robiłem na biegu, ale lata już nie te, nie ten zryw. Jeszcze by mnie benek dogonił. Głównie chodzi się po dworcu.

– Na berzę?

– Ta, na berzę i na ban. W pociągach i na peronach. – No, widziałem dzisiaj.

– A na blaszkę?

– Widzisz moje palce?

– Widzę. Zgrabne.

– No i co? Jak myślisz?

– Myślę, że na blaszkę robisz też.

Obaj zaczęli się śmiać.

– Panowie, czy nie moglibyście nieco ciszej? – łysy wtrącił się w konwersację znajomków. – Syn musi się przespać, jedziemy na testy do Herty. To życiowa szansa dla niego. Proszę was..! On będzie wielkim piłkarzem!

– Prosi to się świnia. My, Belfegor, nie wiemy czy ty i twoja babka z jajami jedziecie do Herty czy Berty. Machasz i machasz witami, aż ci je kto utrąci. A może małolat ci tam pod kocem w buzię leci? Uważaj, żeby ci nie odgryzł!- Waldek rzucił w łysego niedopitą puszką – Patrz, Eryczku, jak go wystrzygli! Na bonanzę!

– Nie, Belfegor jest sam z siebie łysy. – Eryczek poklepał łysinę mężczyzny, zajrzał pod koc. – Nielat kima, wziął z kindybała i teraz kima.

– To skandal! Panie kierowco, niech pan coś zrobi! – zapiszczał łysy.

Ale Pan Bimbała tylko przekręcił gałkę w zestawie stereo i usłyszeliśmy:

„Chciałem robić wielkie rzeczy
Ale mi nie wyszło
Dużo szmalu w tym straciłem
I rzuciłem wszystkooo!”

– A wy, Adele, gdzie jedziecie? Do Rzeszy? – Eryczek zmienił rozmówców. – No co, nawijajcie jak pytam. Jakie porządne!

– Betoniary, chodźcie do nas! – zapraszał Waldek.

– Kolega ma braki. No, Adele, nie grajcie świętych. Widać, że na ulicy robicie. Patrz, Waldeczku, jaką ta blondi ma biodrówkę!

– Ty, Eryk, one na błysk robią. Zamiast wziąć na kołtunek to jeszcze bęcki dostaniesz. Ha, ha!

– Od kogo? Od łysego? To ich albert? Ich i nielata?

– Te, albert, podeślij blondynę niech weźmie z kindybała!

– Jaki to albert? To afrykaniec, słoiki z ogórkami po piwnicach bierze. W brudach robi.

– To prawda, Belfegor, że słoiki kradniesz?

– Ha, haaaa!

I stało się to co było nieuchronne. Waldek z Erykiem wreszcie dostrzegli naszą skromną parę, nieśmiało wciśniętą w tył busa.

– Te, Aż Zakwitną Kasztany!

– Panowie mówią do mnie? – bardzo, ale to bardzo, cicho zapytałem. – Do ciebie bakterio – teraz nie miałem wątpliwości. – Po co jedziesz do Rzeszy?

– Ty, Waldek, ja go skądś znam. Czy on nie był we Wronkach biurokratą?

– Ale jako kto? – czułem, że odbywa się nade mną jakaś tajemnicza weryfikacja. – Toż nie biuralista!

– Myślisz, że urzędnik? Faktycznie, wygląda jak bakteria. Jesteś bakteria? Gdyby to było dla mnie korzystne, mógłbym być i nawet salmonellą. – Dzieciaki uczysz?

– Mówię ci, to biurokrata. Ja go skądś znam.

– Robisz we więzieniu? Jesteś urzędnik?

– Ty, Eryk, a może to blachman?!

– Ta, jeszcze powiesz, że blankiet zaraz wyciągnie za jazdę bez biletu! Teraz rzucili się na Grubego.

– Patrz, jaką samarę ma ten obok, ten grubas!

– Jak gruby to jaką ma mieć?

– Dawaj go! Do biesiady!

Ale Gruby, jak zwykle, miał szczęście, bo na ratunek mu przyszedł Pan Bimbała, który, jak się okazało, doskonale znał Eryczka.

– Koniec tej zabawy Eryk! Co mi pasażerów straszycie!

Waldka jakby znał mniej, bo usłyszał krótkie spierdalaj! A zaraz po nim:

– Ty, bezarabie, co nas na huki będziesz brał?! Dawaj go Eryk, bez buchu, za okno dziada. Ja poprowadzę!

I rzucił się do biednego Pana Bimbały z łapami. A kiedy leciał nie omieszkał dodać: – A wy, kurwy tu zebrane, bójcie się!

Tego, przynajmniej dla nas, było za dużo. Zostawiając na siedzeniach skromny sakwojaż daliśmy dyla do drzwi, wskoczyliśmy do rowu. Mercedes widmo pognał dalej w ciemności. Całą noc przesiedzieliśmy w krzakach w obawie przed powrotem tamtych. Gruby zasnął, ja nie zmrużyłem oka. Myślałem o naszej przyszłości. O pracy w Niemczech. Jak nie u bauera przy dojeniu krów, to u Waldka jako czeladnik w fachu złodziejskim, z czasem awansowałbym na włamywacza, kto wie, może zostałbym znanym bandytą? Na pewno zaś damą do towarzystwa, regularnie posuwaną. W mercedesie Pana Bimbały zostały nasze rzeczy, którymi z pewnością zajęli się Waldek z Eryczkiem. Nie spodziewałem się ich zwrotu. Nie mieliśmy dokumentów, pieniądze na starcie zajął kierowca, a Gruby nad ranem wydarł się, że chce jeść. O świcie ruszyliśmy do najbliższej osady.

Tomasz Białkowski

(fragm. powieści „Mistrzostwo świata”)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas