poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MIŁKA MALZAHN
Ciotka W.O. (fragment)
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

Nie pamiętam, kiedy postanowiłam pomagać Ciotce W.O, może wtedy, gdy mnie wzruszyła po raz pierwszy. Opowiadałam ci o tym. A było tak: jak zwykle piłyśmy herbatę i Ciotka W.O. bez skargi, odruchowo, rozcierała nadwyrężone sprzątaniem nadgarstki. Lubiłaś Ciotkę W.O. Tak jak ja.

Przyglądałam się temu rozcieraniu i było mi przykro. Uświadomiłam sobie, że pomimo tych wszystkich mopów, maszyn czyszczących i innych technicznie przemyślanych ułatwień naprawdę można się nadwyrężyć sprzątając. Ciotka W.O. nie była młoda i gdyby miała inne źródła dochodu z pewnością by nie sprzątała (tak właśnie pomyślałam, lecz czemu? Nie pamiętam).

Powiedziałam, że raz w tygodniu będę jej pomagać.

Uważałaś, że nie umiem sprzątać i było w tym trochę racji. Zresztą nadal nie umiem. Nigdy nie potrafiłam wyczyścić na błysk jednego pokoju z kuchnią, poza tym uważałam, że błysk do niczego mi się nie przyda. Ale obce korytarze, tak, to co innego. Z całą pewnością są bardziej skłonne do połysku, z całą pewnością mogę je sprzątać tak jak Ciotka W.O.

Ciotka W.O. uśmiechnęła się wtedy do mnie, podziękowała mówiąc, że trzeba mieć do tego dryg i że sprawdzimy czy go mam. W gruncie rzeczy też byłam tego ciekawa.

– Ale przedtem – dodała – poopowiadamy sobie na rozgrzewkę jakieś tajemnicze historie, co ty na to?

Byłam za! Za! Ucieszyłam się, bo historyjki Ciotki W.O. nie były plotkami, nie były bajkami, nie były pogaduchami. Myślę, że ciotka W.O. nie opowiadała ich zbyt wielu osobom. Uchodziła za osobę małomówną, co mi się wręcz w głowie nie mieściło. Ale w kontaktach z obcymi rzeczywiście taka była. Może z obawy przed dosłownością sąsiadek, może z innych, nieznanych mi bliżej powodów. Zapewne Ciotka W.O. ujęłaby to inaczej. Precyzyjniej, jak sądzę.

– Przydarzyła mi się taka historia... – zaczęła, zaciągając się papierosem, pierwszym i jedynym tego dnia. Ciotka W.O. paliła tylko jednego papierosa dziennie, cieniutkiego, aromatycznego, wyjątkowego. – Dostałam list. O, tak – zamyśliła się. – Był dziwny. Zanim zaczęłam go czytać przeżegnałam się kilka razy – uśmiechnęła się jakby przepraszająco i drwiąco zarazem. – Moja Prababcia tak robiła – wyjaśniła nie przestając się uśmiechać. Kiwnęłam głową na znak zrozumienia, wcale mnie to nie zdziwiło. Starałam się, by mnie nie dziwiło. Nic.

Równie dobrze Ciotka W.O. mogła wyjąć z szuflady liść sałaty napluć na niego i wyrzucić przez okno, też bym nie doznała szoku. Po prostu to była Ciotka W.O.!

– Pisała do mnie dawna znajoma – kontynuowała Ciotka, zniżając głos prawie do szeptu. – Pisała zielonym atramentem o czasach, których już nie pamiętam, a w których ona spotkała pewną kobietę i właśnie teraz chciała mi ją przedstawić. – Ciotka W.O. machnęła ręką, odganiając muchę, a może komara, a może ćmę, której i tak nie zobaczyłam. Jestem taka nieuważna. – Ta znajoma – przypomniała Ciotka W.O. – opisała mi historię tej kobiety. Opisała na zielono – roześmiała się, a ja razem z nią, bo śmiech Ciotka W.O. miała zaraźliwy. Kiedy przestałyśmy się śmiać Ciotka W.O. zaskoczyła mnie kompletnie. Mam go tu, o, chcesz zobaczyć? – I wyjęła z szafki list. Siedziałyśmy w małym, zagraconym schowku na szczotki. Pomachała zielonym świstkiem przed moimi oczami. List był pognieciony. Najwyraźniej Ciotka W.O. nie uznała go za szczególnie cenny dokument, więc był też poplamiony, a bliżej nieokreślony płyn gdzieniegdzie rozmył literki. Wzięłam od niej ten świstek i delikatnie rozłożyłam list na kolanach. Pismo wyglądało na bardzo staroświeckie. – Ciotka W.O. strzepała popiół z papierosa na podłogę.

– Daj – zwróciła się do mnie krótko i poważnie – Daj, przeczytam ci. – Nie oponowałam. Mam kłopoty w czytaniem odręcznego pisma, poza tym, wolałam usłyszeć historię opowiedzianą niskim, przepalonym głosem Ciotki W.O. (zarzekała się, że tak mówiła od dziecka. I nie słyszałam by ktokolwiek temu zaprzeczał. Zresztą nie znałam nikogo, kto znałby w dzieciństwie Ciotkę W.O.) Podałam jej list.

– Zaczyna się tak – popatrzyła na mnie uważnie, a potem założyła okulary, ale nawet nie spojrzała w list. – O tu – stuknęła palcem w górny róg kartki tak mocno, aż przestraszyłam się, że ją uszkodzi. – „Na cześć Arlekina” – zacytowała. – A pod spodem, popatrz, wytłumaczenie: „Z powodu domu, który nie powstał”. – Ciotka uniosła cienkie brwi dając mi do zrozumienia, że już tutaj brak jest sensu i że nie daje głowy za to, co będzie dalej.

– Ta moja znajoma napisała też wiersz – Ciotka znowu stuknęła ponownie palcem w list – Takie były czasy, że wszyscy pisali. No posłuchaj:

„czekałam w tamtym młynie, aż wróci
150 lat temu miały rozpocząć się tańce
niechby był i ten Dom jak marzenie
a było tak, że przyjaciel
mówił, a ja słuchałam zbyt blisko
wziął mnie na ręce i zabrakło mi równowagi
trudno bym czuła coś jeszcze
wymilczał miłość, nikt nigdy do mnie nie wrócił
ani ten Dom, ani ten inny
więc żyliśmy szczęśliwie sto lat,
sto lat umarliśmy w tej samej chwili (i to był wypadek)”

Ciotka pokiwała głową – Słyszałaś kiedyś coś takiego? – Nie – przyznałam. Zgodnie z prawdą.

– Właśnie!– wykrzyknęła, jakby z niedowierzaniem i westchnęła, powstrzymując się od dłuższego komentarza. – Uważaj – ostrzegła mnie – dalej jest tak, że: „to nie było tak! Czekałyśmy w starym młynie, ja i Taromina, moja przyjaciółka z cyrku. To było 150 lat temu, ona miała 35 lat, była drobna, zwinna, jasna, bardzo wesoła. Czesała się w dwa kucyki, przecież mogła wyglądać jak cyrkówka. Byłyśmy z cyrku. A na dole mieszkał Urzędnik, bardzo bogaty. Nie wiadomo dlaczego wybrał sobie na siedzibę stary młyn, stary choć przerobiony. A jednak… stary. Urzędnik był wielki, miał duży, gruszkowaty brzuch, włosy siwe, kręcone, do ramion, chyba nosił perukę. Takie to były czasy. Zamierzchłe.

A ja? Byłam wtedy taka młoda..., ale nie za młoda! Miałam upodobanie do zamaszystych spódnic w owocowych kolorach i jednobarwnych chust, którymi często zasłaniałam usta, żeby nie każdy widział, kiedy sobie drwię.” Chodziło też o zepsute zęby – dodała Ciotka W.O. i co dziwne, naprawdę nie zabrzmiało to złośliwie. – Sto pięćdziesiąt lat temu... – zauważyła Ciotka W.O. i szybko przeszła do czytania – „Poza tym miałam piękny uśmiech i idealne poczucie równowagi. Spacerowałam po linie. Lubiłam balansować na linie.

Mieszkałyśmy w Młynie tymczasowo, czekając aż nasza trupa wróci z wielkiego objazdu, by wybudować Dom Cyrku. Mieszkałyśmy tu ponad rok, żyjąc z życzliwości mieszkańców Przedmieścia, z ulicznych występów tu i tam oraz wiesz, z tego i owego. – Ciotka W.O. zmrużyła oczy, wiedziałam, że wie co znaczy żyć z tego i owego, ale nie zapytałam jej o szczegóły z obawy, że zacznie mi tłumaczyć i nie doczyta do końca. – „Tak, czekałam.” – Ciotka W.O. podjęła wątek, wciąż dość podejrzliwie przyglądając się pismu. – „Tak bardzo czekałam aż wrócą, szczególnie on. Wiedziałam, że gdy wybudujemy wreszcie Dom Cyrku, będziemy mogli rozwinąć skrzydła. Byłam pewna, że to się stanie niedługo, bo nasi od dawna już byli w świecie i choć rzadko dochodziły do nas jakiekolwiek wieści, miałam nadzieję na wielki sukces. Na razie jednak całe Miasto wydawało nam się puste, nawet Przedmieście, jakby powoli gasło. Taromina nie przejmowała się tym tak bardzo jak ja, ale jej także było ciężko. Byłam smutna, gdyż trudno mi się żyło bez Niego. Co on tam robił, kogo poznawał, z kim się kochał – dręczyłam się tym tak często, że Taromina stroiła sobie za mnie żarty. Niewybredne. Pytałam przyjezdnych czy go widzieli, ale nikt nie widział, bo przyjezdni docierali z niedaleka. A trupa była daleko. Byłam smutna, stęskniona, sama.” – Aha sama, sama… – Ciotka popatrzyła na mnie, jakby badając moją reakcję ma opowieść, czy słucham. Szybko pokiwałam głową i Ciotka wróciła do czytania. – „Nie mogłyśmy się doczekać. Dlatego pewnego świątecznego dnia zebrałyśmy znajomych oraz przyjaznych nam i całemu naszemu cyrkowi ludzi, wspólnie postanowiliśmy zrobić coś, by chociaż symbolicznie rozpocząć budowę Domu. Wymyśliliśmy konkurs tańca.”

– Konkurs tańca? – zapytałam. Konkurs tańca nijak nie kojarzył mi się z cyrkiem, szczególnie 150 – letnim.

– „Najlepszym miejscem okazała się stara Chata Pastora” – czytała Ciotka W.O. niewzruszona moim mocnym zdumieniem. – „Od lat nikt tam nie mieszkał, stała na rozstaju dróg, wciąż używana do niejasnych celów, przez Przejezdnych, którzy jakoś tam dbali o nią, zanim ruszyli dalej.” Przejezdni – powtórzyła Ciotka, mnie także bardzo się określenie spodobało.

– Przejezdni – powtórzyłam.

– Nie przeszkadzaj, dobrze? – poprosiła ciotka W.O. – Chcesz usłyszeć dalej?

– Chcę, chcę – powiedziałam. Byłam Przejezdną balansującą na wysokim stołku w przechowalni szczotek Ciotki W.O. Chciałam wiedzieć, co będzie dalej.

– „Posprzątaliśmy Chatę, poprzynosiliśmy krzesła i zydle, było ciasno, a scena okazała się naprawdę mała, lecz wszystko wychodziło nam świetnie. Tamtego dnia, gdy zapadł zmierzch, zdążyliśmy już odpocząć i żartowaliśmy sobie przed Chatą, rozlewając napój do kubków. Zaczynało być parno. Doczekaliśmy się muzyków, którzy przyszli do nas z okolic, słusznie licząc na dobrą zabawę i na nic więcej.

Od zmierzchu powoli schodzili się wszyscy. Pamiętam, że zdążyłam przedtem zajrzeć do młyna, aby się przebrać. Taromina też się wystroiła, wyszłyśmy razem. Na dole usłyszałyśmy, że urzędnik śpiewa przy goleniu. W żadnym calu nie był apetyczny, ale śpiewał wybijając rytm w taki sposób, że tylko spojrzałyśmy na siebie, by potwierdzić nasze podejrzenia. W tym rytmie Urzędnik był pasjonujący. Skomplikowana sekwencja zatrzymała nas na chwilę, pokołysałyśmy biodrami, zrobiłam szpagat na rozgrzewkę, a Taromina stanęła na rękach, przytrzymując stopami spódnicę.

– Wygrasz – powiedziałam. – Z nim na pewno wygrasz konkurs i będziemy mogły zacząć budować Dom.– Taromina patrzyła cały czas na mnie, wracając do ludzkiej pozycji. – Proooszę – dodałam.

Urzędnik oczywiście wybierał się na nasze tańce z jakąś elegancką cizią. Wyszedł z młyna i kroczył dostojnie, lecz dokładnie w takt melodii, którą przed chwilą usłyszałyśmy. Ubrany był w długi, szary surdut, wypiął brzuch i odchylony do tyłu po prostu kroczył z tą kobietą pod rękę. Nie szedł. Kroczył. Popchnęłam Tarominę w jego stronę i zakręciłam spódnicą dookoła nich, śmiejąc się jak najbardziej beztrosko. Taromina wzięła Urzędnika za łokieć, spojrzała mu w oczy i wspiąwszy się na palce szepnęła mu coś do ucha. On skłonił się cizi, zapłacił jej tyle, że nawet nie pisnęła, a potem pocałował dłoń Tarominy i złożył mi niezbyt głęboki, ale fantazyjny ukłon. Odwzajemniłam się tym samym i pobiegłam do Chaty jak na skrzydłach, zostawiając ich za sobą. Wierzyłam, że w jakiś nieoczywisty sposób Taromina i Urzędnik pasują do siebie, z pewnością wytańczą nam pierwszy kawałek Domu. Najważniejszy kawałek, który przeciągnie kolejne kawałki. I Jego przyciągnie też.

Z przejęcia nawet nie rozglądałam się po kawalerach. Zresztą starałam się tego nie robić, przez wzgląd na Niego, na Akrobatę. Nie mniej czułam tę pewność siebie, która powoduje, że nawet niezbyt urodziwa kobieta czuć się może piękna i tajemnicza. Jeśli tylko chce. Mając zamysł, pomysł i będąc tak blisko jego realizacji byłam samym sekretem.” – Była samym sekretem – Ciotka zrobiła pauzę i przyjrzała mi się podejrzliwie. Już chciałam odnieść się do ostatnich słów, gdy zaczęła czytać dalej – „Zanim zdążyłam się zastanowić z kim tego dnia zatańczę, podszedł do mnie przyjaciel mojego Akrobaty, towarzysz dzieciństwa, ten z którym się posprzeczał na śmierć i życie mając 11 lat. Teraz był wysoki, miał proste włosy do ramion, nierównie przycięte i ciemne. Zauważyłam też, że miał jedno oko bardziej niebieskie. Nie zwróciłam na to uwagi… przedtem.

– Zatańczymy – powiedział. Nie, nie zapytał. Powiedział.

Być może właśnie tym stwierdzeniem mnie zaintrygował, choć zaśmiałam się wówczas głośno i odmownie. Uznałam, że jest obcesowy. Zanim jednak pomyślałam o czymkolwiek więcej, on chwycił mnie w talii i wprowadził do największego pokoju w starej Chacie Pastora.

Oczywiście, pomimo otwartych okien, było tu bardzo gorąco i bardzo wspaniale. Ludzie ściśnięci jak gęsi, żartowali głośno, a muzycy głośno stroili instrumenty. Spojrzałam na pary, bo stworzyły się przedziwne tandemy. Byłam zadowolona z popularności imprezy i rozemocjonowana.

Zanim rozpoczął się konkurs, muzycy zagrali na próbę, by tancerze mogli się rozgrzać. Spróbowaliśmy zatańczyć, nigdy przedtem nie bawiliśmy się wspólnie. Przyjaciel Akrobaty objął mnie pewnie i poczułam, że mogę z nim przyzwoicie zatańczyć. Mało tego, chciałam z nim zatańczyć! Wprawdzie nie miałam ochoty skupiać się na jego uścisku, ale to nie było nieprzyjemne. Przez chwilę zwyczajnie kołysaliśmy się, a potem okręcił mnie i niespodziewanie wziął na ręce. To było.. nie, nie pamiętam. Ale to wtedy wyblakła mi nagle pamięć o moim Akrobacie, wyblakło czekanie na cyrk, tęsknota za Domem, chciałam unosić się w górę. Coraz wyżej. I odebrało mi oddech, i zaczęłam się krztusić, więc wyniósł mnie na zewnątrz. A gdy postawił mnie na ziemi, oparłam głowę na jego ramieniu hamując łzy. Przytulił mnie i myślę, że już wiedział, że mogę należeć do niego. Ja tego nie wiedziałam jeszcze, tonęłam. Jakie to było proste. Nie chciałam wypłynąć na powierzchnię. Staliśmy bez ruchu, bez słowa, bez czasu.

Wróciliśmy dopiero, gdy zaczęły tańczyć pierwsze pary, lecz ja nie wróciłam już nigdy.

Tańce jednym wychodziły wspaniale, drugim nie, ale wszyscy bawili się świetnie. Taki to był dzień. Piwa nie brakowało, papierosowy dym zacierał kontury. Do tego zanosiło się na burzę.

Taromina kręciła się jak fryga, klaskała, pokrzykiwała i wesoło flirtowała z Urzędnikiem, w czym dopingowali ją nasi sąsiedzi. Burmistrz Przedmieścia uparł się i nie chciał zatańczyć, ale za to jak tańczyła młoda sklepikarzowa! A żona Szewca chciała koniecznie chodzonego! Stolarz na całe gardło wyśpiewywał rymowanki, a gładko zaczesany cyrulik strasznie płakał i każdy chciał go pocieszać osobiście. Szczególnie średnia córka mleczarza.

Duszne, przedburzowe zamieszanie!

Ale ja i ten, który mnie wybrał, byliśmy z boku. Tańczyliśmy, a potem przysiadłam lekko zdezorientowana na jego kolanach, odgarniał mi włosy uspokajającym gestem i uśmiechał się. Był tak zachwycony, że nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze widziałam taki zachwyt. A, tak, widziałam...

Tańce trwały już długo, wyszliśmy odetchnąć świeżym powietrzem. Czułam, jak wciąż brakowało mi prawdziwie głębokiego oddechu. Tonęłam, ale powoli, tak bardzo powoli, że cierpienie było słodkie. Niósł mnie do młyna, cichą jak sam świt, otuloną w liliową chustę.

Na moim piętrze rozłożyłam gruby, wełniany koc, wiedzieliśmy, że nie będziemy się kochać. Przytuleni patrzyliśmy sobie w oczy.

Dotykał mnie jakbym była ze szkła, a ja z każdym muśnięciem wsiąkałam w niego tak, że kiedy zrobiło się jasno byliśmy już jednakowi.

Prawda jest taka: Dom nigdy nie powstał, cyrk nigdy nie wrócił, a gdy oboje byliśmy wyraźnie starzy, wzięłam mojego mężczyznę za rękę (na łąkach koszono trawy), by znów poleżeć patrząc w niebo, w oczy, w siebie. Chciałam umrzeć razem z nim. W tej chwili (gdy koszono trawy).

Leżąca stara kobieta i stary mężczyzna, walczący z bólem w krzyżu, postanowiliśmy umrzeć. On zdążył w ciągu roku, ja musiałam czekać dłużej.

Wypływałam ze świata odurzona, z niedotlenionym mózgiem, ze starczą demencją, ze wszystkim, czego nie chciałam. Pragnęłam jedynie być z nim. Tak bardzo go kocham także teraz, po śmierci, że nie uwierzysz.” – Ciotka W.O. przerwała czytanie, po ty by mi podać chusteczkę – „A Taromina urodziła dziecko Urzędnikowi. Żyli osobno, lecz mały chłopczyk wyrósł na ważnego człowieka i byli z niego bardzo dumni. Nasz cyrk podobno grywał w pewnym bogatym teatrze. Podobno u Króla R. Akrobata się od nich odłączył i znikł.

– To koniec? – zapytałam cicho, kiedy Ciotka sięgnęła po następną chustkę dla mnie – tak nagle?

– Tak – odłożyła list z powrotem do szuflady.

– A wypadek? Ten z wiersza.

– A widzisz, głupi wiersz.

Nie wiedziałam co powiedzieć.

– Nie odpisałam na ten list i wkrótce o nim całkiem zapomniałam. A nie powinnam.

– Dlaczego? – spytałam, ale Ciotka W.O. milczała – A dlaczego „na cześć Arlekina”?

– Jeszcze nie wiem – Ciotka W.O. stuknęła otwartą dłonią w stolik – ale to się wyjaśni. Może stary człowiek bywał Arlekinem? No to do roboty!!! – Prawie krzyknęła, aż podskoczyłam na równe nogi. Ciotce W.O wszystko się wyjaśniało, albo miało zaraz wyjaśnić. Czasem jej tego zazdrościłam.

Tego dnia sprzątałam dokładnie, jak robot, jak nie ja, myśląc o autorce listu, przyjacielu Akrobaty i młynie. Miało się to nijak do mojego życia. Nijak do sprzątania. Nijak do Ciotki W.O. Ale uporczywie, przez cały dzień, poszukiwałam tropu.

Znajdę go innym razem.


Pamiętasz jak naśmiewałaś się z mojego przewrażliwienia na drobiazgi? Pamiętasz? Nie?

(wypadek /którego nie było/ na skoszonej łące śnił mi się jako katastroficzny obraz)


Miłka O. Malzahn

Powyższy fragment pochodzi z tomu opowiadań „Nie ma Mono”, który ukaże się niebawem nakładem Wydawnictwa „FA-art”.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas