poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z KRZYSZTOFEM UNIŁOWSKIM rozmawia ROBERT OSTASZEWSKI
Różnicująca moc lektury
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)
 
* Wśród prozaików są autorzy, którzy tworzą wprawdzie ciekawą, wartościową prozę, ale nie mogą przebić się do głównego nurtu, tkwią wciąż na marginesie, w niszy, w swoistej „drugiej lidze”. Kogo byś do tej grupy zaliczył?

Swego czasu Jerzy Pilch raczył wyrazić opinię, że narzekania na dyktat mainstreamu, głównego nurtu są nieszczere, bo przecież nie można wskazać nic ciekawego w obszarze niszowym, jakoby przez ten główny nurt stłamszonym. Tyle tylko że ta wypowiedź pojawiła się w szczególnym momencie – gdzieś w okolicach roku 2001 – kiedy tendencje centralizacyjne trzymały się mocno, zaś proza niszowa, by przetrwać, wsłuchiwała się w sygnały płynące z głównego nurtu. Przyznam, że ostatnią książką, która nie zrobiła kariery, a na mnie wywarła spore wrażenie, był „Bicz boży” Adama Ubertowskiego, wydany w 2003 roku. Ale ten akurat utwór miał premierę w „Twórczości” jeszcze w połowie lat 90., więc pochodzi z zupełnie innego okresu! Trzeba jednak dodać, że ostatnio do głosu doszli nowi autorzy i pojawiły się nowe tendencje różnicujące, za których sprawą podział na główny parkiet i te jakoby mniej istotne literackie obrzeża, peryferia, „rynki równoległe” nie przedstawia się już tak ostro jak wcześniej. I może całkiem trafnie oddaje to metafora drugiej ligi, niby deprecjonująca, ale przecież skoro mamy pierwszą, drugą i niższe klasy…

* …to system rozgrywek jest jeden.

Właśnie – a możliwości promocji zdecydowanie większe niż kilka lat wcześniej. Do tego dochodzą próby łączenia kodów charakterystycznych dla różnych obiegów. Przykładu dostarcza środowisko „Ha!artu”, które z jednej strony odwołuje się do etosu kontrkulturowego, z drugiej – chce się przystosować do wymagań głównego nurtu. To samo dotyczy „Lampy” – zresztą można by powiedzieć, że „Ha!art” przejął strategię wypróbowaną wcześniej przez „Lampę”. W rezultacie różnice między głównym nurtem a peryferyjnymi sferami życia literackiego przedstawiają się dzisiaj jako mniej wyraźne.

* Wciąż jednak są pisarze, którym bliżej jest do niszy niż do głównego nurtu. Co sprawia, że pisarz jest niszowy? Czy w grę wchodzą właściwości poetyki jego prozy czy czynniki pozaliterackie?

Wydaje mi się, że przeważają czynniki związane z socjologią oraz ekonomią. Po pierwsze, chodzi o wydawcę, jego możliwości w zakresie dystrybucji książek oraz promocji, choć to ostatnie w nieco mniejszym stopniu, bo przecież nawet najwięksi gracze na rynku wydawniczym nie podejmują zbyt spektakularnych akcji promocyjnych. Kluczowa jest, jak mi się zdaje, właśnie sprawa dystrybucji – czy książka trafia do największych hurtowni i sieci EMPIK-u. Do tego dochodzą pewne refleksy związane z wcześniejszym okresem życia literackiego. Na pisarzu, który nie zdołał wystarczająco szybko wejść do głównego obiegu, ciąży swego rodzaju fatum. Krytycy i czytelnicy traktują go nieufnie, podejrzewając, że skoro pisarz dotąd nie odniósł sukcesu, nie zdobył uznania, to coś musi być na rzeczy. Działa tu mechanizm samospełniającej się prognozy. To przypadek choćby autorów publikujących w latach 90. w tzw. zielonej serii – może z wyjątkiem Janusza Rudnickiego. Ale można wskazać też na właściwości poetyki, które w obecnej sytuacji literackiej są kolejnym czynnikiem, skazującym pisarza na pozostanie w przestrzeni niskonakładowej.

* Jakie?

Chodzi o takie gesty pisarskie, które w odczuciu odbiorców podważają przekonanie, iż literatura powinna zwracać się ku tzw. sprawom istotnym, związanym z powinnościami mimetycznymi, funkcją społeczno-krytyczną czy też potocznie rozumianą metafizyką, próbami poszukiwania sensu, całości, kosmicznego porządku. W końcu w Polsce, a szczególnie w Krakowie, nie można powiedzieć autorowi większego komplementu niż nazwać go pisarzem „metafizycznym”, zwłaszcza jeśli chcemy tego pisarza „awansować” do rzędu twórców literatury prawdziwej i wartościowej, jaka się marzy nie tylko Annie Nasiłowskiej. Jeżeli zaś pisarza nie umiemy skojarzyć ani z mimetyzmem, ani ze społeczną troską, ani z metafizyką czy dialogiem z Innym (pisanym koniecznie z dużej litery), to zaczynają się kłopoty. Taki autor od razu zdaje się postacią szemraną, podejrzewamy go albo o zbyt beztroskie, ludyczne i rozrywkowe podejście do obowiązków twórcy (tzw. postmodernistyczne gry i zabawy!), albo też wytacza się mu proces z powodu nadmiernych zależności od tradycji innowacyjno-awangardowej. Z drugiej strony można zauważyć, że z obiegu niszowego nie udało się wyjść takim chociażby pisarzom jak Sławomir Łuczak, choć jego ostatnia książka, „Polska”, teoretycznie nie odbiega od wzorca prozy zaangażowanej, która należy do tendencji uprzywilejowanych w ramach głównego nurtu. W tym akurat przypadku zadziałały okoliczności związane z socjologią życia literackiego albo autor zwyczajnie nie miał szczęścia.

* Mówiłeś o tematach, strategiach, które mogą pisarzom ułatwić wejście do głównego obiegu. Kto je wskazuje? Kto jest w tym przypadku prawodawcą?

Mamy tu do czynienia z procesem negocjacji, nie pojawia się więc wyraźna figura prawodawcy. W negocjacjach uczestniczy kilka stron. Swoją rolę odgrywają czytelnicy, którzy na ogół działają en bloc, wykazując skłonność raczej ku lekturze potwierdzającej ich przyzwyczajenia niż takiej, która by je przekraczała czy kwestionowała. Ważna jest rola mediów, zwłaszcza masowych. Ale też nie bez znaczenia są krytycy, którzy dobrze zdają sobie sprawę z tych mechanizmów życia literackiego, jakie uprzywilejowują postawy konformistyczne (po stronie pisarzy i po stronie czytelników). Chcieliby więc wesprzeć tych słabszych, wspomóc pisarzy-outsiderów, tych, którzy piszą swoje, na przekór medialnym modom. Tak przecież zostaliśmy wychowani, taka postawa należy do etosu krytyka. Tyle że jednocześnie ci sami krytycy są bardzo przywiązani do tradycyjnie rozumianych powinności literatury. Wymagają więc od pisarzy, aby szli pod prąd, lecz zarazem pod rękę z wszystkimi naszymi wielkimi umarłymi: Schulzem, Miłoszem, Herbertem, zamilkłym Konwickim i, na okrasę, ociupinką Gombrowicza. Mówię z przekąsem, choć ani myślę szydzić, nie posądzam też nikogo o koniunkturalizm. Splot czynników powoduje, że w naszej kulturze utwierdza się dość tradycyjne wyobrażenie na temat literatury. W rezultacie czytamy – zwłaszcza pisarzy uchodzących za najważniejszych i najgłośniejszych – w taki sposób, by na pierwszy plan wysuwać te najbardziej tradycyjne i konwencjonalne aspekty komentowanych nowości. No i oczywiście te najbardziej tradycyjne i konwencjonalne aspekty uchodzą za najbardziej wartościowe. Jeśli zaś w książkach Mariusza Sieniewicza, Sławomira Shutego, Wojciecha Kuczoka czy Doroty Masłowskiej pojawiają się elementy, które ujmują konwencjonalne wyobrażenia w pewnego rodzaju nawias, to zwykle są one przez krytyków zwyczajnie pomijane. Co najwyżej odnotowujemy, że w najnowszej powieści Olga Tokarczuk skorzystała z motywów typowych dla fantastyki, choć dla naszej interpretacji ten fakt i tak okazuje się nie mieć żadnego znaczenia. Przecież Tokarczuk jest pisarką „mityczną”, a skoro tak, to musi równać do wielkiej literatury modernistycznej, nie do fantasy. Musi równać do Schulza, a nie do Mai Lidii Kossakowskiej. Tak się jednak składa, że akurat mnie najbardziej interesuje to pokątne powinowactwo literatury głównego nurtu na przykład z fantastyką oraz innymi sferami pop-kultury. Nie dlatego, bym chciał zdeprecjonować współczesnych autorów. Wręcz przeciwnie: pop-kultura to problem równie istotny jak rzekoma potrzeba mitu. Powiedziałbym nawet, że bardziej istotny. Skoro zatem mówimy o niszach, peryferiach, obrzeżach, drugich i piątych ligach, to zwróciłbym uwagę, że z punktu widzenia dzisiejszej sytuacji literackiej ważną sprawą byłyby działania na rzecz jakiejś alternatywnej przestrzeni lekturowej. Ta sprawa jest być może ważniejsza niż kwestia alternatywy literackiej. Moim zdaniem ważne miejsce powinny odgrywać „niszowe sposoby czytania”, które różnicowałyby dyskurs (nie tylko) literacki.

* Czyli krytycy powinni poprzez różnicujące odczytania wspierać pisarzy zmarginalizowanych?

Nie tylko ich, bo na homogenizującym trybie lektury tracą także ci autorzy, którzy dobrze funkcjonują na rynku. Ich książki są odbierane tak, jak gdyby były jednowymiarowe, jak gdyby były zwykłym powieleniem sprawdzonych konwencji. A to nie jest prawda o tych książkach! Tymczasem na ich różnicujący czy nawet wywrotowy potencjał zwraca się uwagę jedynie w przestrzeni krytyki specjalistycznej, niszowej. Powiedziałbym nawet, że dzisiaj ważniejsze jest nie to, co czytamy – czy autorów pierwszoligowych, czy drugoligowych, czy może tych z obszaru literatury popularnej. Najważniejsze, jak czytamy. Ekskluzywny rys literackiego modernizmu upowszechnił się tak bardzo – za sprawą powszechnego uznania dla modernizmu, ale też za sprawą jego popkulturowych podróbek – że dziś stał się prerogatywą odbiorcy. Taka byłaby odpowiedź na tezę o nieobecności czy niemożliwości arcydzieła.

* Gdybyś miał przez różnicujące odczytanie dowartościować jakiegoś pisarza, kto by to był? Wspominałeś wcześniej o Ubertowskim…

Rzecz w tym, że nieomal każdy jest tego wart. Najchętniej przeczytałbym w ten sposób pisarzy z obszaru prozy popularnej – choćby Katarzynę Grocholę. Jej „Nigdy w życiu!” stawia kwestię, której nie nazwałbym błahą. Owszem, to jest popkulturowa bajka, ale właśnie – bajka jawna, bajka, co do której nikt nie ma złudzeń, że jest tylko bajką. A przede wszystkim, takich złudzeń nie ma bohaterka-narratorka. W ten sposób bajka Grocholi okazuje się bajką nadświadomą, która pyta, jak to w zasadzie jest, że ujawnienie konwencji, a nawet cała seria rozczarowań, skutkiem których boleśnie się przekonujemy, że porządek bajki i porządek doświadczenia nie mają ze sobą wiele wspólnego, więc to wszystko nie odbiera wcale bajce uroku ani mocy? Tymczasem bardzo mądrzy krytycy próbowali dobrać się Grocholi do skóry, wysuwając zarzut, że autorka opowiada duby smalone, że to historie absurdalne. Z równym powodzeniem można by dowodzić, że historia Czerwonego Kapturka jest na bakier ze zdrowym rozsądkiem, bo przecież wilki nie mówią, ani nie przebierają się za babcie. No więc przy lekturze Grocholi również warto odstąpić od lekturowych stereotypów.

Sądzę zresztą, że opłaca się naruszać normy lekturowe zwłaszcza przy okazji czytania pisarzy, którzy dobrze radzą sobie na rynku. Chodzi o to, by nie dopuścić do utrwalania czytelniczych stereotypów, ani też – dominacji jakiejś jednej normy lekturowej (czy ich jednolitego zbioru), bo nie służy to dobrze komunikacji społecznej. No i cierpią na tym książki! Przykładem niech będzie recepcja powieści Piotra Siemiona „Finimondo”, która sporej części krytyków wydała się potwierdzeniem najbardziej wyświechtanych mieszczańskich stereotypów. A przecież ten utwór w istocie ujmował owe stereotypy w przekorny cudzysłów, stawiając czytelnika wobec jego własnych wyobrażeń na swój temat. Wszystko, co się wiąże z ironią i pastiszem, z kwestionowaniem przywołanych konwencji (literackich i czytelniczych), dystansujący cudzysłów i nawias – wszystko to najczęściej jest pomijane, gdy o literaturze mowa w masowych mediach. Pisarze kpią, grają role, zakładają maski poczwórne i popiątne, obnoszą się z wybraną tożsamością (na przykład tożsamością pisarza-geja albo pisarza zaangażowanego) jak z modnym kostiumem, a my po staremu traktujemy ich tak, jak gdybyśmy wciąż wierzyli w romantyczną teorię ekspresji. A wracając do pisarzy mniej znanych – być może warto w ich wypadku zwracać uwagę na coś innego. O ile czytając autorów znanych stawiałbym akcent na wszystkich komplikacjach, na tym, co czyni ich teksty złożonymi, niejednoznacznymi, o tyle pisząc o kimś mało znanym, nieakceptowanym skłaniałbym się do podkreślania przyjemności lektury. Zdążyliśmy zostać wychowani w kulcie literatury wyrafinowanej, trudnej, niesystemowej, osobnej. Wszelako taka literatura wcale nie wyrzeka się przyjemności! Komentując zatem Waldemara Bawołka czy Jarosława Gibasa, pisałbym o przyjemności związanej z nadprodukcją symulakrów, fantazmatów, tropów czy bodaj wątków fabularnych. Chodzić może nawet (zwłaszcza w wypadku Gibasa albo – na pozór z innej beczki – wspomnianego już Łuczaka) o całkiem trywialną przyjemność „czystej”, a więc zupełnie nieodpowiedzialnej fabulacji. Jeden z moich przyjaciół zwykł podkreślać, że taka propozycja nie jest „dla ludzi”, że – w przeciwieństwie do na przykład idei literatury zaangażowanej – jest zupełnie pozbawiona społecznej nośności. I dobrze. Jeszcze tego by brakowało! Chodzi przecież o lekturę aspołeczną. Przynajmniej w takim sensie, w jakim „aspołeczne” jest czytanie pod ławką Niziurskiego na lekcji poświęconej nowelom pozytywistycznym. Ale czy ktoś zna przyjemniejsze lektury? Czytać Słyka i Bieleckiego w czasach literatury zwanej niezależną, czytać Bawołka i Ubertowskiego w dobie literatury zwanej zaangażowaną albo ujawniać zupełnie nieodpowiedzialne ciągoty ku fabulacji u kogoś jakoby tak poważnego, zatroskanego kryzysem kultury europejskiej, jak Stefan Chwin (nabrałem ogromnej sympatii dla tego autora po „Żonie prezydenta”!) – powiedziałbym, że to sama przyjemność. No, niech będzie, że przyprawiona ociupinką perwersji. Wiesz, tak, żeby zupa była smaczniejsza.

Rozmawiał Robert Ostaszewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas