poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z DARIUSZEM NOWACKIM rozmawia ROBERT OSTASZEWSKI
Zbędne rewindykacje
Dekada Literacka 2006, nr 4 (218)

* Którzy prozaicy „rządzą” obecnie w literaturze?

Grzeczność nakazywałaby odpowiedzieć, że pewnie ci najstarsi, z najbogatszym dorobkiem, chociaż niewielu nestorów mamy dziś na scenie literackiej. Ale czy tacy pisarze, jak Marian Pankowski, Wiesław Myśliwski, Włodzimierz Odojewski bądź Marek Nowakowski rzeczywiście „rządzą”? Owszem, to twórcy uznani i szanowani, często nazywani wybitnymi czy bez mała pomnikowymi, tyle że, według mnie, niewiele ma to wspólnego z „władzą”. Istotniejsza wydaje się „władza” tych, którzy odnieśli sukces medialny (nawiasem mówiąc, wcale nie musi się on pokrywać z sukcesem komercyjnym). „Rządzą” więc najgłośniejsi, najlepiej obecni, nagradzani. Nazwiska Doroty Masłowskiej czy Michała Witkowskiego byłyby tu dobrą ilustracją. Na szczęście nie jest to jedyna forma „rządów”. Dla krytyka literackiego, a zwłaszcza dla historyka literatury zajmującego się nowszą prozą, najciekawszą formą „rządzenia” zawsze będzie – by tak rzec – „władza” nieoczywista, zawiązująca się na gruncie nieuchwytnego porozumienia, tajemniczego konsensusu.

* Pierwsze pytanie było właściwie rozgrzewkowe, bo chciałbym z Tobą porozmawiać o pisarzach drugiego planu, interesujących, ale zmarginalizowanych. Kogo byś do tej grupy zaliczył?

Mam poważny problem z tym, co elegancko nazwałeś drugim planem. Podoba mi się to określenie, zdecydowanie lepsze niż „druga liga” czy „wybitni inaczej”. Ale do rzeczy – trudność polega na tym, że jakoś nie dostrzegam pisarzy zmarginalizowanych, zepchniętych na boczny tor, niesłusznie zaniedbanych, skrzywdzonych. A nie widzę ich dlatego, ponieważ w ciągu ostatnich kilku lat nastąpiła duża zmiana w układzie literackim, zwłaszcza wydawniczym. Choćby niesamowite otwarcie na debiut prozatorski, które pojawiło się wraz z zamieszaniem wywołanym „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” Masłowskiej. Równie istotnym czynnikiem jest to, iż domy wydawnicze poniekąd nawróciły się na współczesną prozę polską. Swoje serie prozatorskie uruchomiły oficyny, które wcześniej w ogóle nie zajmowały się tą odmianą piśmiennictwa (na przykład Santorski, Wydawnictwo Dolnośląskie). Inne – jak Świat Książki czy Prószyński – utrzymują ambitne kolekcje: „Nowa proza polska” i „Literatura nowej generacji”. Czarne prowadzi ciekawą, nietuzinkową serię „Linie krajowe”. Nie zasypiają gruszek w popiele starzy wyjadacze (na przykład Wydawnictwo Literackie i W.A.B.). Innymi słowy, moce przerobowe wydają się większe niż krajowy potencjał tekstotwórczy. Jak w tej sytuacji mówić o odtrąceniu, skoro wydawcy wręcz wydzierają sobie pisarzy, walczą o tych już sprawdzonych i ciągle są głodni nowych nazwisk? Tak dobrego klimatu dla autorów powieści i opowiadań chyba nigdy nie było. Jest też oczywiście efekt uboczny: nadprodukcja, inflacja prozatorskiego słowa. I to właśnie te zjawiska są wyzwaniem. Chodzi po prostu o to, iż należy solidnie przeczytać to, co już mamy i co ciągle do nas spływa; trzeba ocalić poprzez lekturę i komentarz to, co nam umyka, rozprasza się, a co istnieje na wyciągnięcie ręki. Rewindykacja zatem nie tylko wydaje mi się zbędna, ale i absurdalna. Jeżeli nie ogarniamy bieżącej produkcji prozatorskiej, to jakże – po kiego muchomora – mamy szukać czegoś bądź kogoś w drugim planie? Z mojego punktu widzenia byłoby to samobójcze. Nie idzie tylko o kwestie pragmatyczne, o ekonomię czasu. Moja myśl jest taka, że to, czym w tej chwili dysponujemy, a są to dziesiątki rozmaitych propozycji, jest na tyle wielobarwne, wielostylowe, zróżnicowane oraz dramatycznie niedoczytane, nierozpoznane jak należy, że doprawdy jest się czym zajmować. Gdyby zatem chodziło o nadmiar – by tak rzec – homogeniczny, rewindykacja nie byłaby złym pomysłem. Ale tak, moim zdaniem, nie jest. I jeszcze jedna obserwacja: coś dziwnego, ale ze wszechmiar pozytywnego, stało się z tzw. obiegiem alternatywnym. Jeżeli na drugi dzień po premierze najnowszej powieści Agnieszki Drotkiewicz „Dla mnie to samo”, wydanej nakładem niszowej Lampy i Iskry Bożej, czytam recenzję dotyczącą tego utworu w wysokonakładowej „Polityce”, to chyba to coś znaczy. Podobnie rzecz się ma z publikacjami Korporacji Ha!art, omawianymi w pismach o wielkim nakładzie, prezentowanymi w programach telewizyjnych etc. Kiedy znika podział na off i główny parkiet, figura pisarza zmarginalizowanego staje się co najmniej problematyczna.

* Co do Lampy i Iskry Bożej – oczywiście, autorki tego wydawnictwa, Masłowska i Drotkiewicz, odniosły sukces, każda nieco innego kalibru, ale z drugiej strony, pisarz, na którego Paweł Dunin-Wąsowicz stawiał, i chyba wciąż stawia, czyli Marek Sieprawski, zupełnie nie może przebić się do czołówki, mimo iż – moim zdaniem – wcale nie jest gorszym prozaikiem niż Drotkiewicz, a umiejętnością tworzenia fabuł zdecydowanie przewyższa Masłowską (co może nie jest znowu aż tak trudne).

W tym przypadku klucz jest chyba prosty – pokoleniowy i „rasistowski” zarazem, czyli po prostu związany z wiekiem autora. Media kochają młodzieńców, no i dziewczęta. Sieprawski to dziś autor w najgorszym dla pisarza wieku – w wieku średnim. Ale istnieje coś nieporównanie ważniejszego. Otóż pisarz ten pojawił się, jeśli można tak powiedzieć, w innej epoce. Przed dziesięcioma laty (wtedy bodaj wydał pierwszą książkę) scenę prozatorską zaludniali – z jednej strony – spóźnieni i zachwycający debiutanci w rodzaju Marka Bieńczyka, Zbigniewa Kruszyńskiego czy Stefana Chwina, z drugiej prominentni pisarze z tzw. roczników 60. (Olga Tokarczuk, Andrzej Stasiuk, Manuela Gretkowska i kilku innych). Czym innym też była Lampa i Iskra Boże, pielęgnująca podówczas swój art-zinowy rodowód i udergrundowy etos. Mnie akurat ani „Mokra zmiana”, ani „Twist” nie zachwyciły, ale zgadzam się z Tobą: Sieprawski to całkiem sprawny pisarz. Ale nie na tyle dobry, żeby mógł skutecznie konkurować o względy publiczności w sezonach, kiedy podziwialiśmy „Terminal”, „Hanemanna” czy „Schwedenkräuter”. Wracając zaś do argumentu „metrykalnego”, warto zauważyć, iż w tym roku Dunin-Wąsowicz udzielił wsparcia autorowi, w którego wierzy tak mocno, jak ongiś w Sieprawskiego. Tym pisarzem jest Jakub Żulczyk, który wiosną wydał u Dunina powieść „Zrób mi jakąś krzywdę”. Może tym razem się uda? Żulczyk, pisarz bez wątpienia inteligentny, zaczął robić za dyżurnego młodzieńca w mediach, lubi się pokazać tu i ówdzie, „Playboy” wydrukował jego opowiadanie opatrzone promocyjnym hasłem „Sprawca najgłośniejszego debiutu roku specjalnie dla nas”. To niezły kapitał początkowy. No i mówmy sobie prawdę: kapitał medialny. Być może jest po prostu tak, że Sieprawski startował w epoce, kiedy jeszcze czytano, gdy o czyimś dobrym istnieniu decydował przede wszystkim kształt artystyczny i zakrój problemowy dzieła. Młodszy o 15 lat od Sieprawskiego Żulczyk startuje chyba w trochę innych zawodach… to już chyba nie jest konkurs literackiej piękności.

* Wspomniałeś o jednej kategorii wykluczania – wieku. Czy są inne, które sprawiają, że autor ma mniejsze szanse na przebicie się do pisarskiej czołówki?

Myślę, że w grę wchodzi tutaj też sam charakter czyjejś prozy. Jeśli jest to proza „autystyczna”, zamknięta w wewnętrznym świecie samego autora, w kręgu spraw, które go żywo obchodzą, ale o których nie potrafi dobrze poinformować czytelnika, to też jest to rodzaj – bo ja wiem… – okoliczności obciążającej. Kategorią wykluczającą, a raczej samowykluczającą byłaby w tym przypadku niemożność funkcjonalizacji projektu pisarskiego. Jeżeli tego projektu nie można zgrabnie opakować czy wpisać weń chwytliwego tematu przewodniego – pojawia się kłopot. Wyobraźmy sobie opowieść młodego prozaika osadzoną w realiach małomiasteczkowych czy wiejskich, która ma być uniwersalną zadumą nad życiem i jego sensem, ale nie jest otwarta na żaden eksces tematyczny czy stylistyczny. Wychodzi z tego ni pies, ni wydra. W tym przypadku kategorią (samo)wykluczającą jest niemożność przełożenia prywatnego doświadczenia na ekscytujący komunikat artystyczny. Przychodzi mi do głowy jeszcze jeden wymiar samowykluczenia. Chodzi o błędną kalkulację pisarza, której efektem jest rozpaczliwe poszukiwanie kompromisu między komunikatywnością i artystycznymi aspiracjami; wejście w rolę sługi dwóch panów. To – by dać jakiś przykład – treść „dramatu pisarskiego”, skądinąd szanowanego przez mnie, Adama Ubertowskiego, który w dwóch ostatnich powieściach czegoś takiego próbuje poszukać: z jednej strony zabezpiecza aktywa autora prozy wysokoartystycznej, z drugiej – otwiera się na prozę popularną. A tego rodzaju wypowiedzi są sieroce, publiczność kwituje je wzruszeniem ramion, bo nie mają wyraźnego adresata: są zbyt dziwaczne, ekscentryczne, by mogły być pokochane jako proste opowieści zalecające się fabułą, a zarazem wydają się zbyt mętne, nieokreślone, by polubili je czytelnicy szukający bardziej wyrafinowanych propozycji. Próba wypracowania takiego kompromisu zwykle kończy się porażką.

* A czy nie jest tak, że wszelkie projekty – nazwę je umownie – „awangardowe”, również nie mają u nas szans, skazane są od razu na niszę?

W ostatnich latach specjalnie dużo takiej prozy nie było, od dawna nikt nie zalecał się do nas tekstami innowacyjnymi, ukazującymi nowe języki, przedstawiającymi postawangardowe postawy. To dobre pytanie – właściwie co się stało z „awangardystami”? Może już kompletnie przestali wierzyć w takie projekty? Poza tym zmieniła się aura literacka, innowacyjność nie jest już stawką w grze. Nie ma młodych pisarzy, którzy mają ambicję, żeby dać rzecz najważniejszą od czasów Homera, którzy myślą, że zmienią sposób literackiego obrazowania, dokonają artystycznej rewolucji. Przemysław Czapliński wiele lat temu zauważył – bodaj w przewodniku po prozie i poezji napisanym wespół z Piotrem Śliwińskim – że dzisiejszy pisarz wyzbył się intencji stworzenia języka pierwszego i pogodził się z myślą, iż tworzy wyłącznie dopiski na marginesie istniejących dzieł. Tak czy owak sprawa wymaga przemyślenia. Bo jak na przykład rozumieć kolejne książki Macieja Malickiego (właśnie wydał szósty tom swojej ekscentrycznej prozy)? Czy Malicki jest „awangardystą”? Chyba nie bardzo…

* Mówiłeś o rozmaitych kategoriach wykluczenia, w tym samowykluczenia. A kto lub co ma moc wykluczania? Czy w ogóle ktoś ma taką moc?

Uwypuklę to, co staram się tu powiedzieć. Bardziej wierzę w samowykluczenia niż w wykluczenia, w czyjś wybór, nie zaś konieczność, której trzeba ulec. Poza tym nie dajmy się zwariować. Nie każdy jest głodny sukcesu medialnego, nie każdy marzy o nakładach idących w setki tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Są pisarze, którzy robią swoje i mają te kategorie (media, nakłady, nagrody, salony) w nosie. Trudno nie odnieść się do nich, szlachetnych Don Kichotów i namiętnych kochanków literatury, z najwyższym szacunkiem. Musimy przyjąć, że gdzieś obok nas są pisarze, jak ich tu nazywamy, drugiego planu, bo tak wybrali i dobrze im z tym. Zdaje się, że obaj myślimy z sympatią o prozie olsztyńskiego pisarza Tomasza Białkowskiego, a szczególnie ciepło o jego ostatniej powieści zatytułowanej Pogrzeby. Nie znam autora osobiście, nie pamiętam, żebym czytał jakąś rozmowę z nim. Dlatego mogę hipotetycznie założyć, że Białkowski ogłasza swoje kolejne książki w olsztyńskim „Portrecie”, ponieważ tak mu pasuje, dobrze się czuje w lokalnym środowisku literackim, którego jest ważną figurą; że w ogóle wszystko jest w najlepszym porządku.

* A co z całymi grupami pisarzy spychanymi na margines? Przychodzi mi tu na myśl fantastyka, która wciąż w głównym obiegu traktowana jest po macoszemu.

Od lat istnieje antagonizm między tzw. gettem fantastyki i głównym nurtem, wiele na ten temat powiedziano. Problem polega na tym, że teza o konieczności zburzenia murów getta czy zniesienia podziału na mainstream i fantastykę – swoją drogą egzotycznego ze światowego punktu widzenia, bo nie istnieje on nigdzie poza Polską – jest podszyta hipokryzją. Wiadomo, że proza fantastyczna dobrze funkcjonuje dzięki swojej wiernej publiczności, ale nie wiadomo, jak ta publiczność zachowa się w momencie zniesienia podziału. Być może tożsamość tak autorów, jak i czytelników fantastyki zawiązuje się właśnie poprzez fantazmat upośledzenia, wygnania, niechęci. Fantaści, jak mi się wydaje, nie są z nami do końca szczerzy: manifestując swoje upośledzenie, jednocześnie maskują fakt, że to upośledzenie jest źródłem ich siły. Nie mówiąc już o pewnej szansie, którą doskonale wykorzystał Stanisław Lem, szansie, jaką daje zmaganie się z upośledzeniem. Lem przez lata musiał udowadniać, że jest pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym, aż wreszcie stał się po prostu autorem pierwszorzędnym – pomogło mu to, że działał pod ciśnieniem kompleksu. Oczywiście, to były inne realia, w latach 60. i 70. odrębność (mniemana „gorszość”) fantastyki była o wiele wyraźniejsza.

* Z tego, co powiedziałeś do tej pory, wynika, że problem pisarzy drugoplanowych nie jest dla Ciebie istotny, a nawet więcej – nie ma takiego problemu.

Tak, ponieważ, jak mówiłem, nie widzę potrzeby rewindykacji, która zawsze musi zostać podjęta w imię pewnych racji i którą zawsze musi poprzedzać, by tak rzec, zgorszenie jakimś skandalem. Wpierw trzeba lamentu w rodzaju: źle się dzieje w państwie literatury, centrum systemu opanowane zostało przez pisarzy niegodnych uprzywilejowanej pozycji itp. Nie dostrzegam dziś takich zagrożeń; porządek wcale nie wydaje mi się zakłócony. Obawiam się także, iż łatwo może dojść do sytuacji, którą nazwałbym promowaniem czy awansowaniem na siłę, wbrew woli bezpośrednio zainteresowanych. No i bardziej zasadnicza wątpliwość: czy krytyk literacki w ogóle powinien zajmować się takimi sprawami? Poza wszystkim mam na tym polu złe osobiste doświadczenia. Wiele lat temu przy różnych okazjach próbowałem się upomnieć o niektórych prozaików, którzy wydali książki w ramach tzw. zielonej serii (wspólny projekt wydawniczy miesięcznika „Twórczość” i PIW-u, wcześniej katowickiego Akapitu). Oczywiście mogło być tak, że argumentowałem niezbyt inteligentnie, że tamte rewindykacje nie były dobrze skonstruowane od strony retorycznej. Tak czy owak na nic się zdały. Mniejsza o moją porażkę; a była to porażka w jakże dobrym towarzystwie. Wszak płomienne i mądre wstępy-laudacje do „zielonych książek” pisali tacy giganci, jak Tadeusz Komendant, Bohdan Zadura, Henryk Bereza i Leszek Bugajski. Równie bolesnym doświadczeniem jest dla mnie długoletnie krytycznoliterackie towarzyszenie Dariuszowi Bitnerowi. Przez więcej niż pół dekady (lata 90.) zapewniałem o wybitności kolejnych jego książek. Powtórzę: być może nie przyłożyłem się do tej roboty jak należy; raczej na pewno tak było. Jednak wrażenie, że zapisałem dziesiątki stron po próżnicy, psu na budę, jakoś nie chce mnie opuścić.

* Ale czy casus Bitnera – symbolicznie rzecz ujmując – należy do przeszłości?

Jasne że nie! Pewnie takich prozaików – interesujących, lecz należących, jak tu mówimy, do drugiego planu – jest co niemiara. Lecz jakoś nie mogę się pogodzić z myślą, że dzieje im się krzywda. Żeby nie być gołosłownym: znasz dobrze – kilka razy o niej pisałeś – twórczość Tamary Bołdak-Janowskiej. Co tu może bardziej istotne: znasz jej postawę, program literacki, to wszystko, co dałoby się wydobyć z autokomentarza (zapisy rozmów, artykuły w gazetach, przeróżne wypowiedzi etc.). Nie wiem, czy Boładak-Janowska jest pisarką drugiego planu, ale bez trudu jej usytuowanie można by określić tym mianem. Sytuację, w jakiej znalazła się autorka „Opowiadań naiwnych”, można by także opisać jako rodzaj kontraktu zawartego z rzeczywistością (nie tylko literacką). Ta interesująca autorka – czego dowiedziałem się z książki Bernadetty Darskiej – siedzi sobie w mieszkaniu na jedenastym piętrze wieżowca i na podobieństwo Mirona Białoszewskiego (też wieżowiec, tyle że dwa piętra niżej – porównanie Darskiej) pielęgnuje własną odrębność. W tym, co pisze, jest bez wątpienia wolna, chwilami szalona, jest nade wszystko autentyczna, a na autentyzmie zależy jej najbardziej – po co więc wydziwiać? Owszem, u entuzjasty pisarstwa Bołdak-Janowskiej może pojawić się pokusa rewindykacji… taka świetna, a świat o niej mało wie. Ale może należałoby zapytać bezpośrednio zainteresowaną o tę sprawę? Może ona nie chce zrywać owego kontraktu? Nie traktujmy pisarzy jak dzieci. Uszanujmy ich przywilej samostanowienia, samookreślenia.

Rozmawiał Robert Ostaszewski

 

 
tebejot@poczta.onet.pl     2010-01-23 13:47:10
Panie Dariuszu, co Pan wygaduje? Nie podpisywałam żadnych kontraktów, a już na pewno ni z rzeczywistością. Pan po prostu pamięta, co kiedyś powiedziałam w Ostrołęce: nie będę pełzać przed krytykami a

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas